Reklama

Reklama

Rośnie bezrobocie. Czarna godzina już nadeszła

Pod koniec listopada liczba zarejestrowanych bezrobotnych w Polsce wynosiła ponad milion osób. W stosunku do listopada 2019 roku, kiedy liczba zarejestrowanych bezrobotnych wynosiła 849,6 tys. osób, liczba bezrobotnych wzrosła o 176,4 tys. osób, czyli o 20,8 proc. - pisze Ewa Smolińska-Borecka na łamach "Przeglądu".

Sylwester. Minęło południe. Warszawska Wola. Mężczyzna ma ponad 30 lat. Na pierwszy rzut oka trudno ocenić, kim jest, niczym się nie wyróżnia. Palto, wełniana czapka na głowie. Ubrany ani biednie, ani bogato. Zadumany przysiadł na murku przed urzędem pracy dla lewobrzeżnej Warszawy przy ul. Ciołka. Z trudem godzi się na rozmowę. Pracę stracił ponad miesiąc temu. Naiwnie sądził, że przez ten miesiąc jakoś uda mu się znaleźć nowe zatrudnienie. Nie śpieszył się z rejestracją jako bezrobotny. Gdyby z jego doświadczeniem i wykształceniem miał także przychylność władz, to może zostałby nawet podsekretarzem stanu. Kto wie.

Reklama

Nie chce podać personaliów. Niech ma na imię Bartłomiej. Był dyrektorem w dużej firmie z branży alkoholowej. Bardzo dobrze zarabiał. Nie przypuszczał, że może stracić pracę. - Ludzie dużo pili przed pandemią i teraz dużo piją - stwierdza. Nic więc nie wskazywało na to, że grozi mu zwolnienie. A jednak. Nawet potężne firmy z branż, które nie odczuły pandemicznego załamania, zaczęły racjonalizować zatrudnienie. Wykorzystując jako pretekst pandemię, zaczęły pozbywać się kosztownych pracowników. I tak Bartłomiej został na lodzie.

Kiedy zapisywał się na wizytę w urzędzie pracy, nie marudził, gdy zaproponowano mu termin w sylwestra. Przyszedł zarejestrować się jako bezrobotny przede wszystkim dlatego, żeby uzyskać ubezpieczenie zdrowotne dla siebie, żony i dwójki dzieci. Ale zasiłkiem nie pogardzi. Przez 90 dni na rękę dostanie 1025 zł miesięcznie, a potem 814,49 zł. Do tego dwa razy 500+. Jak się odejmie spłatę frankowego kredytu na mieszkanie, to na życie nie zostaje prawie nic. Trzeba sięgać do oszczędności, które miały być na czarną godzinę. Chyba właśnie nadeszła.

Żona, która od lat nie pracowała, będzie musiała znaleźć jakąś pracę. Bartłomiej sprawdza wykaz ofert zatrudnienia przylepiony do okna urzędu i trochę się zasmuca. No bo tak: gdyby zatrudniła się jako pomoc administracyjna, koniecznie z wyższym wykształceniem, na zastępstwo w jednej z warszawskich firm szkolno-przedszkolnych, może zarobić 2600 zł brutto miesięcznie. Plus dodatek, żeby osiągnąć minimum. I zarabiałaby ze swoim tytułem magisterskim tyle samo, co ochroniarz bez średniego wykształcenia. Smutne. 

W końcu listopada 2020 roku liczba zarejestrowanych bezrobotnych w Polsce wynosiła 1,026 mln osób, a stopa bezrobocia rejestrowanego przez piąty z kolei miesiąc - 6,1 proc. W stosunku do końca października liczba bezrobotnych wzrosła o 7,8 tys. osób. Zarówno liczba bezrobotnych, jak i stopa bezrobocia były wyższe niż w roku 2018 i w 2019. W stosunku do listopada 2019 roku, kiedy liczba zarejestrowanych bezrobotnych wynosiła 849,6 tys. osób, liczba bezrobotnych wzrosła o 176,4 tys. osób, czyli o 20,8 proc.

W Warszawie pod koniec listopada zarejestrowanych było 24,1 tys. bezrobotnych. Co szósty z nich miał prawo do zasiłku. Drugie co do wielkości miasto w Polsce, czyli Kraków, ma 770 tys. mieszkańców, o 54 proc. mniej niż Warszawa, gdzie mieszka ok. 1,7 mln ludzi. W Krakowie do końca listopada 2020 roku było zarejestrowanych 15,3 tys. bezrobotnych. Prawo do zasiłku miało 2567 osób, co szósty zarejestrowany. W trzecim pod względem liczby mieszkańców mieście w Polsce, czyli w Łodzi, gdzie mieszka ponad 690 tys. osób, liczba zarejestrowanych bezrobotnych pod koniec listopada wynosiła niemal 21 tys. osób, czyli więcej niż w Krakowie. Prawo do zasiłku miały 2522 osoby, czyli co ósmy bezrobotny.

Tylko w listopadzie ub.r. w każdym z tych trzech miast zarejestrowano: 2099 bezrobotnych w Warszawie, 1684 w Krakowie i 1508 w Łodzi. Czyli każdego roboczego dnia rejestrowano ok. 100 bezrobotnych w Warszawie, 80 w Krakowie i 72 w Łodzi.

Bezrobotni bywają niemili

Czy w sylwestra, kiedy w zwyczajnych latach ludzie myśleli o zabawie i fajerwerkach, w roku pandemicznym w urzędach pracy pojawią się bezrobotni? Urząd pracy przy ul. Grochowskiej w Warszawie odwiedzam przed południem, przy Ciołka zjawiam się około południa. Pod obydwoma urzędami niemal cały czas kilkuosobowa kolejka. Co pół godziny do środka budynku wpuszczana jest nowa grupa interesantów. Niektórym właśnie skończyło się ubezpieczenie zdrowotne, więc nie wybrzydzali na sylwestrowy termin wizyty.

Stracić pracę to sprawa wstydliwa. Choć często wina leży w pandemii. Bezrobotni niechętnie rozmawiają. Kiedy do nich podchodzę, nie zawsze przyjaźnie reagują. Bywa, że kłamią, twierdząc, że problem bezrobocia ich nie dotyczy, choć pół godziny wcześniej ich imię zostało odczytane wśród innych interesantów zapisanych do rejestracji.

Ochroniarz przy Grochowskiej dopytuje, w jakim celu stoję pod urzędem. Kiedy słyszy, że chcę porozmawiać z bezrobotnymi, przestrzega. - Niech pani uważa, bo potrafią być bardzo niegrzeczni - mówi. - Zdarza się, że zaczynają się awanturować. Ale ja to rozumiem, bo sam niedawno byłem bez pracy.

Wychodzi interesant, mężczyzna około sześćdziesiątki. Ludzie w tym wieku mają najgorzej. - Pracodawcy nie wiedzą, co będzie, więc starają się ograniczyć zatrudnienie - wyjaśnia. - Mnie zwolnili z powodu pandemii. A teraz nie mogę znaleźć pracy, bo w firmach wolą inwestować w młodszych. Znajomy mi poradził, żebym wystąpił o zasiłek przedemerytalny. To 1035 zł na rękę. W Warszawie to wegetacja. Przyszedłem, żeby uzyskać status bezrobotnego, bo żeby wystąpić o ten zasiłek, muszę przez 180 dni być zarejestrowany w urzędzie pracy. Oczywiście wolałbym znaleźć pracę.

Kolejny mężczyzna na oko jest po pięćdziesiątce. Pracował na umowie-zleceniu w firmie, która zajmowała się utrzymaniem porządku w supermarkecie. - Byłem zadowolony, bo market był blisko domu - wyjaśnia. - Przeprowadzałem wózki  z parkingu do sklepu. Niestety, firma zewnętrzna, która mnie zatrudniała, zakończyła współpracę z marketem i ludzie stracili pracę. A po pięćdziesiątce trudno znaleźć nową.

Kobieta około trzydziestki, do niedawna była wychowawczynią w przedszkolu. Teraz nie pracuje, bo zajmuje się swoimi dziećmi. - Młodsze jest niepełnosprawne, ma autyzm, często z tego powodu wymaga wizyt u lekarzy, a na dodatek ostatnio zapada na różne choroby - mówi matka. - Ze względu na dzieci muszę mieć ubezpieczenie zdrowotne. Nie mam męża, młodsze dziecko mam z partnerem, z którym mieszkam. On wprawdzie pracuje, ale nie może nam zapewnić ubezpieczenia zdrowotnego, bo nie jesteśmy małżeństwem. Dlatego przyszłam się zarejestrować.

Psycholog

Pod urzędem pracy dla lewobrzeżnej Warszawy zasady obsługi interesantów takie same jak na prawym brzegu. Bezrobotni rejestrują się przez internet albo telefonicznie. W oznaczonym terminie przychodzą. Pod drzwiami czeka kilka osób. Dziś wśród oczekujących jest przewaga mężczyzn, choć wśród zarejestrowanych bezrobotnych 54% stanowią kobiety. Każdy bezrobotny jest smutny i przygaszony. I tu ludzie nie są skorzy do rozmowy. Niektórzy się dziwią: "Dziennikarka w sylwestra? Nie spodziewałem się". A potem zazwyczaj odmawiają rozmowy.

Andrzej ma 35 lat i sympatyczną twarz. - Przyszedłem się zarejestrować, bo bardzo się boję, że syn mógłby zachorować, a ja nie będę mógł sfinansować lekarza - wyjaśnia.

- Może się okazać, że ta rejestracja nie będzie potrzebna, bo w jednej firmie mi obiecali, że dostanę etat w styczniu. Ale przez miesiąc, kiedy byłem bezrobotny, kilka razy w różnych firmach słyszałem, że mnie zatrudnią, a potem przestawali się odzywać. A kiedy dzwoniłem, mówili, że oferta jest nieaktualna. Z wykształcenia jestem psychologiem, ostatnio pracowałem przez kilka lat w prywatnej szkole na część etatu jako nauczyciel, dostawałem podwyżki, zarabiałem nie najgorzej. Teraz, ponieważ jest pandemia i problemy z pracą, mój pracodawca postanowił zastąpić droższych pracowników tańszymi. Dlatego zostałem zwolniony.

O byłym pracodawcy mówi, że jest niezbyt kontaktowy i nieodpowiedzialny. Na świadectwo pracy Andrzej musiał czekać dwa tygodnie. Z żoną, która jest nauczycielką biologii w innej szkole, ustalili, że teraz ona u swojego pracodawcy zgłosi syna do ubezpieczenia zdrowotnego. Ale to się nie udało. Kiedy firmy i urzędy pracują zdalnie, wszystkie sprawy stały się problemem.

Andrzej twierdzi, że na stronie internetowej mazowieckiego kuratorium codziennie pojawia się nawet kilkanaście ofert pracy w szkołach publicznych i prywatnych. Na wszystkie, które dotyczyły psychologów, wysyłał zgłoszenie. Nigdy nie dostał odpowiedzi. Sądził, że wybrali kogoś innego. A tymczasem zdarzało się, że po zakończeniu rekrutacji oferta pojawiała się ponownie. - Czy oni naprawdę poszukują pracownika, czy tylko udają? - zastanawia się. I mówi, że w Polsce nawet przed pandemią nie było rynku pracownika. Gdyby tak było, to zamiast ludzi z Ukrainy i Białorusi przyszliby polscy pracownicy.

Kobieta głową rodziny

Nie wiadomo, co jest smutniejsze - zwolnienie pracownika z powodu pandemii czy zamknięcie działalności gospodarczej z tego samego powodu. Mariusz ma 42 lata. Kiedy skończył czterdziestkę, pod koniec 2018 roku, postanowił iść na swoje. Z wykształcenia politolog, od wielu lat pracował w biznesie. Ale zamarzyło mu się lepsze życie. Postanowił zostać taksówkarzem. Żona, pielęgniarka, poparła jego pomysł. - Dziś trochę żałuję tej decyzji, bo jednak pracować na etacie jest bezpieczniej, niż prowadzić własną działalność - mówi. - W kwietniu 2019 roku zarejestrowałem działalność jako taksówkarz. Wziąłem w leasing toyotę. Na początku byłem zadowolony, bo zarabiałem więcej niż poprzednio. W miesiącu miałem jakieś 12 tys. zł obrotu. Ponad 1,5 tys. zł miesięcznie kosztował mnie leasing. W sumie koszty wynosiły 4-5 tys. zł na miesiąc, więc na czysto mogłem zarobić 7-8 tys. zł. Ale z powodu pandemii wszystko się posypało.

Tragedia zaczęła się podczas wiosennego lockdownu. Wtedy nikt nie przypuszczał, jaki wpływ będzie on miał na życie milionów ludzi. No bo można mówić, że ze względów zdrowotnych społeczeństwo musi ograniczyć kontakty, ale co wtedy, kiedy okazuje się, że nie ma co do garnka włożyć. Gospodarka to naczynia połączone. Ograniczenie w jednej branży wpływa na inne. - Nie przewidziałem, że korporacje będą pracować zdalnie, a wyższe uczelnie zostaną zamknięte - wyjaśnia Mariusz. - Z korporacji, a głównie z tzw. Mordoru na Mokotowie, było najwięcej klientów. Sporo także studentów, którzy korzystali z aplikacji iTaxi. Kiedy ci klienci odpadli, dziennie miałem trzy-cztery  kursy, postoje trwały nawet trzy godziny. Z końcem listopada musiałem zamknąć działalność, bo zacząłem do niej dokładać.

W czasie pierwszego lockdownu dostał trzymiesięczne zwolnienie ze składek do ZUS. To pozwoliło mu jakoś przetrwać do lata, bo innej pomocy ze strony państwa nie otrzymał. Latem obroty wzrosły, ale nie wróciły do wysokości sprzed pandemii. Po wakacjach okazało się, że korporacje i uczelnie nadal pracują zdalnie. - Obroty zmalały do 3 tys. zł - wspomina. - A leasing trzeba było spłacać. Ci taksówkarze, którzy mają własne samochody, starają się jakoś przetrzymać ten trudny okres. W najlepszej sytuacji są emeryci mundurowi, bo mają dość wysokie emerytury i jednocześnie są młodzi - mają po czterdzieści parę lat i dość siły, by pracować po osiem-dziesięć godzin dziennie. Ja musiałem toyotę oddać leasingodawcy. 12 rat leasingowych przepadło. Blisko 20 tys. zł mam w plecy. Ale czy było inne wyjście?

Mariusz przyznaje, że teraz głową rodziny jest żona. On zajmuje się domem, z dwójką dzieci odrabia zadania szkolne. Żona jest pielęgniarką. Ze względu na pandemię to zawód bardzo doceniany. Pracuje w przychodni, ale po pracy bierze nadgodziny, nawet po kilka godzin dziennie. Będzie też szczepić przeciw covidowi. - Kilku kolegów z mojej korporacji też musiało zamknąć działalność gospodarczą - wyjawia Mariusz. - Zatrudnili się jako kierowcy autobusów. Teraz w Warszawie zwolniło się trochę miejsc, kiedy po kilku wypadkach autobusów zaczęto bardziej pilnować, by kierowcy, którzy pracują w jednej firmie, nie dorabiali w innej. Chodzę na kurs na prawo jazdy kategorii D. Kosztuje ok. 7 tys. zł. Mam nadzieję, że zdam egzamin przy pierwszym podejściu i dostanę pracę kierowcy autobusu. Nie zarobię tyle, ile kiedyś jako taksówkarz. Ale najważniejsze jest to, że będę miał co miesiąc pieniądze na koncie. No bo chyba autobusów w Warszawie rząd nie każe zatrzymać...

Każdy musi jakoś się ratować. Pomoc państwa dla poszczególnych branż jest raczej symboliczna. Nie wszyscy mają dostęp do pieniędzy z Unii. Nie zawsze pomoc dostali ci, którzy naprawdę stracili źródło zarobku z powodu pandemii. Częściej ci, którzy wcześniej mieli cynk, jakie warunki powinni spełnić. Jeśli ktoś nie rozumiał, dlaczego od wielu miesięcy opozycja domagała się wprowadzenia stanu klęski żywiołowej, a rząd uparcie tego odmawiał, teraz już może to wie. Bo wtedy o pomoc państwa nie musiałby żebrać i skomleć, ale należałaby mu się jak psu miska. 

Ewa Smolińska-Borecka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje