Reklama

Reklama

RMF: Rozliczenia wyborczej kompromitacji z 2014 r.

Rozpoczął się pierwszy proces w sprawie skandalu podczas wyborów samorządowych w 2014 roku - dowiedział się reporter RMF FM Paweł Balinowski. Pracownicy Najwyższej Izby Kontroli, którzy prowadzili kontrolę w Krajowym Biurze Wyborczym, zeznawali dziś podczas pierwszej rozprawy w procesie przeciwko Romualdowi D., byłemu wicedyrektorowi Krajowego Biura Wyborczego. Pełnił on tę funkcję podczas wyborów samorządowych w 2014 roku. Przez krytyczne błędy w wyborczym systemie informatycznym wyniki podano z dużym opóźnieniem.

Prokuratura zarzuca Romualdowi D., że jako osoba odpowiedzialna za organizację informatycznej obsługi wyborów nie zachował ostrożności i nieumyślnie nie dopełnił swoich obowiązków. W wyniku tego niesprawdzony i niefunkcjonalny system miał zostać dopuszczony do obsługi wyborów. Grozi za to do 2 lat więzienia. 

Według śledczych, były wicedyrektor rekomendował użycie systemu podczas głosowania w listopadzie 2014 roku, mimo że program był niekompletny i nie działał poprawnie. Miał też odebrać system od wykonawcy bez wcześniejszych testów oraz podpisać fakturę, na podstawie której twórcom - firmie Nabino - wypłacono 306 tysięcy złotych (całkowity koszt systemu to 427 tysięcy).

Reklama

Testy systemu informatycznego zostały przeprowadzone później, praktycznie w ostatniej chwili przed wyborami. Wykazały one szereg poważnych błędów, które próbowano szybko naprawić. Przed samym głosowaniem zapewniano, że problemy zostały wyeliminowane - na zapewnieniach jednak się skończyło. 

Pierwsza tura wyborów była informatyczną katastrofą - komisje obwodowe miały problemy m.in. z drukowaniem i wysyłaniem protokołów, nie działał kalkulator wyborczy. W rezultacie wyniki poznaliśmy z ponad tygodniowym opóźnieniem.

Oskarżycielem posiłkowym w procesie jest były pracodawca Romualda D. - Krajowe Biuro Wyborcze. KBW będzie żądało od niego naprawienia szkody powstałej w wyniku zarzucanych mu czynów - szkodę tę wyceniono na ok 300 tysięcy złotych, czyli mniej więcej tyle, ile ostatecznie zapłacono za niekompletny system.

Wśród świadków kontrolerzy NIK

Pierwsza rozprawa w tym procesie odbyła się w Sądzie Rejonowym Warszawa-Śródmieście. Romuald D, który zasiadł na ławie oskarżonych nie przyznał się do winy, odmówił składania wyjaśnień a także poinformował, że na razie nie będzie odpowiadał na pytania.

Jako świadkowie zeznawali pracownicy Najwyższej Izby Kontroli, którzy już po krachu systemu podczas listopadowego głosowania przeprowadzili kontrolę w Krajowym Biurze Wyborczym. To właśnie po tej inspekcji do prokuratury trafiło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Romualda D.

Wezwanie kontrolerów NIK w charakterze świadków budziło wątpliwości obrony - wskazywano, że ze względu, iż nie byli oni bezpośrednimi uczestnikami ani obserwatorami wydarzeń, nie powinni występować jako świadkowie, a raczej jako biegli. Pojawił się wniosek o nieuwzględnienie wniosków o przesłuchania wskazanych przez prokuraturę świadków - sąd się do niego jednak nie przychylił.

Świadkowie byli pytani o szczegóły prowadzonej przez nich kontroli, zwłaszcza pod kątem roli Romualda D. w całej sprawie. Chodziło m.in. o kwestie odbioru systemu informatycznego, wystawionej za niego faktury oraz podpisów i ewentualnych adnotacji złożonych na dokumentach.

Po wysłuchaniu zeznań świadków sąd zadecydował, że Krajowe Biuro Wyborcze ma udostępnić na potrzeby procesu oryginał protokołu odbioru systemu informatycznego. Oskarżenie złożyło z kolei wniosek, by udostępniona została też druga kopia tego samego dokumentu, będąca obecnie w posiadaniu firmy Nabino - twórców systemu. Kolejna rozprawa w tym procesie odbędzie się 4 stycznia.

Sądowej batalii ciąg dalszy

To nie jedyny proces, jaki będzie się toczył w związku z skandalem wyborczym z 2014 roku. Krajowe Biuro Wyborcze złożyło też pozew cywilny o odszkodowanie właśnie od firmy Nabino. Proces rozpocznie się 14 grudnia w Łodzi - biuro chce zaproponować twórcom systemu ugodę.

Wysokość odszkodowania, którego żąda KBW, sięga w tym przypadku 728 tysięcy złotych. Wyliczono je na podstawie wynagrodzenia, jakie firma Nabino dostała za stworzenie wadliwego systemu, a także wydatków, które musiały ponieść w związku z tym delegatury biura w całej Polsce. 

Paweł Balinowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne