Reklama

Reklama

RMF: Prestiżowa aukcja "Pride of Poland" pod znakiem zapytania? "Przygotowania nie wyglądają dobrze"

Znak zapytania nad letnią aukcją koni arabskich. Na razie znany jest tylko termin, miejsce i organizator - Janów Podlaski, od 12 do 15 sierpnia. "Przygotowania nie wyglądają dobrze, bo jest około dwóch miesięcy spóźnienia. Nie ma jeszcze ogłoszonego katalogu internetowego, w którym podane są nazwy koni, ich kariery hodowlane i rodowody. To nie ruszyło" - mówi były prezes stadniny koni w Michałowie, Jerzy Białobok. W rozmowie z dziennikarzem RMF FM Tomaszem Staniszewskim opowiada również o kulisach odwołania go ze stanowiska.

Tomasz Staniszewski: Komu nadepnęli państwo na odcisk, że w roku 2016 hodowla koni arabskich, która tak bardzo koncentruje uwagę mediów, społeczeństwa, stała się wręcz tematem politycznym?

Reklama

Jerzy Białobok: No właśnie, to najbardziej w jakiś sposób mnie zmartwiło, ponieważ przez całe życie byłem człowiekiem apolitycznym i zajmowałem się jeszcze hodowlą koni arabskich, co wydawało mi się zajęciem jak najbardziej apolitycznym.

No właśnie co zdarzyło się w roku 2016?

- Dla nas wszystkich, całej naszej trójki - zarówno dla kolegi Marka Treli (odwołanego dyrektora stadniny w Janowie Podlaskim - red.) jak i Anny Stojanowskiej (odwołanego tego samego dnia głównego specjalisty ds. hodowli koni w ANR - red.) jest to sprawa dosyć zagadkowa. Bo przedstawiono nam jakieś merytoryczne zarzuty dopiero po paru dniach, właściwie głównie pod naporem mediów. Myśmy te zarzuty w dosyć krótkim czasie odparli. Na przykład dzierżawy klaczy Michałów prowadzi od roku 1977, więc prawie 40 lat z dosyć - krótko mówiąc - dobrym pożytkiem. Pierwszą taką dzierżawą była klacz Wizja, potem były następne i zawsze po takich udanych dzierżawach i występach tego konia za granicą, obroty z aukcji się w jakiś sposób poprawiały i nie raz sięgały zenitu. Ja sądzę, że merytorycznych przesłanek nie było - dopiero później starano się znaleźć je w jakiś sposób na siłę. Na przykład zakwestionowano umowę z firmą Polturf (organizatorem aukcji w Janowie Podlaskim - red.), która była przez 15 lat. I była wtedy, kiedy ministrem był również minister Krzysztof Jurgiel i kiedy zastępcą prezesa Agencji Nieruchomości Rolnych był Waldemar Humięcki. Ta umowa wtedy w żaden sposób nikomu nie przeszkadzała. Później, że tak powiem, oparto się jeszcze na notatce po protokole kontrolnym CBA, który był jeszcze jesienią 2015 roku.

Co było w tej notatce?

- W tej notatce twierdzono, że umowa z firmą Polturf jest nietransparentna, niekorzystna, że firma ta za dużo zarabia. Pomylono zresztą zysk z kosztami, ponieważ w tym całym odpisie były również zawarte koszty, które ta firma ponosiła. Także zastrzeżeń takich większym merytorycznych nie było. W końcu, przyparci do muru, zgłosili sprawę do prokuratury ws. popełnienia przestępstwa. Sprawa się właściwie toczy od miesiąca...

Czy w tej sprawie pan już był gdziekolwiek?

- Nigdzie nie byłem i nikt mnie w tej sprawie nie przesłuchiwał. Krąży właściwie taka opinia w grupie hodowców, koniarzy, że my właściwie naraziliśmy się grupie ludzi, którzy być może nas nie specjalnie lubią. Ja popadłem w konflikt z senatorem Janem Dobrzyńskim.

No więc właśnie, pokażmy drugą stronę.

- Senator kupił parę koni w Michałowie. Utrzymywał też u nas klacze, które były do krycia. Był raczej dosyć uciążliwym klientem z powodu nieregulowania należności w terminie. Zaległości sięgały nieraz 200 dni w zapłacie. Przetrzymywał czasami nawet do 2 lat u nas konie, mimo że prosiliśmy, by wcześniej je zabrał. Tak się akurat nieszczęśliwie złożyło, że z reguły w maju, w czerwcu podczas upałów źrebięta bardzo źle je znoszą i nam w tym okresie padły 4 źrebięta, w tym jedno ze źrebiąt pana senatora Dobrzyńskiego na rodokokozę -  to jest taki piorunujący przebieg zapalenia górnych dróg oddechowych. Choroba trwała 3 dni i nie poddała się żadnemu leczeniu. W tym przypadku, na życzenie zresztą pana Dobrzyńskiego, wysłaliśmy źrebaka na sekcję. Sekcja stwierdziła, że był w bardzo dobrej kondycji i nie stwierdziła w żaden sposób winy ze strony stadniny. Pan senator wtedy zażądał ode mnie, zwracając się z pismem, abym dokonał zadośćuczynienia w stosunku do jego osoby i w zamian za padłego źrebaka dał mu innego, po tym samym ogierze.

Ta sprawa - przypominamy - się toczy, wniosek do sądu senator Dobrzyński skierował 3 dni po pana odwołaniu.

- Myśmy zostali odwołani w piątek, a on skierował wniosek w poniedziałek, wyznaczając kwotę 120 tysięcy złotych.

Ostatnio w tej sprawie padła propozycja ugody, sprawa została odłożona o 2 miesiące, czyli mamy dogrywkę w czerwcu.

- Dokładnie 27 czerwca. Ja odmówiłem zadośćuczynienia senatorowi, ponieważ uważałem - zresztą to napisałem w piśmie do niego, że "państwowe", to nie znaczy "niczyje". Ja nie mogę gospodarować majątkiem spółki tak rozrzutnie. Tym bardziej, że stadnina nie czuje się w tym przypadku zupełnie winna. To są przypadki, krótko mówiąc, losowe i zdarzają się. Moje stanowisko poparła zresztą wtedy również Agencja Nieruchomości Rolnych, do której senator Dobrzyński również się zwrócił i otrzymał odpowiedź odmowną. Ale to go bardzo rozsierdziło i on mi sam powiedział w rozmowie telefonicznej, że on tej sprawy tak nie zostawi, Zresztą podobne potknięcia z senatorem Dobrzyńskim miała również pani Anna Stojanowska, która nie chciała umieścić jego konia w pierwszej dziesiątce, a dopiero w drugiej.

To była ubiegłoroczna aukcja?

- To była ubiegłoroczna aukcja Pride of Poland. Zresztą ja tą klacz klasyfikowałem, kiedy przebywała w stajni u pana Andrzeja Wójtowicza, który też w jakiś sposób nie najlepiej się tej całej sprawie przysłużył, bo był głównie osobą, która atakowała mnie o zarodki -  nie rozumiejąc zupełnie istoty zagadnienia.

Czy pan w tej chwili traktuje to właśnie jako osobisty konflikt - Jerzy Białobok kontra Jan Dobrzyński?

- Proszę pana, ja tego nigdy nie traktuje jako konflikt osobisty, bo gdybym w to faktycznie wierzył na sto procent, to właściwie mój cały świat wartości w Polsce po prostu by się w jakiś sposób zawalił. Nie jest to rzecz, w którą ja chcę do końca wierzyć.

Ale z drugiej strony, splatając wszystkie nitki - z jednej strony pan, z drugiej senator Dobrzyński, były szef gabinetu ministra Krzysztofa Jurgiela. Minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel jako jeden z rozgrywających w całej tej nagłaśnianej mocno aferze, której według pana nie ma... rodzi to jakieś podejrzenia.

- Rodzi. Krótko mówiąc, ja zawsze - każdy z nas - marzył, żeby żyć w kraju w jakiś sposób sprawiedliwym, demokratycznym i normalnym. Po 40 prawie latach pracy dla stadniny państwowej wydawało mi się, że to życie poświęciłem jakiejś idei, jakiemuś celowi, że jest to kontynuacja tradycji pracy moich poprzedników, tych ludzi, którzy te konie uratowali z działań wojennych, którzy poświęcili temu całe właściwie życie. Te araby się odrodziły jak feniks z popiołów po II wojnie światowej. Było parędziesiąt klaczy. Dzisiaj w sumie jest to jedno z lepszych stad na świecie, dzięki działalności człowieka - selekcyjnej pracy, pokory, powtarzania, pokory jeszcze raz i znowu pracy.

Jaka będzie kolejna aukcja "Pride of Poland"?
 
- Przygotowania nie wyglądają dobrze, bo jest około dwóch miesięcy spóźnienia. Nie ma jeszcze ogłoszonego katalogu internetowego, w którym podane są nazwy koni, ich kariery hodowlane, rodowody i to wszystko. To nie ruszyło.
 
Jaka jest graniczna data, do której musi być przedstawiony katalog?
 
- Normalnie w pierwszych dniach maja zaczynaliśmy zdjęcia i błyskawicznie pojawiał się katalog internetowy, a w ślad za tym katalog drukowany. Szereg kupców, z którymi ja mam kontakt, po prostu mocno się waha i tak właściwie, to oni planują sobie wyjazdy wcześniej. Teraz nie wiedzą, czy warto przyjeżdżać, czy są jakieś ciekawe konie czy nie. Na pewno ta aukcja powinna się odbyć, ponieważ te stadniny muszą z czegoś żyć.
 
Ale ta aukcja uspokoi to całe zamieszanie, które trwa?
 
- Ja sądzę, że ona uspokoić tego na razie nie uspokoi. Normalnie za organizację aukcji odpowiadaliśmy my, dyrektorzy stadnin i Polturf. Właściwie agencja interesowała się tym, ale jakoby z dali merytorycznie. A teraz, zmieniając zarządy, cała właściwie organizacja aukcji, decyzje, spadły na nią. A są to też nowi, świeży ludzi, którzy do tej pory tym się w ogóle nie zajmowali, a to jest dosyć spore przedsięwzięcie logistyczne.
 
Czytaj więcej na RMF24

Tomasz Staniszewski

Dowiedz się więcej na temat: stadnina w Michałowie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy