Reklama

Reklama

RMF FM: Stanisław Gawłowski podważa zarzuty prokuratury i pokazuje dowód

Stanisław Gawłowski kontratakuje. Poseł PO, któremu prokuratura chce postawić zarzuty korupcyjne, i który wczoraj wysłał do marszałka Sejmu oświadczenie o zrzeczeniu się immunitetu, ujawnia, że znalazł dowód zakupu zegarka, który rzekomo otrzymał jako łapówkę w 2011 roku. Dowód pochodzi z roku 2007, a samego zegarka nie da się pomylić z tymi, jakich przyjęcie zarzuca politykowi prokuratura - podaje radio RMF FM.

Stanisław Gawłowski dowodzi, że zatrzymany u niego zegarek TAG Heuer Carrera, który miał być rzekomo częścią łapówki przyjętej w 2011 roku, tak naprawdę kupił sam. Polityk PO odnalazł w domu w Koszalinie opakowanie i kartę gwarancyjną zegarka, nabytego w szczecińskim centrum handlowym Galaxy 22 listopada 2007 roku.

Reklama

"27 listopada mam urodziny, to były trzydzieste dziewiąte. Żona chciała zrobić mi wtedy prezent, więc kilka dni przed urodzinami kupiliśmy ten zegarek razem" - mówi Gawłowski.

Polityk od dawna twierdzi, że używał TAG Heuera na długo przed rzekomym otrzymaniem go jako łapówki. Pokazuje liczne zdjęcia, na których nosi kupiony w 2007 roku zegarek - zarówno przed, jak i po 2011 roku, kiedy go rzekomo otrzymał.

Jak przyznaje Gawłowski, on sam jest zaskoczony, że żona odnalazła opakowanie i gwarancję z datą zakupu. Tym bardziej, że - według deklaracji śledczych - oni także ich szukali. Wtedy prokuratorzy i agenci CBA mieli już w ręku samego TAG Heuera.

"Przeszukanie w domu w Koszalinie odbyło się następnego dnia po tym, jak w warszawskim mieszkaniu oddałem im mój zegarek" - wyjaśnia Gawłowski.

"Kilka dni temu żona wpadła jednak na pomysł, żeby sprawdzić, czy jakichś dowodów zakupu nie ma na strychu, w pomieszczeniu, gdzie trzymamy głównie książki, albumy, ale też pudła i m.in. opakowania po starych telefonach. I znalazła. Przeprowadzający tam wcześniej przeszukanie agenci CBA i prokuratorzy tylko zajrzeli do tego pomieszczenia" - relacjonuje polityk.

Znaleziony...

Dzień wcześniej, podczas głośnego przeszukania w warszawskim mieszkaniu Stanisława Gawłowskiego, prokuratorzy zajęli sam zegarek TAG Heuer Carrera. Polityk nie potrafił wówczas udowodnić, skąd go ma. Twierdził, że nie ma w mieszkaniu dowodów jego zakupu, ale kupił go 10-15 lat wcześniej za mniej więcej 5-6 tysięcy złotych. Wydał przeszukującym noszący ślady używania zegarek, na którego kopercie widniało oznaczenie modelu: WV211B.

To tego właśnie modelu TAG Heuera dotyczy dowód zakupu z 22 listopada 2007 roku.

... i poszukiwane

Prokurator zarzuca Gawłowskiemu, że w czerwcu 2011 otrzymał od wicedyrektora Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej Łukasza L. dwa ekskluzywne zegarki TAG Heuer warte 25 971 złotych. Według akt śledztwa, chodzi o kupione przez niego pod koniec maja 2011 zegarki TAG Heuer: CV2A12.FC6236 oraz CV2A12.FC6235. To modele o identycznym mechanizmie, różniące się tylko kolorem tarczy i paska: pierwszy miał tarczę i pasek brązowe, drugi czarne.

Za pierwszy z nich Łukasz L. zapłacił 14 050 złotych, za drugi 11 911 złotych. Różnica w cenie wynikała z doliczonych przy pierwszym zakupie 10 minut wcześniej punktów lojalnościowych.

Nie do pomylenia

Nawet bez sprawdzania kodów, jakimi firma TAG Heuer oznacza swoje produkty, widać, że zegarek znaleziony u Stanisława Gawłowskiego nie odpowiada opisowi zegarków, jakie miał otrzymać jako łapówki od Łukasza L. Poniżej ich porównanie:

Zegarki-łapówki poza tarczą główną mają też trzy inne tarcze, trzy koronki (pokrętła) zamiast jednej. Mają też kopertę o 1 cm większą niż zegarek Gawłowskiego. Są nie tyle zegarkami, co tzw. chronografami, a poza datą pokazują też dzień tygodnia i są wyposażone w tachometr, ułatwiający określenie prędkości poruszania się.

Kolejne litery i cyfry kodów na kopertach zegarków świadczą, że CV2A12 to chronografy serii Carrera, automatyczne, rozmiaru Magnum, w stalowej kopercie. WV211B oznacza z kolei zegarek serii Carrera, automatyczny, męski, także w stalowej kopercie, w wersji B.

Pomylenie chronometrów TAG Heuer CV2A12 (po lewej) z należącym do Gawłowskiego TAG Heuerem WV211B (po prawej) jest w zasadzie niemożliwe. To tak, jakby śledczy w pogoni za dwiema "wypasionymi" omegami czy vectrami zatrzymali 10-letnią corsę - bo to też Opel.

Historia zarzutu

Z dokumentów śledztwa wynika, że zarzut przyjęcia dwóch zegarków oparty jest tylko na zeznaniach byłego dyrektora Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej oraz jego partner, pracującego w IMGW jako wicedyrektor Łukasza L. Ten ostatni zeznał, że pod koniec 2010 roku Gawłowski sugerował mu, że za dalsze zatrudnienie w IMGW powinien mu się odwdzięczyć. Mieczysław O. miał mu później wyjaśnić, że chodzi o prezenty i ma czekać na instrukcje w tej sprawie.

Pół roku później Mieczysław O. zapowiedział Łukaszowi L., że oczekiwania Gawłowskiego zostaną mu przekazane mailem, po czym na prywatny, należący do Łukasza L. adres ADP2@wp.pl przyszedł mail ze zdjęciem zegarka TAG Heuer i dopiskiem "2x". Dopisek oznaczał - według Mieczysława O. - dwa egzemplarze.

Łukasz L. na pytanie, jak ma zegarki wręczyć, usłyszał, że najlepiej wysłać je do wiceministra Gawłowskiego przez kierowcę z IMGW z dopiskiem "Sekretariat Ministra Gawłowskiego do rąk własnych". Tak też uczynił. Łukasz L. zapewnił śledczych, że jego partner, dyrektor IMGW, sam mu mówił, że widział potem jeden z tych zegarków na ręce Gawłowskiego.

Słabe punkty

Poza Mieczysławem O. i Łukaszem L., którym prokuratorzy stawiają dziesiątki zarzutów w związku z ich działaniami i korupcją w IMGW, nikt nie łączy kupna zegarków z Gawłowskim. Co więcej, prokuratorzy nie tylko nie dysponują adresem mailowym, z którego Gawłowski miał żądać zegarków, wysyłając ich zdjęcie, ale też nie mają ani samego maila, ani zdjęcia.

Łukasz L. zeznał, że przed wysyłką do Gawłowskiego oba zegarki zapakował w kopertę, którą zszył i zakleił taśmą. Musiała to być potężna koperta, skoro zmieściły się do niej dwa pudełka z zegarkami, których każdy wymiar to kilkanaście centymetrów. Czy może przeznaczone i traktowane jak prezent ekskluzywne zegarki Łukasz L. przesłał wiceministrowi bez eleganckich pudełek?

Zastanawia też, dlaczego w rozmowie z 2013 roku partnerzy Mieczysław O. i nagrywający ją Łukasz L. martwią się, że Gawłowski wciąż domaga się zwolnienia Łukasza L. z IMGW. Ani słowem nie wspominają przy tym, że przecież mają na szefa "trzymanie" w postaci wręczonej mu dwa lata wcześniej łapówki.

200 tysięcy w Koszalinie

Gawłowski ma też usłyszeć zarzut przyjęcia w sierpniu 2011 roku około 200 tysięcy złotych łapówki od działającego w branży melioracyjnej przedsiębiorcy z Zachodniopomorskiego.

Krzysztof B., skazany już na karę bezwzględnego więzienia w związku z zarzutami korupcyjnymi w "aferze melioracyjnej", nie podaje jednak żadnych okoliczności wręczenia tej łapówki. Przeznaczone na nią pieniądze wypłacił z banku między 9 a 12 sierpnia w kilku częściach.

"On stwierdził, że na początku sierpnia 2011 przekazał mi w Koszalinie, w niewiadomych okolicznościach i w niewiadomym miejscu, ale w Koszalinie, około 200 tysięcy złotych łapówki. Kłopot polega na tym, że ja na początku sierpnia przebywałem w Chorwacji" - mówi Gawłowski i na dowód przedstawia wyciągi z rachunku za swój telefon.

"Fizycznie nie było mnie wtedy w Koszalinie"

"Wylądowałem, wracając z Chorwacji, w Berlinie wieczorem 11 sierpnia. Pojechaliśmy do Szczecina, tam przenocowaliśmy, ze Szczecina pojechałem na południe Polski, do Brzegu na Opolszczyźnie. Moja mieszkająca tam mama miała w tym czasie urodziny - relacjonuje polityk. Pojechałem na te urodziny, spędziłem tam kilka dni, po czym wróciłem do Koszalina, odwożąc tylko i wyłącznie żonę, 15 sierpnia. I zaraz następnego dnia po prostu pojechałem do pracy do Warszawy" - podkreśla.

Możliwe, że Krzysztof B. wręczył Gawłowskiemu 200 tysięcy złotych łapówki w drugiej połowie sierpnia, kiedy ten wrócił do Koszalina na dłużej. Wciąż jednak nie jest wyjaśnione, w jakich okolicznościach do tego doszło, ani co działo się do tego czasu z gotówką, wypłaconą z banku między 9 a 12 sierpnia.

Tomasz Skory

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje