Reklama

Reklama

Przyłębski: Nigdy nie byłem uśpionym agentem

"Nigdy nie byłem uśpionym agentem; mój incydent z podpisaniem oświadczenia o współpracy z SB skończył się na samym podpisaniu i nie miał żadnego dalszego ciągu" - podkreślił ambasador RP w Niemczech Andrzej Przyłębski.

Gazeta Wyborcza" napisała w piątek o mężu prezes TK Julii Przyłębskiej - ambasadorze Andrzeju Przyłębskim, który według dziennika w 1979 r. "na współpracę z SB zgodził się jako student, bo bał się, że nie dostanie paszportu; potem nie wywiązywał się z zadań i bezpieka relacje zamknęła", następnie "został zwerbowany jako specjalista-kontakt operacyjny" na początku lat 90. przez UOP. "O wciągnięciu małżeństwa Przyłębskich do sieci współpracowników wywiadu dowiedzieliśmy się od kilku informatorów związanych ze służbami. Twardych dowodów opartych na dokumentach nie jesteśmy w stanie przedstawić. (...) Ale są dowody pośrednie" - napisał dziennik.

Reklama

"GW" podała także, że prezes TK Julia Przyłębska oraz wiceprezes TK Mariusz Muszyński są "prowadzeni przez służby i zostali ulokowani w TK, by podporządkować go interesom władzy". Według gazety, Trybunałem Konstytucyjnym "kierują były oficer służb i jego współpracownica".

Przyłębski odniósł się do publikacji "GW" w poniedziałek, w rozmowie z portalem wpolityce.pl. Zapewnił, że "incydent z podpisaniem oświadczenia o współpracy z SB z 1979 roku skończył się na samym podpisaniu i nie miał żadnego ciągu dalszego". "Nikt nigdy nie próbował mnie ponownie werbować, czy 'obudzić'. Nic takiego nie miało miejsca. Odmówiłem współpracy. Nie czułem się i nigdy nie byłem uśpionym agentem" - podkreślił Przyłębski.

Przypomniał, że w ubiegłym roku złożył oświadczenie lustracyjne. W sierpniu IPN zdecydował, że nie skieruje do sądu sprawy oświadczenia lustracyjnego ambasadora, tym samym oczyszczając go z zarzutu kłamstwa lustracyjnego - zatajenia związków z SB. Przyłębski podpisał zobowiązanie do współpracy, ale Instytut uznał, że nie współpracował on ze służbami PRL-u.

"Znając ustawę i orzecznictwo napisałem, że nie byłem tajnym współpracownikiem, ale zaznaczyłem kwestię tego incydentu z 1979 roku. Nie jestem kłamcą lustracyjnym, co jednoznacznie potwierdził IPN" - wskazał Przyłębski.

Pytany, czy mogły zostać spreparowane dokumenty skierowane przeciwko niemu, zauważył, że "autorzy artykułu sami stwierdzają, że nie ma żadnych dokumentów".

W latach 1996-2001 Przyłębski kierował Wydziałem Kultury i Nauki Ambasady RP w Niemczech. Jak podkreślił, wbrew doniesieniom "GW", "żaden wywiad nie miał z tym nic wspólnego". Jak mówił, początkowo brał udział w konkursie na stanowisko dyrektora Instytutu Polskiego w Berlinie. Konkursu nie wygrał, ale 3 miesiące później otrzymał propozycję od MSZ objęcia stanowiska w Ambasadzie. "Przesądziły moje kwalifikacje naukowe. Byłem już doktorem habilitowanym" - wyjaśnił.

Pytany, czy na stanowisko rekomendował go były ambasador RP w Niemczech Andrzej Byrt, Przyłębski odparł: "To kompletna bzdura. Nigdy się nie znaliśmy. To przypadek, że Andrzej Byrt pochodzi z Poznania. Poznaliśmy się dopiero na placówce".

Dopytywany, czy rozważa podjęcie kroków prawnych przeciwko autorom i redakcji, oznajmił, że rozmawiał już o tym z adwokatami. "Ten artykuł utrudnia mi pracę, podkopuje wiarygodność. To hucpa, której się nie spodziewałem (...) +Gazeta Wyborcza+ zeszła poniżej jakiegokolwiek poziomu. To przykre, że te wyssane z palca informacje przedrukowuje też dziennik 'Fakt'" - podsumował Przyłębski.

Julia Przyłubska oświadczyła w piątek, że informacje "GW" są całkowicie nieprawdziwe. "Nie ma sytuacji, żeby służby specjalne przejmowały wymiar sprawiedliwości" - podkreśliła. Do publikacji "GW" odniosło się też Biuro Trybunału Konstytucyjnego. W przesłanym PAP komunikacie, stanowczo zdementowało - jak podkreśliło - "niepoparte faktami informacje zawarte w 'Gazecie Wyborczej', w artykule redaktora Wojciecha Czuchnowskiego". W sobotę po południu rzecznik prasowy Biura TK Marcin Koman poinformował, że Przyłębska złoży doniesienie do prokuratury ws. publikacji "Gazety Wyborczej" i dziennika "Fakt".

Również ambasada RP w Berlinie zdementowała - jak podkreśliła - "zmyślone i fałszywe doniesienia i insynuacje na temat rzekomej przeszłości ambasadora RP w Republice Federalnej Niemiec, prof. Andrzeja Przyłębskiego oraz jego żony, Julii Przyłębskiej".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne