Reklama

Reklama

"Przegląd": Gdyby liczyć głosy metodą Sainte-Laguë, PiS miałoby 200 posłów

I znów mniejszość będzie rządzić większością.

W październikowych wyborach PiS zdobyło trochę ponad 8 mln głosów, a opozycja (nie licząc Konfederacji) 8,9 mln. Ale co z tego - to PiS będzie miało 235 mandatów, czyli bezwzględną większość. Uzyskało 43,59% głosów, ale w Sejmie będzie miało 51,09% posłów. Wszystko za sprawą ordynacji wyborczej i systemu liczenia głosów. Polacy głosowali więc inaczej, niż pokazuje to rozkład miejsc w Sejmie. Zostali, można powiedzieć, wykiwani przez polityków, którzy kilkanaście lat temu przyjęli taką ordynację i taki system liczenia głosów. Kłania się baron D’Hondt - i nie tylko on.

Oczywiście system liczenia głosów miał decydujący wpływ na kształt Sejmu, ale w grę wchodziły też inne czynniki - podział okręgów wyborczych oraz ich wielkość. Z kolei próg 5% (8% dla koalicji) tym razem nie odegrał roli. Partie polityczne, wchodząc w sojusze wyborcze, skutecznie się zabezpieczyły przed tą gilotyną.Ważniejsze jest jednak coś innego. Otóż gdyby w Polsce obowiązywał inny system liczenia głosów, bardziej sprawiedliwy, dokładniej oddający preferencje społeczeństwa, mielibyśmy zupełnie inny parlament. Sprawdziliśmy to, Sejm wyglądałby zupełnie inaczej.

D’Hondt kontra Sainte-Laguë

Reklama

Jak podzielić mandaty w systemach wyborczych proporcjonalnych, w których nazwiska kandydatów wystawione są na listach partyjnych? Najpopularniejsze są dwie metody - D’Hondta (nazwa pochodzi od nazwiska belgijskiego matematyka Victora D’Hondta) i Sainte-Laguë (ta nazwa z kolei pochodzi od nazwiska francuskiego matematyka André Sainte-Laguë). 

Metoda D’Hondta polega na tym, że dzielimy liczby uzyskanych przez komitety głosów przez kolejne liczby naturalne, czyli 1, 2, 3, 4, 5 itd. Następnie wyszukujemy najwyższe ilorazy, stosownie do liczby mandatów przypadających w danym okręgu. Zakładając, że w danym okręgu jest do obsadzenia np. 15 mandatów, szukamy 15 najwyższych ilorazów. I one wskazują nam, ile mandatów wziął dany komitet. Metoda D’Hondta przyciąga prostotą liczenia, ale ma jedną zasadniczą wadę - niedokładnie przekłada liczbę otrzymanych głosów na liczbę mandatów. Dodaje tym, którzy zdobyli najwięcej głosów, a zabiera mniejszym. Przykładem niech będą październikowe wybory - PiS zdobyło w nich 43,59% głosów, a otrzymało 51,09% mandatów. Z kolei Konfederacja zyskała 6,81% głosów, jednak przełożyło się to ledwie na 11 mandatów, czyli 2,39%.

Żeby tę wadę wyeliminować, w demokracjach opracowano inne metody, znacznie dokładniej wiążące liczbę mandatów z wynikiem wyborczym. Najbardziej znaną jest metoda Sainte-Laguë, też bardzo prosta i też polegająca na wskazaniu najwyższych ilorazów. Różni się od metody D’Hondta tym, że wyniki wyborcze poszczególnych komitetów dzielimy przez kolejne liczby nieparzyste, czyli 1, 3, 5, 7, 9, 11 itd. 

Metoda ta jest dość dokładna, choć daje lekkie fory słabszym komitetom. Pojawiły się więc różne jej modyfikacje, ale to odłóżmy na bok. Przeliczyliśmy metodą Sainte-Laguë, okręg po okręgu, wyniki październikowych wyborów. Efekt naszych wyliczeń zamieszczamy w tabeli poniżej. Sejm tak wyłoniony byłby zupełnie inny. PiS miałoby nie 235 mandatów, ale 200, otrzymałoby ich procentowo niemal tyle samo, ile głosów (43,47%). Te 200 mandatów odpowiadałoby wpływom tej partii w społeczeństwie. 

Jarosław Kaczyński, by rządzić, musiałby szukać sojusznika albo w Konfederacji, albo w PSL. Ciekawy jest zresztą wynik Konfederacji - ona w systemie Sainte-Laguë zyskałaby najwięcej, zamiast 11 posłów miałaby ich aż 36 (7,82% mandatów!). Stan posiadania zwiększyłyby również Lewica i PSL - oba komitety zyskałyby po 10 posłów. Z kolei Platforma straciłaby 10 mandatów i miałaby w Sejmie klub liczący 124 posłów.Gdy analizowaliśmy okręg po okręgu wyniki wyborów, jedna rzecz rzucała się w oczy. W systemie D’Hondta PiS brało nieproporcjonalnie dużo mandatów w małych okręgach, ośmio-, dziewięciomandatowych. W systemie Sainte-Laguë modyfikacja tego podziału najczęściej była taka, że ostatni mandat przechodził z PiS do Konfederacji, choć nie zawsze. 

Przykładem niech będzie podkrakowski okręg nr 12. Tam zdecydowanie wygrało PiS, zdobywając 53,48% głosów (ponad 169 tys.). Druga była Platforma z 23,04% głosów (72 tys.). I tylko te dwie partie podzieliły się mandatami - PiS wzięło ich sześć (75% puli!), Platforma - dwa, Lewica, PSL i Konfederacja nie dostały nic. W systemie Sainte-Laguë podział byłby inny. PiS dostałoby cztery mandaty, PO - dwa, po jednym - Lewica i PSL. Takich małych okręgów, zwłaszcza na południu i wschodzie Polski, jest więcej. Wszędzie tam wygrywało PiS i wszędzie brało bonus w postaci "dodatkowych" mandatów. Jeżeli więc ktoś się dziwił, dlaczego w ostatnich dniach przed wyborami PiS z takim zaangażowaniem prowadziło kampanię w swoich bastionach, w Galicji czy na ścianie wschodniej - ma odpowiedź. Bo dzięki temu zyskało więcej, niż gdyby walczyło na zachodzie. Być może na zachodzie kraju albo w dużych miastach ugrałoby trzy-cztery mandaty więcej. Ale w Galicji i na wschodzie zgarnęło ich dodatkowo może i kilkanaście. Na przykład w okręgu nr 15, Tarnów, zdobyło 59% głosów, ale przełożyło się to na siedem mandatów w dziewięciomandatowym okręgu! W okręgu nr 22, Krosno, zdobyło 63% głosów, a uzyskało osiem mandatów na 11 możliwych. W okręgu nowosądeckim (nr 14) 65% poparcia dało osiem mandatów na 10 możliwych. 

PiS, by zyskać lepszy wynik, wykonało jeszcze jeden manewr. Otóż przed wyborami Państwowa Komisja Wyborcza rekomendowała korekty okręgów wyborczych. Powód był prosty - w Polsce zmienia się liczba ludności, jedne miejsca pustoszeją, do drugich napływa ludność, a na jeden mandat powinna przypadać podobna liczba wyborców. Dlatego PKW proponowała, by w pięciu okręgach zmniejszyć liczbę mandatów o jeden. Chodziło o okręgi nr 9 w Łodzi, 31 w Katowicach, 32 w Sosnowcu, 33 w Kielcach oraz 34 w Elblągu. Za to po jednym mandacie należało dodać do okręgu nr 3 we Wrocławiu, do podwarszawskiego okręgu nr 20 oraz do okręgów nr 25 w Gdańsku, 26 w Gdyni i 39 w Poznaniu. Rząd puścił te sugestie mimo uszu. I ze swojego punktu widzenia miał rację, bo okazało się, że gdyby wprowadzono korekty, PiS miałoby o dwa mandaty mniej, a Platforma i Lewica o jeden więcej. Innymi słowy, miałoby większość nie pięciu, ale trzech posłów.

Dlaczego wygrał D’Hondt?

Wszystko jest więc jasne - 13 października dwa elementy wpłynęły na to, że Sejm nie odzwierciedla preferencji wyborczych: system D’Hondta i małe okręgi wyborcze. Dlaczego tego nie zmieniono? Dlaczego w Polsce obowiązuje taki system? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, powinniśmy się cofnąć do początków III RP. Plagą tamtego czasu było rozdrobnienie w Sejmie I kadencji, w którym największa partia miała 56 posłów, a żeby złożyć rząd, potrzebna była koalicja siedmiu partii. Przerażeni tamtą sytuacją, kiedy każdego dnia w Sejmie mogło się zdarzyć wszystko, posłowie przyjęli ordynację wprowadzającą próg 5% dla partii politycznych i 8% dla koalicji partii. Ponadto zmieniono system liczenia z metody Sainte-Laguë na D’Hondta i zwiększono liczbę okręgów wyborczych z 37 do 52, tworząc okręgi małe, sześcio-, pięcio-, cztero-, a nawet trójmandatowe. 

W wyborach w roku 1993 te progi zadziałały jak gilotyna. Do Sejmu nie weszły główne ugrupowania prawicy - Katolicki Komitet Wyborczy Ojczyzna (czyli ZChN), Porozumienie Centrum i Koalicja dla Rzeczypospolitej oraz NSZZ Solidarność i KLD. W efekcie SLD, który uzyskał poparcie 20%, otrzymał 171 mandatów, a PSL, z poparciem 15,40% - 132 mandaty. Druga zmiana nastąpiła w roku 2001, w ostatnim roku rządów koalicji AWS-UW. Wtedy to, 12 kwietnia, parę miesięcy przed wyborami, Sejm głosami posłów AWS, UW i PSL uchwalił nową ordynację wyborczą. Zmieniono w niej metodę liczenia głosów w wyborach do Sejmu - z D’Hondta na Sainte-Laguë (zmodyfikowaną), zniesiono listę ogólnopolską oraz zmniejszono liczbę okręgów do 41, jednocześnie je powiększając. 

Zmiana ta miała jeden cel. Ponieważ wszystkie sondaże przewidywały miażdżące zwycięstwo opozycji, czyli SLD (w sondażach Sojusz otrzymywał 43-50% poparcia), prawica postanowiła lewicę zatrzymać. W związku z tym przyjęto ordynację, która miała zmniejszyć liczbę mandatów zwycięskiej partii. I tak się stało. Sojusz zdobył 41% poparcia i 216 miejsc w Sejmie. Choć gdyby mandaty liczono metodą D’Hondta, miałby ich 245 i bezwzględną większość. Oczywiście ta zmiana ordynacji pół roku przed wyborami szyta była tak grubymi nićmi, że nikt nie traktował poważnie argumentów, które padały podczas dyskusji nad nową ordynacją. Wiadomo było, że chodzi o jedno - o zatrzymanie SLD. Jeszcze więc podczas debaty w Sejmie Leszek Miller zapowiedział, że zaraz po wyborach zmieni ordynację i powróci do metody D’Hondta. Tak też się stało, to była jedna z pierwszych decyzji nowej koalicji SLD-PSL. Co odbija się lewicy czkawką w zasadzie do dzisiaj.

Głos ludu czy sprawność władzy?

W ten sposób, w gruncie rzeczy przypadkowo, ukształtował się w Polsce system wyborczy preferujący i wzmacniający duże partie. Zwyciężyła filozofia, że trzeba wzmacniać partię zwycięską, żeby łatwo było jej powołać rząd, żeby nie musiała zawierać "zgniłych" koalicji, żeby wygodnie jej się rządziło, z komfortową większością w Sejmie. W imię efektywności władzy odrzucono ideę, że Sejm powinien być emanacją poglądów społeczeństwa i w sposób maksymalnie wierny odzwierciedlać istniejące w społeczeństwie podziały. Że podziały te powinny w Sejmie się docierać poprzez debatę i kompromisy. Sejm żywy, debatujący został uznany za niebezpieczny i niepotrzebny. Zresztą, w kolejnych latach poprzez zmiany regulaminowe ograniczono w nim rolę opozycji i debat. Robiono to, strasząc zawsze Sejmem I kadencji i przypominając głosowanie nad wotum nieufności dla rządu Hanny Suchockiej - wniosek zgłosił poseł partii koalicyjnej Alojzy Pietrzyk z NSZZ Solidarność, a przeszedł on jednym głosem, bo inny poseł koalicji podobno zatrzasnął się w toalecie... Tylko że dziś te ostrzeżenia nijak się mają do rzeczywistości. 

Sejm I kadencji to lata 1991-1993, a od roku 1997 mamy w Polsce nową konstytucję, która wprowadziła bezpieczniki zdecydowanie wzmacniające pozycję premiera, m.in. poprzez to, że Sejm może go odwołać jedynie poprzez konstruktywne wotum nieufności, czyli zgłaszając własnego kandydata na premiera. Innymi słowy, musi powstać nowa koalicja, by szefa rządu obalić. Taka sytuacja teoretycznie powinna zachęcać do poluzowania, do ordynacji lepiej odzwierciedlającej polityczny kształt społeczeństwa. Tymczasem kolejne rządy, SLD, PO, teraz PiS, uznawały, że ordynacja uchwalona w 2001 r., ale z systemem D’Hondta, jest najbardziej użyteczna. Dla Tuska i Kaczyńskiego ten system wyłaniania władzy okazał się wręcz wymarzony, bo płynnie budował system dwublokowy. I lewica, i skrajna prawica były w nim wypychane gdzieś na margines, a polityka toczyła się wokół sporów PO kontra PiS. Sejm zaś był do tego coraz mniej potrzebny. Tymczasem, patrząc na lata 2005-2019, czyli wojny PO z PiS, możemy ocenić, że system dwublokowy w polskich warunkach okazał się nieszczęściem niszczącym życie publiczne. 

System dwublokowy preferuje dyscyplinę i twardą postawę wobec przeciwnika. To system dwóch armii maszerujących jedna na drugą, podporządkowanych wodzowi, zdyscyplinowanych. Armii, w których największymi cnotami są lojalność wobec wodza i nieustępliwość.System wielu partii preferuje inne cechy. Przede wszystkim umiejętność dogadywania się, zawierania sojuszy. Hejterzy trafiają w nim na margines, bo są nieefektywni. Najwyżej ceni się za to tych, którzy są kompetentni i nie palą mostów - bo dzisiejszy przeciwnik za parę tygodni może być koalicjantem. Inaczej też wygląda debata sejmowa. 

Gdy mamy dwa bloki, cenieni są mówcy wyraziści, którzy atakują drugą stronę, ośmieszają ją. Kiedy jest wiele partii, a wynik debaty nieprzesądzony, bardziej liczą się argumenty merytoryczne oraz umiejętność szukania porozumienia. Teraz warto więc rozważyć, w kierunku którego systemu Polska powinna zmierzać. Wyniki październikowych wyborów wskazują, że Polacy mają dość wojny dwóch wielkich partii, że odrzucają system dwublokowy. Może pora odrzucić go także w ordynacji wyborczej i wrócić do systemu Sainte-Laguë? Tak aby nie dodawać mandatów największym, ale żeby Sejm odzwierciedlał barwy polskiego społeczeństwa. 

Przy okazji takiej zmiany moglibyśmy się pokusić o zniesienie progów wyborczych. Albo, tak jak jest w Hiszpanii, o ograniczenie ich do okręgów wyborczych (tam obowiązuje próg trzyprocentowy, ale w okręgu, nie w skali kraju).Dlaczego to ważne? Otóż plagą polskiego życia politycznego jest również wielka rola partyjnych szefów. Mają oni nad członkami partii olbrzymią przewagę - dysponują funduszami partyjnymi i ustalają listy wyborcze. W ten sposób wymuszają posłuszeństwo i łamią ludziom charaktery. A wystarczyłoby zlikwidować pięcioprocentowy próg i zagwarantować duże okręgi wyborcze. 

W ten sposób każdy polityk cieszący się poparciem wyborców mógłby startować do Sejmu z własnego komitetu i miałby szansę na sukces. Dziś to w ogóle niemożliwe, próg 5% jest przeszkodą, którą pokonać mogą tylko nieliczni. A tak każdy działacz mocno osadzony w elektoracie mógłby powiedzieć wodzowi do widzenia i wystartować z własnej listy. Wzrosłaby rola tych, którzy są silni w terenie i popularni, a zmalałaby rola partyjnych dworzan nadskakujących szefowi. To uwolniłoby polską politykę od różnych wodzów i od mentalności wojennej. Zmiana D’Hondta na Sainte-Laguë, likwidacja progów wyborczych... Te proste posunięcia odmieniłyby polską politykę. Warto o nie walczyć.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje