Reklama

Reklama

"Przegląd": Biedanauka, biedahumaniści

Wychodzi więc na to, że młody humanista ma bardzo ograniczony wybór przedmiotu badań: może albo pozostać naukowcem, robiąc to, czego chce od niego ministerstwo, albo zostawić akademię.

Reklama

- Większość z nas jednak stara się jakoś dostosowywać, od tego uzależnione jest przetrwanie nasze i naszych instytutów. Dlatego poza anglojęzycznymi artykułami w punktowanych czasopismach zajmujemy się tym, dla czego zostaliśmy naukowcami. Przy czym to, co my uważamy za najważniejsze, często nie jest przez ministerstwo postrzegane jako wartościowe.

Mam wrażenie, że ci, którzy mimo niskich zarobków i dewaloryzacji naszej pracy zostali w akademii, to ludzie, którzy bardzo chcą robić to, co robią. Wielu innych jednak odchodzi, bo taka praca to ciągłe wybory między utrzymaniem siebie i rodziny a uprawianiem nauki. Do tego dochodzi ogromne obciążenie pracą administracyjną, ciągłym rozliczaniem się, składaniem wniosków o granty, które przecież przyznawane są na określony czas. Wielu i wiele z nas wykonuje dodatkowe prace, ale często są one niskopłatne, np. korektorskie czy redaktorskie. Im bardziej jesteśmy obciążeni tym wszystkim, tym mniej czasu zostaje nam na to, co stanowi istotę naszej pracy.

Ile zarabia młody pracownik naukowy?

- Kiedy trafiłam do Instytutu Slawistyki PAN jako adiunktka, zaraz po doktoracie w 2010 r., zarabiałam ok. 1,8 tys. zł na rękę. Te wynagrodzenia są na tyle niskie, że wielu doktorów i doktorek wciąż korzysta ze wsparcia rodziców czy partnerów. Część osób wyjeżdża lub znajduje inną pracę. Dlatego tak ważne jest wprowadzenie stawek minimalnego wynagrodzenia dla pracowników naukowych instytutów PAN, na wzór tych gwarantowanych dla naszych kolegów i koleżanek pracujących na uniwersytetach. Wraz z tym zapisem muszą być zagwarantowane na to dodatkowe środki, bo obecnie ok. 90% dotacji dla instytutów humanistycznych PAN wydawanych jest na wynagrodzenia. Oznacza to, że podwyżki są niemożliwe. Z pozostałych 10% trzeba opłacić infrastrukturę, wyjazdy na konferencje, kwerendy itd. Tych środków jest tak mało, że nie starcza nam nie tylko na życie, ale też na prowadzenie działalności naukowej: dyrektorzy poszczególnych instytutów muszą często wybierać, kto pojedzie na konferencję, a kto nie.

Co grozi polskiej humanistyce?

- Mam nadzieję, że humanistyka nie zniknie całkiem z uniwersytetów i akademii. Jednak jeśli sensowność mierzona jest opłacalnością, rzeczywiście można zadać sobie pytanie, po co wkładać pieniądze w nauki, które nie generują żadnych zysków. To pytanie zresztą głośno zadają kolejni ministrowie. A od niego już tylko krok do konkluzji, że nauki humanistyczne są właściwie niepotrzebne i mogą być uprawiane w ramach hobby, a nie zawodu. Przy obecnej polityce naukowej dyscyplinom humanistycznym grozi przejście do szarej strefy. Dlatego - choć nie chcę wierzyć, że politycy mogliby być tak krótkowzroczni, żeby całkowicie zrezygnować z nauk humanistycznych - obawiam się, że mogą one być nadal marginalizowane i redukowane. A to byłoby wielką tragedią, nawet nie dla nas, humanistów i humanistek, ale dla całego społeczeństwa. 

Rozmawiała: Katarzyna Wierzbicka

***

Dr hab. Nicole Dołowy-Rybińska - profesor Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, kulturoznawczyni i socjolingwistka. Wiceprzewodnicząca Akademii Młodych Uczonych PAN. Zajmuje się językami i kulturami mniejszościowymi w Europie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama