Reklama

Reklama

"Przegląd": Biedanauka, biedahumaniści

Jeśli polityka Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego się nie zmieni, z polskiej humanistyki niewiele zostanie.

Z dr hab. Nicole Dołowy-Rybińską, profesor Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, kulturoznawczynią i socjolingwistką, rozmawia Katarzyna Wierzbicka.

Katarzyna Wierzbicka: Po co nam właściwie humanistyka?

Reklama

Dr hab. Nicole Dołowy-Rybińska: - Humanistyka ma odpowiedzieć na pytania o to, kim jesteśmy, w jaki sposób praktykujemy i tworzymy kulturę. Krótko mówiąc, na wszystkie pytania dotyczące naszego życia w jego wymiarze myślowym, kulturowym i społecznym. Myślę, że humanistyka też wychowuje i skłania do refleksji, która jest częścią naszego człowieczeństwa, naszej tożsamości. Dlatego nie możemy sobie pozwolić na ignorowanie tych pytań.

A czy obecny system umożliwia w ogóle zajmowanie się takimi pytaniami?

- Jest skonstruowany w taki sposób, żeby punktować to, co się opłaca finansowo, co przynosi wymierne zyski. Humanistykę - podobnie jak inne dziedziny nauk - traktuje się jak inwestycję, która ma się zwrócić. Tylko że to jest sprzeczne z jej misją. Humaniści są oceniani dokładnie według tych samych kryteriów, wedle których ocenia się dorobek w naukach ścisłych, bez uwzględnienia specyfiki naszych dyscyplin i przedmiotów badań. To jasne, że w takich warunkach zawsze będziemy w tyle za naukami ścisłymi i przyrodniczymi. Humanistyka nigdy nie będzie - i nie powinna musieć - przynosić korzyści materialnych. Tymczasem jesteśmy finansowani i oceniani na podstawie całkowicie źle dobranych kryteriów, które nijak się mają do tego, czym się zajmujemy. Taka marginalizacja humanistyki zaczęła się już dawno, jeszcze za minister Kudryckiej, a ostatnia reforma pogłębia zapaść, w której się znaleźliśmy.

Jakie są te kryteria?

- Jednym z nich jest źle pojęte umiędzynarodowienie badań. Przejawia się to np. w wymogu publikowania po angielsku i w czasopismach znajdujących się na odpowiednich listach. Publikacje w wybranych anglojęzycznych czasopismach, wydawanych przez wielkie korporacje, są znacznie wyżej punktowane niż publikacje w czasopismach polskojęzycznych bądź wydawanych lokalnie, niezależnie od ich jakości. Dla moich badań ma to szczególne znaczenie, bo zajmuję się językami mniejszościowymi Europy. Traktuję więc wygłoszenie referatu w języku górnołużyckim jako ważne, pod względem zarówno naukowym, jak i społecznym. Niestety, w kryteriach ministerialnych nie ma to większego znaczenia. Istotną częścią mojej pracy jest "oddawanie" wyników badań tym społecznościom, których one dotyczą. Jeśli robię badania na temat używania języka łużyckiego, to chcę, żeby ich wyniki dotarły do ludzi, którzy tym językiem się posługują. Moje badania mają też znaczenie uniwersalne. Analizuję np., co świadczy o tym, że pozycja języków jest silna, lub dlaczego słabnie. Może gdyby ministerstwo zwracało uwagę na wyniki badań naukowych, zauważono by, że odchodzenie od używania języka w twórczości (również naukowej) jest pierwszym stopniem do marginalizacji tego języka. Można więc powiedzieć, że języki państwowe, w tym polski, też stają się językami zagrożonymi, m.in. dzięki polityce naszego ministerstwa. 

Jeden z historyków z Uniwersytetu Warszawskiego, organizatorów Nadzwyczajnego Kongresu Humanistyki Polskiej, który odbył się pod koniec stycznia w ramach sprzeciwu wobec rozporządzeń do najnowszej reformy, mówił, że nie ma sensu publikowanie prac o polskiej historii w języku angielskim, bo nie będzie miał ich kto czytać - prędzej czy później polska historia, zwłaszcza poszczególnych miast i regionów, zniknie z badań. Wydaje się, że można to przełożyć na resztę dyscyplin humanistycznych - kto będzie czytał anglojęzyczne prace o Mickiewiczu czy Kochanowskim? 

- Żeby było jasne: nie jestem przeciwna publikowaniu po angielsku i uważam, że lokalna historia, twórczość i idee są interesujące poza granicami kraju, a jeśli nie są - może to być winą samej analizy. Nie jest prawdą, że polscy naukowcy ograniczają się do lokalnego kontekstu. Obracają się przecież także w środowiskach międzynarodowych, w których używa się zazwyczaj języka angielskiego. Z drugiej strony nie da się oderwać badań humanistycznych od kontekstu regionalnego. Na tym polega niezrozumienie przez rządzących, czym jest nasza praca. 

W publikowaniu po angielsku w wybranych czasopismach nie chodzi przecież wyłącznie o język, czyli o przełożenie artykułu z polskiego na angielski. Tu chodzi o wyzbycie się naszej perspektywy badawczej, gdyż czasopisma, w których publikowanie jest cenione, narzucają konkretne wymagania dotyczące nie tylko przedmiotu badań, ale i tego, jak ma być prowadzona analiza, jakie dzieła mają być cytowane i jakie wnioski powinny być wyciągane. My zaś nie tylko piszemy po polsku, ale też nasze postrzeganie problemów i ich analiza mają oparcie w naszych doświadczeniach, lekturach, tradycji naukowej. 

Niemcy, Francuzi czy Anglicy mają inną perspektywę, zakorzenioną w ich kontekście, i właśnie ta wielość punktów widzenia jest wartościowa. Dzięki temu, że myślimy po polsku i jesteśmy zakorzenieni w naszym, również bardzo złożonym kontekście, mamy szansę wnieść do międzynarodowej dyskusji coś nowego, coś konkurencyjnego. A ministerstwo zdaje się nam mówić, że istnieje jedna słuszna perspektywa. To perspektywa "świata zachodniego", reprezentowanego przez wielkie korporacje, grantodawców i stojące za tym pieniądze. Tymczasem to te różne konteksty, z których wyrośliśmy, tworzą różnorodność świata, nie tylko językową, ale także punktów widzenia, bo to zawsze idzie w parze.

Nie ma więc podstaw założenie, że po polsku czy o Polsce pisze się tylko dla Polaków. Na przykład badania dotyczące Podhala mogą jednocześnie służyć mieszkańcom regionu, jak i wnosić wkład w rozwój światowej socjolingwistyki, kulturoznawstwa, literaturoznawstwa czy antropologii. Takie badania - w zależności od przyjętej metodologii - mogą pomóc odpowiedzieć na inne, bardziej uniwersalne pytania: o funkcjonowanie małych społeczności, zmiany ich kultury w związku z rozwojem turystyki, wygląd twórczości słownej w nieskodyfikowanym języku czy używanie języka w sytuacji wielojęzyczności. W tym m.in. ukryta jest wartość nauk humanistycznych; refleksja dotycząca specyficznych zagadnień w ich wymiarze lokalnym czy jednostkowym służy jednocześnie poszukiwaniu odpowiedzi na pytania uniwersalne. Oba te aspekty są ważne. Badania prowadzone w Polsce i tworzone tu prace naukowe są częścią dorobku światowego. Dowodzą tego przekłady prac polskich humanistów, napisanych po polsku, nad którymi przecież dyskutuje się w środowisku międzynarodowym. 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy