Reklama

Reklama

Prof. Wawrzyniec Konarski po obchodach w Jerozolimie i Auschwitz: Niezbędny jest polsko-rosyjski "okrągły stół"

"Z batalii o prawdę historyczną po obchodach w Jerozolimie i Auschwitz wychodzimy okaleczeni. Ciągle nie udaje nam się z perspektywy światowej tak profilować naszej narracji, aby była ona automatycznie akceptowana" - mówi Interii prof. Wawrzyniec Konarski, politolog, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula.

Remigiusz Półtorak, Interia: - W jakiej kondycji wychodzimy z batalii o prawdę historyczną po obchodach w Jerozolimie i Auschwitz?

Reklama

Prof. Wawrzyniec Konarski: - Na pewno wychodzimy okaleczeni i zranieni. Nie udaje nam się, niestety, z perspektywy światowej tak profilować naszej narracji historycznej, aby była ona niejako automatycznie akceptowana. Mam na myśli nie tylko te konkretne obchody wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, ale również to, że od lat borykamy się powtarzaniem nieprawdziwego określenia o "polskich obozach śmierci". To się wpisuje w cały ten kontekst, który teraz został jeszcze podgrzany po wypowiedziach prezydenta Władimira Putina. Ale pamiętajmy, że w polityce nic nie bierze się znikąd.

To znaczy?

- Putin jest politykiem bardzo przebiegłym, ale też inteligentnym i jednocześnie wyciągającym pewne wnioski. Proszę zauważyć, że w Polsce już od wielu lat narracja, którą nierzadko stosują politycy, ale też część publicystów i naukowców, sprowadza się do tego, aby pomniejszać rolę Armii Czerwonej w procesie wyzwolenia Polski spod okupacji niemieckiej. I mówię to jako osoba rodzinnie doświadczona po tym względem, ponieważ moja rodzina została wywieziona w czasie wojny do Rosji północnej, więc miałbym prawo wpisywać się w tę negatywną narrację. A jednocześnie wiem, że paradoks tej sytuacji polega na tym, iż ofensywne przejście Armii Czerwonej przez Polskę i taki, a nie inny wynik wojny  w istocie uchronił nas przed fizyczną i biologiczną eksterminacją, którą przeprowadziłyby nazistowskie Niemcy. Nie wolno o tym zapominać.

- Polskie elity akcentują najczęściej udział Armii Czerwonej w agresji wobec Polski 17 września 1939 roku, natomiast wyrzucają z tej narracji stwierdzenia o tym, co mogło się stać, gdyby Niemcy tę wojnę wygrali.

- Pamiętajmy też, że polityka jest zawsze grą interesów, dlatego Związek Radziecki z agresora przeistoczył się w alianta po 1941 roku.

Prezydent Duda w jednym zdaniu nawiązał w Auschwitz do Armii Czerwonej.

- To prawda, ale mówimy tu jednak o wyjątku. Gwoli jasności - złą narrację prowadzą nie tylko ci, którzy teraz rządzą, ale robili to też ich poprzednicy. Wystarczy przypomnieć stwierdzenie Grzegorza Schetyny sprzed kilku lat, jako szefa dyplomacji, który mówił przy okazji jednej z poprzednich rocznic wyzwalania Auschwitz, że dokonały tego oddziały dowodzone przez jadącego czołgiem ukraińskiego majora czy pułkownika.

- Takie rzeczy są pamiętane. Rosjanie rewanżują się dzisiaj za to swoją agresywną retoryką, która jest szalenia przykra, bo zakłamana i nie do przyjęcia, ale jest także konsekwencją naszych grzechów. Chcę być dobrze zrozumiany - to nie znaczy, że rozgrzeszam Rosję. Mówię tylko, że prowadzenie "dialogu", w którym jedna strona pomniejsza rolę drugiej, a ta druga robi w rewanżu to samo jest drogą, która prowadzi w narracyjny niebyt.

Na pewno odezwą się głosy, że te niedopowiedzenia i oskarżenia są dalekie od symetrii. Że atak Putina jest wyjątkowo brutalny i cyniczny. A poza tym -  że skoro Putin gra nie fair i przywołuje historię niezwykle wybiórczo, to musimy bronić "swojej" wersji narracji.

- Naturalnie, że słowa Putina są nieprawdziwe i skandaliczne. Ale są wyrafinowaną metodą polityczną, która ma potwierdzić, czy jego narracja znajduje szerszy oddźwięk, ale taki zwłaszcza, który zaszkodziłby naszemu wizerunkowi w Europie i poza nią. Stwarza to wielkie wyzwanie całej naszej klasie politycznej.

Co w takiej sytuacji mogłoby obniżyć temperaturę sporu?

- Moim zdaniem, niezbędny powinien być dzisiaj swego rodzaju "okrągły stół" historyków, a może również polityków z Polski i Rosji. Właśnie po to, aby przestać sobie wzajemnie stawiać tego typu zarzuty, ponieważ nie doprowadzą one do czegokolwiek konstruktywnego. Rosja jest naszym sąsiadem i trzeba się z nią liczyć. Mówię to jako wnuk wojskowego osadnika z Wołynia, który w roku 1940 z całą rodziną został wywieziony pod Archangielsk.

Jak rozumiem, uważa pan, że obecna sytuacja jest również wynikiem braku długofalowego planu opowiadania o polityce historycznej i mimo wywiadów oraz wykupionych przy tej okazji artykułów w zachodniej prasie - w "Le Figaro", "Die Welt" czy w "Washington Post" - to tylko działanie na krótką metę?

- Takie artykuły są traktowane jako reakcje wybiórcze, a nie jako te, które wpisują się w pewną stałą tendencję. Nie widać, niestety, w światowych mediach przykładów, które świadczyłyby o odejściu raz na zawsze od tych sformułowań, które są dla nas krzywdzące. Jako podmiot stosunków międzynarodowych nie umiemy wpłynąć na zewnętrzny przekaz medialny, co może oznaczać, że widocznie źle popularyzujemy naszą historię i jej interpretację.

To co można zrobić, żeby efekt był lepszy?

- Przede wszystkim działania powinny być zaplanowane. Z udziałem rządu, ale również opozycji, ponieważ tu chodzi o nasze państwo, i bez eskalowania podziałów politycznych. Jeżeli takiego planu nie będzie, to jako naród będziemy na tym stale tracić.

Jak pan oceni zachowanie prezydentów - Putina w Jerozolimie i Dudy w Auschwitz? W wystąpieniu Putina nie było bezpośrednich odniesień do reinterpretacji historii, Andrzej Duda nawiązał tylko w jednym zdaniu, mówiąc, że "fałszowanie historii II wojny światowej to bezczeszczenie pamięci ofiar". To właściwa reakcja?

- Nie mogła być inna. Skoro Putin nie użył w Jerozolimie żadnych argumentów, które byłyby nawiązaniem do jego wcześniejszej retoryki, czyli nie atakował znowu Polski, to przywoływanie tamtych oskarżeń przez prezydenta Dudę byłoby rzeczą nieprzemyślaną i szkodzącą naszemu wizerunkowi. Obydwaj zachowali się tak, jak należało się zachować - oddali powagę tej rocznicy i miejscu, w którym się pojawili.

A reakcje naszych sojuszników w Jerozolimie były wystarczające?

- Wiceprezydent Pence też powiedział to, co powinien, choć bardzo oględnie i zapewne polskiej opinii publicznej chodziło o coś więcej. Reakcja tej rangi polityka, z kraju uważanego przez nas za strategicznego sojusznika, była w Polsce oczekiwana. Gdyby Pence zachował się inaczej, byłby to fatalny sygnał przeczący lansowanej przez naszych polityków tezie o tej właśnie strategicznej randze Polski dla USA. Nie przełoży się to jednak szybko na zmianę tendencji, o której była mowa wyżej, czyli na to, jak Polska i jej historia jest ciągle przedstawiana w wielu, choć nie wszystkich, światowych mediach.

Rozmawiał: Remigiusz Półtorak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje