Reklama

Reklama

Prof. Eisler: Marzec'68 to rok manipulacji

Marzec '68 to rok manipulacji. Niektórzy powinni mieć z nim ogromny problem, ale inni mają wszelkie moralne prawo czuć satysfakcję - powiedział w czwartek dyrektor oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie prof. Jerzy Eisler na Uniwersytecie Warszawskim.

W ramach obchodów 50. rocznicy wydarzeń marca 1968 r. w budynku dawnej Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego prof. Jerzy Eisler wygłosił referat pt. "Marzec '68 po pół wieku: oceny, interpretacje i manipulacje".  

Reklama

Jak podkreślił, marzec 1968 r. składał się z kilku zachodzących na siebie nurtów, a wielu bohaterów tamtejszych wydarzeń już nie żyje. "Jeśli jednym z nurtów była gwałtowna kampania antysemicka w środkach masowego przekazu, wymierzona w pisarzy, naukowców, artystów, zwykle o ogromnych zasługach dla polskiej kultury, nauki i sztuki i jeśli ktoś miał wtedy 40, 50 lub więcej lat to raczej dzisiaj nie żyje. Zatem tego nurtu już nie możemy omówić ani z Jerzym Andrzejewskim, ani z Pawłem Jasienicą, ani ze Stefanem Kisielewskim, ani z Antonim Słonimskim i wieloma innymi wybitnymi naukowcami, artystami pisarzami, których wtedy opluwano. To nie była krytyka zawoalowana z cyklu, że niektórzy twórcy zagubili busolę ideową. Nie, to było udowadnianie, że ten pisarz, naukowiec nie ma żadnego dorobku, że jest właściwie wrogiem, że tylko dzięki władzy ludowej mógł wydawać książki" - powiedział prof. Eisler.  

Zwrócił uwagę, że wiedza o wydarzeniach marca 1968 r. nie jest powszechna i "powoli przebija się do świadomości ok. 2 proc. społeczeństwa". "Nie dlatego, że jest to wiedza tajemna, że trzeba się straszliwie do niej przygotowywać, ale nie wiem, czy państwo macie świadomość, że na temat marca 1968 r. opublikowano ok. 70 książek. Kiedy słyszę, dlaczego się nie pisze o kryzysie roku 1968 zawsze instynktownie muszę ugryźć się w język, żeby się nie odciąć: 'a dlaczego się nie czyta?'. Jak się nie czyta to wiedza jest na takim poziomie, na jakim jest" - stwierdził. 

Przełamywanie stereotypu klasowego

Jego zdaniem społeczeństwo powoli przełamuje stereotyp klasowy, który "fantastycznie udał się komunistom". "W 1968 r. inteligencja i studenci, w 1970 r. robotnicy, w 1976 r. inteligencja poparła robotników i na końcu drogi wspaniały sukces ponadklasowej Solidarności. Tylko co zrobić z takimi faktami, jak np. wielotysięczne uliczne demonstracje w Bielsku Białej, Legnicy, Radomiu czy Tarnowie, gdzie w 1968 r. nie było szkół wyższych? Kto się z tą milicją ganiał po ulicach i rzucał kamieniami, skoro nie było studentów?" - pytał.  

Według Eislera, wśród niespełna 3 tys. osób zatrzymanych przez milicję obywatelską i SB w marcu 1968 r. było ok. 950 robotników i 550 studentów. "Naturalnie studentów było kilkanaście razy mniej niż robotników. Niemniej jednak w kontekście takich informacji trudno dalej powtarzać w nieskończoność: 'byliśmy sami, byliśmy osamotnieni, a robotnicy to ten aktyw robotniczy z pałami, który przyjechał'. Dziś wiemy, że nie tylko robotniczy, choć rzeczywiście byli tam także ludzie pracy fizycznej, ale byli także po cywilnemu oficerowie głównego zarządu politycznego Wojska Polskiego. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu byli także pracownicy centralnych urzędów w śródmieściu Warszawy" - powiedział.

Prof. Eisler dodał, że kampania antysemicka, ataki na zebraniach partyjnych i w prasie dotyczyły w dużej mierze osób powyżej 40 roku życia. "To nie byli dwudziestolatkowie. Dwudziestolatkowie to były często ich dzieci, córki i synowie, bohaterowie nurtu rewolty studenckiej. Zupełne kuriozum - odpowiedzialność dzieci za działalność rodziców i odpowiedzialność rodziców za działalność dorosłych dzieci. W naszym kręgu kulturowym zasada odpowiedzialności zbiorowej, a to był rodzaj odpowiedzialności zbiorowej, jest przecież wykluczona" - przypomniał.  

Jak podkreślił, "wszystko można powiedzieć i napisać, ale prawda jest jedna". "Nie ma prawdy białych i czarnych, wschodu i zachodu, północy i południa, Solidarności i PZPR. Mogą być opinie, interpretacje, oceny, ale prawda jest jedna. Naczelny wódz i premier RP gen. Władysław Sikorski zginął albo w katastrofie albo w zamachu. Nie mógł na raz zginąć w katastrofie i zamachu. Bardzo możliwe, że umrzemy, nie znając prawdy, co się w Gibraltarze 4 lipca 1943 r. wydarzyło, ale nie zwalnia to nas, historyków, od prób poszukiwania w zgodzie z warsztatem historycznym, dobrą wolą i intelektualną uczciwością" - zaznaczył dyrektor oddziału IPN w Warszawie.  

"Rok 1968 to rok manipulacji"

Prof. Eisler wspomniał o jednej z uczestniczek wydarzeń marca 1968 r., która w latach 80. zwierzyła mu się, że nigdy nikomu nie opowiedziała nikomu o swoim udziale w strajku. "Rok 1968 to rok manipulacji. Propaganda wmawiała społeczeństwu, że protestujący byli otumanieni przez siły imperialistyczne. Jeżeli można zrobić uczestnikowi wydarzeń taki kogel-mogel to jaki można zrobić komuś, kto urodził się 20 lat po marcu? Wszystko można mu wlać do głowy, prawdę i nieprawdę, mądrość i głupotę, przyzwoitość i podłość" - stwierdził.  

Według dyrektora oddziału IPN w Warszawie społeczeństwo polskie po roku 1989 wciąż jest świadkami manipulacji. "W zależności od tego, kto rządził w Polsce, nagle pojawiali się nowi bohaterowie marca 1968 r., których ci prawdziwi wtedy jakoś nie zapamiętali (...). Chyba że weźmiemy to w rozumieniu drugiej strony. Przecież tu też byli aktywiści Związku Młodzieży Socjalistycznej, którzy wspierali aktyw robotniczy i ormowców w czasie pacyfikowania wieców. A zatem można kroić sobie życiorys, można mieć 60-70 lat i urodzić się 4 czerwca 1989 r." - powiedział.  

Jak ocenił, "niektórzy powinni mieć ogromny problem z Marcem, ale inni mają wszelkie moralne prawo czuć satysfakcję". "Nie byli oszukani, jak czasem można było przeczytać, przez jakichś politykierów, bankrutów politycznych. Zrobili to z czystego przekonania, ideowości, temperamentu młodych ludzi, braku rozsądku. Historia nie zna rewolucji pięćdziesięciolatków. Pięćdziesięciolatkowie są dowódcami, ideologami, przywódcami, ale rewolucję zawsze robią dwudziestolatki" - podsumował prof. Eisler.  

Wydarzenia Marca'68

8 marca 1968 r. na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego odbył się wiec protestacyjny w związku ze zdjęciem przez władze komunistyczne wystawianych w Teatrze Narodowym "Dziadów" w inscenizacji Kazimierza Dejmka oraz relegowaniem z uczelni Adama Michnika i Henryka Szlajfera. Zgromadzeni na wiecu studenci zostali brutalnie zaatakowani przez oddziały milicji oraz "aktyw robotniczy".  

Stało się to początkiem tzw. wydarzeń marcowych, czyli kryzysu politycznego związanego z falą studenckich protestów oraz walką polityczną wewnątrz PZPR, rozgrywaną w atmosferze antysemickiej i antyinteligenckiej propagandy, z powodu której Polskę opuściło kilkanaście tysięcy osób pochodzenia żydowskiego.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne