Reklama

Reklama

Piotr Semka: Hałaśliwa mniejszość chce kryterium ulicznego

Piątkowa burda opozycji w Sejmie to kolejny przykład próby przeniesienia polityki na ulice - pisze w felietonie publicysta Piotr Semka. Gdyby nie było sprawy ograniczenia dostępu mediów do Sejmu, opozycja sięgnęłaby po inny pretekst, aby rozhuśtać atmosferę - dodaje.

W ocenie publicysty tygodnika "Do Rzeczy" "hałaśliwa mniejszość chce kryterium ulicznego". "Złe decyzje ekipy PiS można i trzeba krytykować" - podkreślił Semka nawiązując do planowanych zmian dotyczących dostępu mediów do Sejmu. Jego zdaniem ludzie mediów zaprotestowali przeciw pomysłom marszałka Sejmu w kwestii ograniczania dostępu dziennikarzy do Sejmu, ale - zaznaczył Semka - wszystko to musi odbywać się bez aury "majdanu nad Wisłą".

Reklama

"Próby odkręcenia wyborczego werdyktu wyborców za pomocą paru tysięcy zdeterminowanych zwolenników opozycji nie mają nic wspólnego z demokracją" - zauważa publicysta.

"Ci, których zaszokowała piątkowa okupacja mównicy sejmowej i fotela marszałka przez posłów Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej - powinni przypomnieć sobie dwa wydarzenia, kiedy już testowano scenariusz sejmowej rewolty" - dodaje Semka.

Według niego po raz pierwszy pomysły na wykreowanie "dwuwładzy" Platforma brała pod uwagę, gdy Lech Kaczyński rozważał rozwiązanie Sejmu w styczniu 2006 r. z racji opóźnień przy przygotowywaniu budżetu.

"Już wtedy w kręgu polityków PO pojawił się pomysł zwołania kadłubowego kontrsejmu w auli Politechniki Warszawskiej. Prezydent Lech Kaczyński obawiając się kryzysu konstytucyjnego o niewyobrażalnych możliwych skutkach, który skompromitowałby polską demokrację w Europie - cofnął się i do przyspieszonych wyborów nie doszło. Drugi raz w Sejmie zapanowała aura rokoszu 26 września 2006 r., gdy w TVN wyemitowano film z "ustawki" przygotowanej przez dziennikarzy tej stacji, Andrzeja Morozowskiego i Tomasza Sekielskiego, w ramach której posłanka Renata Beger zachęciła polityka PiS Adama Lipińskiego do nagrywanych negocjacji na temat jej przejścia do klubu partii rządzącej. Opozycja była doskonale przygotowana do wykorzystania tego wydarzenia medialnego. Politycy Platformy urządzili późną nocą, już po emisji materiału w TVN, specjalną konferencję prasową w Sejmie żądając zwołania na następny dzień nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu. Jednocześnie tej samej nocy w okolicach Sejmu założono miasteczko namiotowe, które otwarcie nawiązywało do wzorców ukraińskiej pomarańczowej rewolucji. Tylko determinacja ówczesnego marszałka Sejmu Marka Jurka, który odmówił zwołania nadzwyczajnego posiedzenia izby - zablokowała rewolucyjny plan opozycji" - pisze Semka.

W jego ocenie "w obu wypadkach widać było, że Platforma wtedy i teraz sięgała po scenariusz z nocy czerwcowej w 1992 r. - szybkiego rozhuśtania nastrojów i polityki tworzenia faktów dokonanych". "Dziś, gdy obóz III RP nie ma większości w Sejmie jest to trudniejsze. Dlatego teraz preferowane są akcje w rodzaj blokady Sejmu przez ok. dwa tysiące demonstrantów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ich organizatorzy - jak się zdaje - mają dość cyniczną rachubę - jeśli PiS wykaże bezradność i pozwoli na takie akcje - będzie kompromitował się bezradnością. Jeśli użyje siły - w świat pójdą wybrane obrazki spod Sejmu i będzie można krzyczeć o "rządach faszyzmu" w Polsce" - podkreśla Semka.

Zdaniem publicysty "na tle takiego cynizmu" mniej ważne jest to, że marszałek Marek Kuchciński sam dostarczył opozycji i KOD propagandowej amunicji tworząc wrażenie, że chce zacieśnić zasady dostępu mediów do Sejmu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy