Reklama

Reklama

Nieoficjalnie: Znana przyczyna awarii rządowego samolotu

Pilot zdecydował o przerwaniu startu maszyny po tym, jak jedno z trzech urządzeń wskazujących prędkość przestało działać - dowiedziała się nieoficjalnie Informacyjna Agencja Radiowa. Rządowy samolot z marszałkiem i wicemarszałkami Sejmu na pokładzie miał polecieć z Warszawy do Pragi, jednak nie oderwał się od pasa startowego i musiał gwałtownie hamować.

Na pokładzie czarterowanego przez rząd od LOT-u embraera 175 znajdowali się między innymi marszałek Sejmu Radosław Sikorski, wicemarszałkowie, a także posłowie. Mieli lecieć do Pragi na spotkanie z prezydium czeskiego parlamentu. 

Wicemarszałek Jerzy Wenderlich, który był na pokładzie, relacjonował, że w pewnym momencie pasażerowie poczuli bardzo gwałtowne hamowanie. Jak mówił, miało się wrażenie, że pilot mocno walczy z maszyną. Niektórzy pasażerowie twierdzili, że samolot minimalnie uniósł się nad ziemią. 

LOT, od którego rząd czarteruje dwa samoloty, poinformował, że maszyna lecąca do Pragi rozpoczęła rozbieg na pasie startowym. Następnie z uwagi na komunikat jednego z systemów, który pojawił się w kokpicie, rozpoczęto standardową procedurę. "Kapitan podjął decyzję o bezpiecznym przerwaniu rozbiegu i odkołowaniu na stanowisko postojowe w celu dokonania przeglądu systemu" - informował LOT. Przewoźnik zaznaczał, że samolot nie wystartował, ani nie oderwał się od pasa startowego.

Reklama

"Nie mieliśmy tęgich min"

Do usterki doszło w newralgicznym i najbardziej niebezpiecznym momencie - w trakcie samego startu maszyny - gdy rozpędzony samolot niemal już oderwał się od ziemi.

- Rozpędził się, próbował wystartować i nawet podniósł dziób już i było hamowanie ostre. Powiem panu, że nie mieliśmy tęgich min - tak opisywała to wicemarszałek Elżbieta Radziszewska w rozmowie z RMF FM.

Pilot zdołał opanować maszynę i wyhamować, mimo że przy starcie samolot jest rozpędzony do 300-400 km/h. Stąd dramatyczne relacje uczestników i radość - jak mówiła marszałek Radziszewska - że delegacja już nie wyruszy do Pragi, ponieważ nie ma maszyny zastępczej.

O krok od katastrofy

- Było o krok od katastrofy - opowiadał reporterowi RMF FM wicemarszałek Sejmu Jerzy Wenderlich. Według niego, samolot bardzo się rozpędził, można było wręcz poczuć, że za chwilę zacznie się wznosić.

- Dokładnie w tym momencie zrobiło się groźnie. Poczuliśmy, że dzieje się coś niedobrego, jakiś przerażający taniec tego samolotu. Czuło się próbę wytracenia prędkości. Czuliśmy walkę pilota z samolotem - jak dalej opisuje wicemarszałek, wszyscy na pokładzie wręcz głośno odetchnęli z ulgą, kiedy pilot wygrał tę trudną walkę z maszyną.

Delegacja miała lecieć do Pragi na spotkanie z prezydium czeskiego parlamentu. Rzeczniczka marszałka Sejmu Małgorzata Ławrowska poinformowała, że na pokładzie było 18 osób, m.in. marszałek Sejmu Radosław Sikorski, wicemarszałkowie: Elżbieta Radziszewska, Jerzy Wenderlich i Eugeniusz Grzeszczak, posłowie: przewodnicząca Polsko-Czeskiej Grupy Parlamentarnej Monika Wielichowska i Jan Rzymełka z Komisji Spraw Zagranicznych oraz przedstawiciele Kancelarii Sejmu, dwóch tłumaczy, fotograf i ochrona BOR.

Po katastrofie smoleńskiej w 2010 roku i rozformowaniu pułku specjalnego, który przewoził VIP-y, w gestii wojska pozostaje transport osób na najwyższych stanowiskach w państwie śmigłowcami. Należą one do 1. Bazy Lotnictwa Transportowego, utworzonej w miejsce 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Transport na większe odległości odbywa się dwoma samolotami czarterowanymi od PLL LOT. Tam, gdzie niemożliwe jest użycie transportu cywilnego - np. w rejonie działań wojennych, wojsko przewozi oficjalne delegacje swoimi samolotami transportowymi.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy