Reklama

Reklama

Nadpalone akta i karty do głosowania. Ruch prokuratury

Prokuratura Rejonowa w Pruszkowie wszczęła śledztwo w związku z ujawnionymi w Gołaszewie spalonymi aktami sądowymi i kartami do głosowania. Postępowanie prowadzone jest w kierunku niedopełnienia obowiązków, m.in. przez pracowników sądu.

"Po analizie zgromadzonego na tym etapie materiału dowodowego, prokurator wszczął śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień bądź niedopełniania obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy publicznych poprzez dopuszczenia do usunięcia dokumentów ujawnionych z miejsca ich poprzedniego przechowywania, a którymi to dokumentami nie mieli prawa wyłączenie rozporządzać" - poinformował we wtorek PAP prok. Łukasz Łapczyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Dodał, że przyjęta kwalifikacja jest robocza i będzie podlegała weryfikacji na dalszym etapie śledztwa.

Reklama

Chodzi o dokumenty, które w poniedziałek pracownik urzędu miejskiego w Ożarowie Mazowieckim wraz z funkcjonariuszami tamtejszej straży miejskiej odnaleźli na terenie opuszczonych budynków gospodarczych byłego PGR w Gołaszewie. Były tam spalone akta sądowe dotyczące spraw cywilnych, toczących się przed Sądem Rejonowym w Wołominie w latach 2002-2005, a także wypełnione karty do głosowania w wyborach do Sejmu i Senatu, faktury vat i dokumentacje wewnętrzne różnych firm.

Niektóre leżały w stertach, inne były przechowywane w centralnej części budynku, gdzie ktoś wybudował zadaszoną konstrukcję z płyt kartonowych. Stały w niej stalowe regały przypominające archiwum.

Policja zabezpieczyła i wywiozła około trzech ton dokumentów. Komenda Stołeczna Policji poinformowała, że zanim dojdzie do oględzin, trzeba posegregować zgromadzony materiał.

"Będziemy ustalać z jakich instytucji pochodzą wszystkie ujawnione dokumenty i w jaki sposób znalazły się poza ich budynkami, np. czy doszło do ich bezprawnego ich wyniesienia. Przedmiotem śledztwa będzie też ustalenie czy osoby działające w imieniu instytucji bądź podmiotów, których akta ujawniono dopełniły wszelkich niezbędnych procedur związanych z przekazaniem tych dokumentów poza obszar instytucji" - tłumaczył prok. Łapczyński

PAP ustaliła, że nikt nie zgłosił pożaru w pustostanie, a biorąc pod uwagę ilość spalonych dokumentów - zadymienie musiało być widoczne w okolicy. Jak się okazało, nie wszczęto alarmu, bo straż pożarna... sama nadzorowała palenie dokumentów.

"Nam tę oborę (w Gołaszewie - PAP) urząd miasta w Ożarowie Mazowieckim przekazał jako poligon do ćwiczeń. Tam były prowadzone ćwiczenia naukowe, dotyczące rozwoju pożaru, montowane były różne urządzenia pomiarowe. Około trzech tygodni temu pomagaliśmy firmie badawczej, która sprawdzała rozwój pożaru na półkach w archiwum i testowała system gaszenia mgłą. Wybudowali pomieszczenie, ustawiali półki, a na nich stare teczki z papierami, nad tym były zamontowane tryskacze, a komora była wyposażona w czujniki i kamery termowizyjne. Oni to podpalali od dołu i po jakimś czasie sprawdzali spadek temperatury po tym, jak ruszyły tryskacze. My zabezpieczaliśmy te ćwiczenia. Trwały trzy dni" - powiedział PAP Leszek Stachlewski z Ochotniczej Straży Pożarnej w Ożarowie Mazowieckim. Dodał także, że firma, która przywiozła akta do Gołaszewa, miała za kilkanaście dni wrócić, żeby kontynuować badania.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy