Reklama

Reklama

Marsz Niepodległości. Dziennikarze skarżą się na działania policji

​W czasie tegorocznego Marszu Niepodległości doszło do zamieszek i starć demonstrantów z policją. Wśród poszkodowanych są również dziennikarze. Nadkom. Sylwester Marczak, rzecznik prasowy Komendanta Stołecznej Policji tłumaczy, że do przedstawicieli mediów kierowane były komunikaty. - Dotyczyły opuszczenia miejsca działań policji przez dziennikarzy. Nie zmienia to jednak faktu, że postaramy się wyjaśnić wszelkie wątpliwości dotyczące naszych interwencji - przekazał Interii nadkom. Sylwester Marczak.

Ze względu na epidemię koronawirusa tegoroczny Marsz Niepodległości miał mieć formułę samochodową, jednak ostatecznie większość uczestników i tak przemaszerowała ulicami Warszawy. W ruch poszły kamienie i race. Doszło do burd i starć z policją. Zamieszki miały miejsce na rondzie De Gaulle'a i rejonie Stadionu Narodowego. Do jednego z mieszkań na Powiślu wrzucono race, które wywołały pożar.

Komenda Stołeczna Policji poinformowała, że zgromadzenie pieszych było nielegalne.

11 listopada ucierpieli też relacjonujący wydarzenie dziennikarze. 

"Krzyczeliśmy, że jesteśmy z prasy, zaczęli nas pałować"

Reklama

"Kiedy policja rzuciła się po schodach na stację metra Stadion, ruszyliśmy za nimi. Po schodach ruchomych pobiegliśmy aż na peron. Tam policjanci najpierw wyłapywali uciekających uczestników zamieszek, a potem zawrócili i przyparli do barierki tych, którzy, jak my, obserwowali, co się dzieje i robili zdjęcia. Nie pomogło to, że krzyczeliśmy, że jesteśmy z prasy, zaczęli nas pałować. Miałam na sobie niebieską kamizelkę z napisem PRESS, podniosłam do góry ręce i krzyczałam, że jestem tu służbowo, ale policjanci, teraz już naprawdę rozwścieczeni, bili nas pałkami. Mnie po nerkach, ale fotoreporter Adam Tuchliński oberwał po głowie i został zrzucony ze schodów. Wpadliśmy wprost w objęcia nadbiegających z dołu policjantów, ale na szczęście przepuścili nas" - relacjonuje dziennikarka "Newsweeka" Renata Kim. 

"Dziś trochę się działo na ulicach Warszawy. Na stacji Warszawa Stadion dostałem pałką od policji a potem zostałem zepchnięty ze schodów. Renata Kim dostała pałką po nerkach, choć miała na plecach wielki napis PRESS. Na szczęście nic poważnego nam się nie stało. Pałką dostałem już nie raz, ale tym razem miałem świadomość, że policja atakuje mnie ponieważ jestem fotoreporterem dokumentującym jej działania" - napisał na Facebooku Adam Tuchliński. 

"Uczestnicy marszu obstawili peron stacji kolejowej. Ruszyli za nimi policjanci. Chciałem pokazać, co się tam działo i wchodząc po schodach, zauważyłem schodzących policjantów. Zszedłem im z drogi, podniosłem ręce i krzyczałem "media". Policjanci okładali mnie pałami w nogi i po plecach. Na odchodne dostałem w oczy gazem pieprzowym" - to z kolei relacja reportera "Gazety Wyborczej" Dominika Łowickiego.

Nagrania w mediach społecznośiowych

Do sieci trafiły nagrania, na którym widać zajścia na stacji metra Stadion.

Policja: Komunikaty dotyczyły opuszczenia miejsca naszych działań przez dziennikarzy

O sposób potraktowania przedstawicieli mediów przez policjantów zapytaliśmy rzecznika prasowego Komendanta Stołecznego Policji. 

- Musimy pamiętać, że mieliśmy do czynienia z bardzo dynamicznymi działaniami ze strony policjantów. Byli oni atakowani, obrzucani kamieniami i racami. Co ważne, w tym miejscu kierowane były komunikaty o naszych działaniach i użyciu środków przymusu bezpośredniego. Ponadto komunikaty dotyczyły opuszczenia miejsca działań Policji przez dziennikarzy. Nie zmienia to jednak faktu, że postaramy się wyjaśnić wszelkie wątpliwości dotyczące naszych interwencji i w przypadku skarg będą one szczegółowo wyjaśniane - przekazał Interii nadkom. Sylwester Marczak.

Fotoreporterowi kulka utkwiła w policzku

Podczas Marszu Niepodległości ucierpiał również 74-letni fotoreporter "Tygodnika Solidarność" Tomasz Gutry. Został trafiony w twarz gumową kulą, wystrzeloną z broni gładkolufowej. 

- Czuję się w miarę dobrze. Jestem po operacji, która zakończyła się po godzinie 23. Około 2 w nocy w szpitalu pojawiła się policja i zabrała nabój (gumowy pocisk - red.), który był wbity w policzek - opowiada w rozmowie z Polsat News.

Fotoreporter tłumaczy, że miał duży aparat fotograficzny na szyi, ale w hałasie nikt nie usłyszałby jego tłumaczeń, że jest pracownikiem mediów.

- Policjanci jeszcze ze mną nie rozmawiali, ale jak przyjdą do szpitala, to ich wyrzucę. Po postrzeleniu też nie zareagowali. Jakaś dziewczyna zaprowadziła mnie do karetki, a ta zawiozła do szpitala przy ul. Szaserów - mówi.

Gutry oczekuje od policji przeprosin i zapowiada, że wystąpi o odszkodowanie. 

"Niestety bardzo poważnie wyglądają obrażenia, których doznał jeden z fotoreporterów. Po ludzku jest mi bardzo przykro. Liczę na szybki powrót do zdrowia Pana Tomasza. Wyjaśnimy dokładnie okoliczności tej sytuacji. Tak samo, jak wyjaśnimy każdą inną wątpliwość. Dlatego już wydałem polecanie, by sprawą tą zajął się Wydział Kontroli. Już teraz mogę jednak zapewnić, że broń gładkolufowa była użyta wobec chuliganów, a tu mieliśmy do czynienia z nieszczęśliwym wypadkiem" - napisał w oświadczeniu Komendant Stołeczny Policji nadinspektor Paweł Dobrodziej.
(AG)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje