Reklama

Reklama

Mają dość fetoru. Protest przeciw fermie trzody chlewnej

​Mieszkańcy jednej ze wsi koło Nysy domagają się zamknięcia fermy trzody chlewnej mieszczącej kilkanaście tysięcy świń. Jak twierdzą, właściciele świniarni wylewają gnojowicę na pola, co powoduje uciążliwy fetor, przy którym "zbiera na wymioty". Nie mogą wywietrzyć domów czy wywiesić prania na zewnątrz. Urzędnicy nakazali zamknąć obiekt, a później się z tego wycofali.

Sołtys Kubic Agnieszka Białochławek podkreśla, że "osobiście była świadkiem, jak gnojowica była wylewana punktowo, czego robić nie można". - Spływała do strumyka, który zasila stawy hodowlane, ale też pracownicy świniarni wylewali ją do rowów melioracyjnych, na skraju lasu, do studzienek burzowych - mówi.

Mieszkańcy twierdzą, że pracownicy chlewni wylewają odchody nie tylko na pola. Wskazali dziennikarzom miejsce, gdzie znaleźli wylaną świeżo gnojowicę, która zalała las. Na miejcie wezwano policję, która prowadzi już kilka postępowań w podobnych sprawach.

Reklama

"Nocą budzimy się z wymiotami"

- Ta gnojowica jest wylewana na pola za lasem, spływa do lasu, płynie do Nysy Kłodzkiej. Nocą się budzimy z wymiotami, bólem głowy, z osłabieniem, nie da się złapać dobrego powietrza - mówią mieszkańcy.

Śmierć Polaka na Mauritiusie. Miał śrubokręt wbity w brzuch 

- Mowa jest tutaj o zagrożeniu życia i zdrowia ludzkiego oraz zanieczyszczenia środowiska. Do tej sprawy zostali powołani biegli, w tej chwili czekamy na wyniki, przypomnę, że takie przestępstwo zagrożone jest karą do 5 lat pozbawienia wolności - informuje Karol Brandys z Komendy Wojewódzkiej Policji w Opolu.

"Syn dostał skurczu oskrzeli"

Jolanta Tarnawa mieszka z rodziną zaledwie kilkanaście metrów od chlewni. Jej najstarszy syn jest chory, a pobliski fetor powoduje, że mężczyzna nie może już odwiedzać matki. Natomiast do pani Edyty Wąs nie chcą przyjeżdżać znajomi.

- Mój starszy syn ma astmę i mieszka za granicą. Przyjeżdżał często, ale zdarzył się taki incydent, że jak strasznie śmierdziało, dostał skurczu oskrzeli. W przychodni dostał zastrzyk, wrócił, smród się dalej unosił i po 15 minutach trzeba było wezwać pogotowie - wspomina Jolanta Tarnawa.

Małe kaczki powodem wypadku. Cztery osoby w szpitalu

Potężna ferma powstała bez konsultacji społecznych. Tak duży obiekt powinien posiadać tzw. pozwolenie zintegrowane. Opolski Inspektor Ochrony Środowiska wydał nakaz zaprzestania działalności świniarni. Jednak po odwołaniu przedsiębiorcy Główny Inspektor Sanitarny cofnął zakaz. Dlaczego? Bo chlewnia została podzielona na sześciu członków rodziny i działa, jak sześć małych ferm, które pozwoleń takich nie potrzebują.

- Prawo przeczy logice. Mamy do czynienia fermą, która powstała jako jedna. Ma powiązanie technologiczne, funkcjonuje jako jeden obiekt i na środowisko oddziałuj jeden obiekt. Wspólne są drogi, wszystko jest w jednym ogrodzeniu, wspólna instalacja paszowa, woda - wymienia Krzysztof Gaworski, Opolski Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska.

Właściciel: Nie ma w Polsce przepisów na zapachy

Właściciel chlewni zapewnia, że działa legalnie i nie wylewał nigdy gnojowicy do rowów czy lasów. A dokonywane zrzuty odchodów na pola są poza kilkoma przypadkami zgodne z prawem. Planuje w przyszłości wybudować biogazownię.

- Na pewno hodowla w takiej skali jest uciążliwa dla mieszkańców, nie da się tego uniknąć i my nie zaprzeczamy - są zapachy. Ale nie ma w Polsce przepisów na zapachy, że można coś ograniczać. Nie łamiemy przepisów, ale to nie znaczy, że nie ma uciążliwości. Idziemy w kierunku biogazowni. Mieszkańcy niech się z tym pogodzą, ferma była jest i będzie - mówi Rajmund Bulik, właściciel fermy trzody chlewnej.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje