Reklama

Reklama

Magdalena Adamowicz: Do kolegów z PO też mówię: "Nie tędy droga, ludzie tego nie chcą"

- Dopiero teraz zaczynam bać się manipulacji. Przecież podczas głosowania byli mężowie zaufania, przedstawiciele różnych partii. Dlaczego mamy podważać ich wiarygodność i im nie ufać? - mówi Interii Magdalena Adamowicz, żona zabitego w styczniu prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza, dzisiaj europosłanka.

Remigiusz Półtorak, Interia: - Przed kilkoma dniami Nagroda księżnej Asturii dla Gdańska, teraz nagroda honorowa dla pani męża, pośmiertna, w krakowskiej Willi Decjusza. Jak pani je przyjęła?

Reklama

Magdalena Adamowicz: - Z wielką dumą. Muszę przyznać, że bardzo przeżywałam tę nagrodę w Hiszpanii. Także z osobistego powodu. Ostatnie święta Bożego Narodzenia przebywałam za granicą z dziećmi, mąż do nas przyjechał i jedną z ostatnich rzeczy, które robił przed wyjazdem, było wypełnianie aplikacji o Nagrodę księżnej Asturii, wspólnie z Instytutem Polskim w Hiszpanii. Cieszył się, że Gdańsk został w ogóle zaproponowany do tego wyróżnienia. Dzisiaj, również po tym, co się stało, odbieram to jako wyróżnienie za 20 lat jego pracy nad odbudową społeczeństwa gdańskiego i naszej tożsamości.

- Paweł poświęcał dużo czasu, aby budować świadome społeczeństwo obywatelskie.

Odbierając wyróżnienie dla męża, zadała pani znamienne pytanie: "Co się stało?". Z nami. No właśnie, co?

- Myślę, że każdy powinien sobie takie pytanie zadać i próbować na nie odpowiedzieć. Spojrzeć w lustro i zapytać: A co ja zrobiłem dla naszej demokracji? Czy wystarcza mi to, że kiedyś tam, dawno temu, ją dostałem i nic mnie więcej nie interesuje? Albo, że mam w nosie to, co się wokół mnie dzieje? Właśnie nie. To są proste pytania, ale kluczowe. Od nich się zaczyna.

Problem w tym, że podziały są coraz bardziej widoczne, wspólnota pęka coraz bardziej. Pani też to widzi.

- Ale ja ciągle wierzę, że w końcu się obudzimy i więcej ludzi zacznie zadawać sobie pytanie: Co się z nami stało? I zacznie rozumieć, że każde działanie, czasami nawet drobne, może mieć znaczenie. Ja tak rozumiem patriotyzm, bo można na różne sposoby pokazywać, że jednak mi zależy, że chcę dobrze dla mojego miasta czy mojego kraju. Tworzenie wspólnoty i tworzenie demokracji zaczyna się właśnie od drobnych rzeczy.

Dosyć nieoczekiwanie, jak pani napisała w mediach społecznościowych, zyskała pani nowego sprzymierzeńca w walce z hejtem. To premier Morawiecki, który bronił Beatę Szydło i jej rodzinę przed "niedopuszczalnymi atakami". Podziękowania dla niego były jednak trochę zaczepne.

- Bardzo się cieszę, że pan premier zauważył, że problem fake newsów i hejtu w ogóle istnieje. Dotychczas wydawało się, że nic takiego nie ma. A przecież jeśli popatrzymy na narzędzia, które dzisiaj podlegają rządzącym - myślę przede wszystkim o mediach "narodowych"  - różne metody były stosowane. Choć zwracałam już nieraz uwagę, że nie chcę nikogo rozliczać. Wskazywać, kto zaczął pierwszy, kto działa mniej lub bardziej brutalnie. Niech każdy zacznie refleksję od siebie, a nie ocenia innych tylko na podstawie fake newsów. Bo akurat w przypadku rodziny Beaty Szydło mamy znakomity przykład, jak działa inżynieria społeczna - ktoś puścił plotkę i zaraz wszyscy ją powtarzają.

- Może to jest zaczątek tego, że druga strona też zacznie trochę o tym myśleć.

Tylko druga strona?

- Nie. Nie mówię, że opozycja nie jest winna. Ja nie jestem członkiem żadnej partii, ale widzę, że koledzy z Platformy też używają często bardzo ostrego języka. Mówię im nieraz: Nie tędy droga, ludzie tego nie chcą.

Złagodzeniu nastrojów i języka miało służyć w ostatniej kampanii wystawienie na pierwszy plan Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. I co?

- W czasie kampanii spotkałyśmy się z panią marszałek w Gdańsku, gdzie podpisałyśmy deklarację przeciwko mowie nienawiści. Później, po kolejnych ostrych programach w TVP znowu zwracałyśmy na to uwagę. Dzisiaj mogę mieć tylko nadzieję, że taki przekaz będzie się w społeczeństwie coraz bardziej przebijał. Zresztą, po przyznaniu nagrody dla Pawła, tu w Willi Decjusza, wiele osób pytało mnie, jak można przystąpić do akcji społecznej Imagine there’s no hate (Wyobraź sobie, że nie ma nienawiści), którą rozpoczęliśmy po śmierci męża, a teraz tworzymy ramy fundacji, żeby ją sformalizować. Nie mam wątpliwości, że większość z nas chce jednak zmieniać język dyskusji.

Tylko napięcie wcale nie maleje, a tryb kampanijny zdaje się nie kończyć. Jeszcze parę dni temu wydawało się, że wyniki głosowania są rozstrzygnięte, dzisiaj sytuacja zmienia się bardzo szybko. Zaskoczyły panią protesty Prawa i Sprawiedliwości, które próbują podważyć te wyniki w Senacie? PiS przelicytował?

- Dla mnie to są działania całkowicie absurdalne. Gdyby jeden czy dwa głosy przeważały na drugą stronę, to mam przekonanie, że nie byłoby takich akcji. Pamiętam jak kilka lat temu PiS przegrał w wyborach samorządowych, retoryka była podobna - że głosowanie zostało sfałszowane. Szczerze mówiąc, dopiero teraz zaczynam bać się manipulacji. Przecież podczas głosowania byli mężowie zaufania, przedstawiciele różnych partii, dlaczego mamy podważać ich wiarygodność i im nie ufać? Tylko przez to, że jeden czy drugi jest niezadowolony z wyniku, bo poszło nie tak, jak myślał?

- Nie, na takie działania i na taką argumentację nie ma zgody.

Rozmawiał: Remigiusz Półtorak

Dowiedz się więcej na temat: Magdalena Adamowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje