Reklama

Reklama

Lublin: Córka żołnierzy wyklętych chce zadośćuczynienia od Skarbu Państwa

15 mln zł zadośćuczynienia za doznane w dzieciństwie krzywdy domaga się od Skarbu Państwa córka żołnierzy wyklętych Magdalena Zarzycka-Redwan. Kobieta urodziła się w 1949 r. w więzieniu na Zamku Lubelskiem, gdzie przetrzymywano jej rodziców. Jej matka zmarła tuż po porodzie.

W poniedziałek na rozprawie w Sądzie Okręgowym w Lublinie Zarzycka-Redwan mówiła o swoim dzieciństwie. Opowiadała o pobytach, najpierw w więzieniu, a potem w domach dziecka. Zeznawała o traumatycznych doświadczeniach, które miały negatywny wpływ na jej zdrowie psychiczne i późniejsze dorosłe życie.  

Reklama

"Wszystko to kosztowało mnie bardzo dużo nerwów. Najczęściej płaciłam za to depresją, izolacją w szpitalu. Do dzisiaj jest mi ciężko to wspominać" - mówiła łamiącym się głosem Zarzycka-Redwan. 

Dramatyczna historia rodziny

Rodzice kobiety - Stefania i Władysław Zarzyccy - współpracowali z oddziałem kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka". W ich gospodarstwie, w Kolonii Łuszczów niedaleko Lublina, wielokrotnie kwaterowali partyzanci, w tym m.in. mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" ze swoim sztabem.  

W nocy z 2 na 3 kwietnia 1949 r. siły bezpieczeństwa otoczyły gospodarstwo. W domu Zarzyckich przebywali wówczas Zdzisław Broński "Uskok", Stanisław Kuchciewicz "Wiktor" i Edward Taraszkiewicz "Żelazny". Partyzantom udało się uciec, ale gospodarze zostali aresztowani. Zostali przewiezieni do więzienia na Zamku Lubelskim, gdzie ich przesłuchiwano i torturowano. Stefania była wówczas w ósmym miesiącu ciąży. 29 maja 1949 r. urodziła w więzieniu córkę i półtorej godziny po porodzie zmarła. Poród odbierała inna więźniarka, która była akuszerką.  

Magdalena Zarzycka-Redwan zeznała przed sądem, że w więzieniu na Zamku Lubelskim przebywała ponad dwa lata. O tym początkowym okresie swego życia wie z relacji innych osób, które były wtedy tam więzione i znały historię jej rodziców. Dotarła m.in. do kobiety, która w więzieniu przez dwa tygodnie karmiła ją piersią (kobieta ta urodziła wcześniej dziecko, które umarło). Opiekowały się nią różne więźniarki, jedna z nich uszyła jej, prawdopodobnie z prześcieradła, sukienkę.  

Chwilowy powrót do ojca

W czerwcu 1951 r. została przewieziona do domu małego dziecka w Łabuniach. Po półtora roku przeniesiono ją do domu dziecka w Klemensowie, który prowadziły siostry zakonne. Zarzycka-Redwan zeznała, że w domu tym panowała ostra dyscyplina, a ona była bita. Do dziś ma bliznę po pobiciu przez jedną z sióstr zakonnych.  

Władysław Zarzycki został skazany na 15 lat więzienia, ale wyszedł na wolność w 1956 r. Zabrał wtedy swoją - już ośmioletnią - córkę z domu dziecka. Nie znali się. "Ojciec próbował mnie przytulać, całować, ale dla mnie wtedy to nie było normalne. Ja brałam swoją małą walizeczkę i ciągle się wyprowadzałam. Bardzo powoli przyzwyczajałam się do ojca" - mówiła Zarzycka-Redwan.  

Powiedziała też, że ojciec opowiadał jej o swojej działalności w podziemiu i kazał to zapamiętywać, bo jak mówił, ma nadzieję, że ona doczeka, kiedy system komunistyczny upadnie i wtedy opowie swoim dzieciom i wnukom, jaką cenę zapłacili ich dziadkowie za wolną Polskę.  

Kiedy Zarzycka-Redwan miała 13 lat, jej ojciec zmarł. Trafiła wtedy do domu dziecka w Lublinie. "Wróciłam do państwowego domu dziecka, gdzie dowiedziałam się, że jestem córką bandytów, którzy walczyli z funkcjonującym ustrojem, a ten ustrój musi mi dziś zapewnić wikt i opierunek. Izolowano mnie od grupy, dzieciom nie wolno było się ze mną kolegować" - mówiła.  

"Trudna" dla otoczenia prawda o rodzicach

Kobieta zeznała, że z powodu jej rodziców, w domu dziecka jej dokuczano, bito, upokarzano. Nie dostawała - tak jak wszystkie inne dzieci - pieniędzy na swoje osobiste potrzeby, nie otrzymała też książeczki mieszkaniowej. Wspominała, że kiedyś, aby pozwolono jej pojechać na wycieczkę rowerową z innymi dziećmi, musiała odczytać na akademii napisane na kartce słowa, że jej rodzice byli partyzantami i bandytami. "W domu dziecka zachowywałam się źle, bo walczyłam o siebie, ale w szkole zachowywałam się bardzo dobrze, dobrze się uczyłam" - zaznaczyła.  

Kiedy skończyła 18 lat dostała pracę w sklepie mięsnym, ale po około roku została zwolniona, ponieważ skłamała w swoim życiorysie, że jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Jak tłumaczyła, była przekonana, że gdyby wpisała prawdę, to tej pracy by nie dostała. "Napisałam nieprawdę, żeby ukryć tych bandytów" - zaznaczyła.  

Traumatyczne przeżycia z dzieciństwa - jak podkreślała - były przyczyną jej problemów ze zdrowiem, depresji, ale też ogromnych trudności w nawiązywaniu bliskich relacji, w okazywaniu miłości swoim dzieciom. "Ja nie wiedziałam jak wygląda dom, jak wygląda ciepło rodzinne, kto to jest gospodyni domowa, żona, matka" - mówiła.  

Do prawdy o swoich losach i losach rodziców zaczęła docierać w latach 90., m.in. dzięki byłym więźniom Zamku Lubelskiego. "Więźniowie opowiadali mi często to samo, co mówił mi wcześniej ojciec, tylko że ja, będąc w tym domu dziecka, chciałam to wyrzucić z głowy" - mówiła.  

Trzy lata temu dotarła do dokumentów zgromadzanych w Instytucie Pamięci Narodowej, z których dowiedziała się o szczegółach działalności swoich rodziców i ich związkach z podziemiem antykomunistycznym.  

Magdalena Zarzycka-Redwan jest prezesem, zarejestrowanego w 2016 r., Stowarzyszenia Dzieci Żołnierzy Wyklętych.  

Szczątki jej matki - Stefanii Zarzyckiej - odkryto w październiku 2017 r. podczas prac ekshumacyjnych prowadzonych przez IPN na Cmentarzu Rzymskokatolickim przy ul. Unickiej w Lublinie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje