Reklama

Reklama

Kuriozalna wpadka. Jacht I Love Poland nie weźmie udziału w prestiżowych regatach

Miała być wyjątkowa promocja Polski przy okazji stulecia odzyskania przez nasz kraj niepodległości, a znów jest kuriozalna wpadka. Jacht I Love Poland nadal nie może wypłynąć w rejs i nie weźmie udziału w prestiżowym Fastnet Race - jednym z najsłynniejszych wyścigów morskich świata.

Amerykański korespondent RMF FM Paweł Żuchowski dowiedział się od swojego informatora na Rhode Island (gdzie od kwietnia cumuje jednostka i gdzie była wyciągnięta z wody i naprawiana w miejscowej stoczni), że nie dokonano specjalnych badań masztu, a wymaga tego ubezpieczyciel. Mają to ponoć być zaniedbania strony polskiej.

Reklama

Nowy maszt był już zamontowany, ściągnięto nawet z Polski załogę, która po kwietniowej awarii wróciła do kraju. Jednak kiedy jednostka miała już wyruszać w kolejny rejs, nie otrzymała polisy. Maszt znów został zdemontowany i jak się dowiedział dziennikarz RMF FM, kapitan czeka teraz na specjalistyczną firmę, która ponownie maszt zamontuje.

Ubezpieczyciel - jak tłumaczył naszemu korespondentowi jego informator - chce wiedzieć, czy maszt nie ma mikropęknięć albo wad, które mogłyby doprowadzić do następnej awarii.

Dodajmy, że część załogi ponownie wróciła do Polski.

19 lipca na facebookowej stronie rejsu napisano: "Przed nami testy i oceny eksperckie stanu technicznego jachtu. Ich rezultat zdecyduje, kiedy wypłyniemy. Najważniejsze jest bezpieczeństwo załogi".

Jak podkreśla Paweł Żuchowski, koszty naprawy jachtu i jego postoju są ogromne. Idą w setki tysięcy złotych. Dziennikarz RMF FM o koszty dopytywał w Polskiej Fundacji Narodowej. W przesłanym mailu napisano: "Koszty umowy objęte są tajemnicą, co uniemożliwia nam określenie ich wysokości".

Gdyby nie problemy z dokumentacją, jacht I Love Poland mógłby w najbliższych dniach wziąć udział w prestiżowym Fastnet Race. To najbardziej znane regaty świata. Odbywają się od 1925 roku. 

I dlatego - jeżeli jednostka faktycznie miała promować Polskę - to powinna wziąć udział w zawodach wzdłuż wybrzeży Wysp Brytyjskich. Tymczasem cumuje na terenie jednej z marin na Rhode Island, nieco na uboczu, obok stoczni.

Nikt nie potrafił powiedzieć dziennikarzowi RMF FM, kiedy wyruszy w rejs, ani jaki obierze kurs.

Kolejne problemy związane z rejsem, który miał promować Polskę

W maju, dziennikarz RMF FM ujawnił, że kupiony za 900 tysięcy euro jacht "I love Poland" ma złamany maszt i uszkodzoną burtę. Dodatkowo cumuje w małej marinie na Rhode Island w Stanach Zjednoczonych. Wówczas w rozmowie z korespondentem RMF FM rozmawiał z kapitanem jednostki. Jarosław Kaczorowski zapewniał wówczas, że żadnego błędu jako żeglarze nie popełniono.

"Zawiódł sprzęt" - tłumaczył kapitan. "Jachty to są bardzo skomplikowane przyrządy służące do pływania. Tam jest mnóstwo elementów, które mogą zawieść. Czasami coś pęknie, coś zawiedzie" - przekonywał.

To już kolejne problemy związane z rejsem, który miał promować Polskę z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości. Początkowo projekt - za blisko 20 milionów złotych - nazywał się "Polska 100", a za jego sterami miał stać Mateusz Kusznierewicz. Jacht trzeba było jednak przemalować - po konflikcie między Polską Fundacją Narodową a słynnym żeglarzem. Strony porozumiały się w czerwcu, wtedy powstał projekt I love Poland. 

PFN chwaliła się m.in. wygraną jachtu w pierwszych regatach, ale dość osobliwie wyjaśniała strategię promowania Polski na świecie - na przykładzie "biało-czerwonego weekendu" zorganizowanego w Miami. 

Na zdjęciach z wydarzenia widoczne były m.in. puste biało-czerwone leżaki, władze Fundacji i niewielka grupa uczestników. Organizatorzy nie byli w stanie podać, ile osób wzięło w nim udział, wyjaśniali jednak, że biorąc pod uwagę liczbę statków wycieczkowych w porcie, jacht "I love Poland", mogło zobaczyć kilkanaście tysięcy osób. Fundacja sugerowała, że przeczytanie nazwy jest jednoznaczne z promowaniem Polski. 

Paweł Żuchowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy