Reklama

Reklama

Kownacki usłyszał zarzut. Nie przyznaje się

Były szef Kancelarii Prezydenta Piotr Kownacki usłyszał w prokuraturze zarzut ujawnienia mediom poufnego raportu ABW o incydencie na gruzińskiej granicy, gdy w obecności odwiedzającego Gruzję Lecha Kaczyńskiego padły strzały. Kownacki nie przyznał się i powiedział, że sprawę uważa za polityczną prowokację.

O zarzutach dla b. szefa Kancelarii Prezydenta (nie pełni tej funkcji od lipca) poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Mateusz Martyniuk. Powołując się na tajny charakter śledztwa, odmówił podania bliższych szczegółów. - Pan Piotr K. nie przyznał się do zarzucanego czynu i złożył krótkie wyjaśnienia, można powiedzieć wręcz, że oświadczenie - poinformował.

Reklama

Sam Kownacki, który zgadza się, by w mediach podawano jego pełne dane osobowe, powiedział dziennikarzom, że nie czuje się winny w tej sprawie, a "próbę obarczenia odpowiedzialnością za ujawnienie poufnej informacji traktuje jako polityczną prowokację".

Podpisany przez szefa ABW poufny raport w sprawie incydentu z oddaniem strzałów podczas podróży prezydenta Kaczyńskiego do Gruzji w listopadzie 2008 r. ujawnił "Dziennik". Gazeta pisała, że za najbardziej prawdopodobną wersję uznano w dokumencie, iż "sytuacja mogła być wykreowana przez stronę gruzińską".

Oddane w powietrze strzały nie wyrządziły nikomu żadnej krzywdy, ale według ustaleń, polskie Biuro Ochrony Rządu nie znało szczegółu wyjazdu na granicę, a w chwili gdy padły strzały, Lech Kaczyński - przebywający razem z prezydentem Gruzji Micheilem Saakaszwilim, nie miał właściwej obstawy. Po incydencie, który - według ustaleń rządowego Kolegium ds. Służb Specjalnych - nie miał charakteru zamachu na głowy obu państw - odwołano szefa ochrony prezydenta.

W dokumencie ABW pisano, że także Gruzini nie zadbali o bezpieczeństwo polskiego prezydenta, a nawet mogli wykreować całą sytuację, by winą obciążyć wspierających Osetię Rosjan. Sam Lech Kaczyński sugerował, że strzały oddali Rosjanie z pobliskiego posterunku. Nazajutrz szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow uznał zdarzenie za prowokację gruzińską. Dzień po powstaniu raportu Osetyjczycy przyznali, że strzelali w powietrze, aby zatrzymać kolumnę samochodów z Gruzji.

Raport miał kilkanaście ponumerowanych kopii, każda była opatrzona szczególnym znakiem (jedna była dla Kancelarii Prezydenta). Jedna z nich znalazła się na stronach internetowych "Dziennika Polska Europa Świat".

Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo w sprawie ujawnienia raportu z doniesienia ABW. Kownacki mówił w styczniu, że nie był źródłem przecieku. Ocenił, że informacje o ujawnieniu tajemnic dziennikarzom miały odwrócić uwagę od meritum sprawy, za które uważał to, że raport ABW był "wątpliwej jakości". Mówił też, że wiązanie go ze sprawą może być też elementem zemsty za opublikowanie w tamtym czasie przez BBN raportu zarzucającego rządowi nieudolność w staraniach o uwolnienie porwanego, a później zabitego w Pakistanie Polaka - Piotra Stańczaka.

Media podawały, że ABW rozpracowywała Piotra Kownackiego, "angażując spore środki operacyjne", ustalając m.in. billingi rozmów i miejsca logowania telefonów do przekaźników telefonii komórkowej, badano też księgi wejść i wyjść z Kancelarii Prezydenta. Ustalono, że Kownacki przeglądał raport w swoim biurze w Kancelarii Prezydenta i że kontaktował się z dziennikarzami.

Kownacki - jeszcze jako szef Kancelarii Prezydenta - odnosząc się w czerwcu do kontaktów z dziennikarzami "Dziennika" podkreślił, że ci dziennikarze "nie pierwszy i nie ostatni raz wtedy rozmawiali ze mną. Często piszą o sprawach Gruzji i kierunku wschodnim, niejednokrotnie zwracali się o rozmaite informacje". Według niego reporterzy byli u niego dzień po opublikowaniu raportu. "Nigdy nie przekazałem żadnemu dziennikarzowi jakiejkolwiek informacji tajnej" - zapewniał Kownacki w oświadczeniu, które w czerwcu publikowano na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta.

Prezydent Lech Kaczyński, komentując sprawę w czerwcu (gdy pojawiła się informacja o planowanych zarzutach dla Kownackiego), mówił w Radiu Gdańsk, że uważa je za "bzdurne". Tak samo odnosił się do medialnych informacji, że zarzuty mogą dotyczyć także wiceszefa BBN Witolda Waszczykowskiego, który - w przekonaniu prezydenta - "jest po prostu, moim zdaniem, karany za to, że powiedział kilka słów prawdy". "Mnie znaczna ilość przedstawicieli mediów przekonuje dzisiaj, że w dzisiejszej Polsce demokracja już się skończyła. Wolno atakować tylko opozycję" - mówił prezydent.

W czwartek prezydencki minister Paweł Wypych wyraził nadzieję, że sprawa zostanie wyjaśniona i wszyscy będą mieli okazję przekonać się, jaka jest prawda.

Rzecznik prokuratury Mateusz Martyniuk pytany o dalsze plany prokuratury w tym śledztwie powiedział, że prowadzący śledztwo mają "kalendarz planowanych działań", ale nie chciał o nim mówić. Wiadomo, że prokuratura już wcześniej zrezygnowała z przesłuchania prezydenta Kaczyńskiego, po trzykrotnym wystosowaniu pisma do Kancelarii Prezydenta.

Martyniuk przyznał natomiast, że do przesłuchania jest jeszcze jeden świadek. Chodzi o Michała Kamińskiego, b. ministra w Kancelarii Prezydenta, obecnie eurodeputowanego PiS. Wysłano mu wezwania na wszystkie dostępne adresy, ale Kamiński ich nie odebrał.

Według Martyniuka, prokuratura od sierpnia czeka na pomoc prawną strony gruzińskiej, która ma dotyczyć śledztwa w sprawie "zmuszenia prezydenta RP do określonego zachowania się" na gruzińskiej granicy.

Dowiedz się więcej na temat: Lech Kaczyński | prokuratura | strzały | ABW | zarzut | Kownacki | Gruzja | Piotr Kownacki | prawo | Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje