Reklama

Reklama

Kiedy koniec pandemii? Epidemiolog: Jestem pesymistą

Koronawirus w Polsce. Centrum Terapii Pozaustrojowej Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie / Leszek Szymański /PAP

- W Polsce w najbliższym czasie sytuacja będzie się pogarszać. Skoro w ciągu trzech dni liczba zachorowań się podwoiła, to jutro czy pojutrze może być ich 10 tys. Jeżeli chodzi o czas trwania epidemii COVID-19 to jestem raczej pesymistą i spodziewam się raczej biegu na długi dystans - przewiduje prof. Andrzej Pająk, kierownik Katedry Epidemiologii i Badań Populacyjnych Collegium Medicum UJ. W rozmowie z Interią naukowiec krytykuje także szwedzki model radzenia sobie z wirusem i koncepcję odporności stadnej.


Agnieszka Maj, Interia: Od 10 października cały kraj znajduje się w żółtej strefie,  w miejscach publicznych trzeba nosić maseczki. Czy to wystarczające obostrzenie biorąc pod uwagę skalę pandemii w Polsce?

Reklama

- Rozwiązywanie spraw zdrowotnych to jest problem długofalowy. Trudno jest określić, czy jedno zarządzenie będzie miało wpływ na przebieg epidemii. Obawiam się jednak, że wprowadzenie w całym kraju żółtej strefy nie wystarczy do zwalczenia epidemii, może jednak istotnie przyczynić się do zmniejszenia jej dynamiki.

W ciągu ostatnich dni mamy olbrzymi wzrost zachorowań, nowych przypadków jest 10 razy więcej niż w sierpniu, kiedy szkoły były zamknięte. Otwarcie szkół to był błąd?

- Według opublikowanej 7 października Deklaracji z Great Barrington, podpisanej przez wielu naukowców, strategia walki z pandemią koronawirusa, polegająca m.in. na zamykaniu szkół spowoduje nieodwracalne szkody. Jednak nie wszyscy specjaliści się z nią zgadzają. Ja również bym jej nie poparł w całości, mimo że należy ją traktować jako poważną propozycję walki z epidemią na drodze wytworzenia tzw. "stadnej odporności" możliwie najmniejszym kosztem. Co do szkół, to szanując poważne argumenty na rzecz ich otwarcia, uważam, że mogło to mieć wpływ na to, że  epidemia się szerzy szybciej. Jednak czy należy je zamykać, to osobny, złożony problem.

Przeciwnicy zamykania szkół zwracają uwagę, że to może mieć negatywny wpływ na psychiczny i edukacyjny rozwój dzieci.   

- Według Deklaracji z Great Barrington zamykanie szkół to ogromna niesprawiedliwość dla dzieci. Jest wiele psychospołecznych, negatywnych skutków takiej decyzji. W większości są to jednak argumenty spoza sfery zdrowotnej.

W Szwecji prawie już  nie ma epidemii. Ten kraj wprowadził najlepszy model walki z wirusem?

- Nie mogę zgodzić się z twierdzeniem, że Szwecja pokonała epidemię. W Szwecji przypada blisko 600 zgonów z powodu COVID-19 na jeden milion mieszkańców. To bardzo duży wskaźnik. W Polsce wynosi on tylko 77. Pod względem liczby zdiagnozowanych przypadków jesteśmy klasyfikowani na 36. miejscu na świecie, natomiast pod względem liczby zgonów/1mln jesteśmy na 86. miejscu (dane na 9.10.2020). Pod tym względem wypadamy więc lepiej niż wiele krajów.

Szwecja ma wysoki wskaźnik zgonów, ale tam nie było dużych obostrzeń. Może w ten sposób Szwedzi skrócili pandemię, a my jesteśmy na początku drogi i pod koniec będziemy mieć taki wskaźnik zgonów jak w Szwecji?

- Niestety nie można wykluczyć takiej możliwości, choć wydaje się bardzo pesymistyczna. Na razie można przyjąć, że odnieśliśmy znaczący sukces w pierwszej rundzie, odparliśmy pierwszy, wiosenny atak choroby i dlatego mamy niezłe  wskaźniki umieralności. W porównaniu z wieloma krajami, w Polsce było stosunkowo niewiele zachorowań aż do początku września. Poczucie sukcesu osłabiło naszą czujność i ostatnio można było zaobserwować wiele przypadków lekceważenia potrzeby dezynfekcji czy dystansu społecznego, a wręcz negowania obowiązujących ograniczeń. Odbywały się zbiorowe imprezy, wesela, koncerty itp. Z epidemii polegającej na występowaniu ognisk zakażenia doszło do transmisji poziomej, czyli zakażamy się nawzajem w czasie przypadkowych kontaktów i nie możemy wskazać wyraźnego źródła pochodzenia infekcji.

Ale czy nie lepiej skrócić epidemię na sposób szwedzki?

- Nie jestem przekonany, że w Szwecji skończyła się epidemia. Wprawdzie od końca lipca odnotowuje się tam niewiele zgonów, ale od połowy września liczba dziennych zachorowań ma wzrostowy trend. 

W Polsce teraz nie będzie lockdownu, czyli zaczynamy stosować model szwedzki?

- U nas jest więcej ograniczeń niż w Szwecji, problem jest tylko taki, że często nie są przestrzegane, ponieważ cześć osób nadal nie wierzy w pandemię. Niemal regułą jest  noszenie maseczek pod nosem zamiast w taki sposób, aby nos był zakryty.

Panie profesorze, na jakim etapie pandemii jesteśmy? Kiedy będzie jej szczyt?

- Niestety nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Obecnie jest mniej chętnych do prognozowania przebiegu epidemii, ponieważ wiele z wcześniejszych przewidywań nie sprawdziło się. Nie panujemy nad tym. Statystyki na świecie nadal są prowadzone i teraz trochę tchną optymizmem ponieważ liczba zgonów miała tendencję spadkową w ostatnim czasie. Sytuacja jest jednak bardzo dynamiczna i nie można jeszcze niczego przesądzać. W Polsce w najbliższym czasie sytuacja będzie się pogarszać. Skoro w ciągu trzech dni liczba zachorowań się podwoiła, to jutro czy pojutrze może być ich 10 tys.

Kiedy epidemia wygaśnie?

- Najprawdopodobniej wtedy, kiedy zyskamy tzw. stadną odporność. Może to nastąpić naturalnie, gdy część społeczeństwa przejdzie chorobę objawowo lub bezobjawowo. Niestety nikt nie wie dokładnie, jak duża część jest do tego konieczna. Wtedy ludzie nie będą już się nawzajem zarażać. Nawet jeśli ktoś zachoruje, to będzie otoczony ludźmi odpornymi na zarażenie wirusem, więc nie będzie się on przenosił. Na osiągnięcie takiego stanu naturalną drogą trzeba jednak dość długo poczekać i chyba nie jest to rozwiązanie, na którym nam zależy. Na szczęście "stadną odporność" można także osiągnąć wprowadzając masowe szczepienia, stąd też nadzieję budzą intensywne wysiłki mające doprowadzić do wytworzenia szczepionki. Warto także wspomnieć, że sama epidemia nie musi mieć dalej tak groźnych skutków jak obecnie. Naukowcy pracują również nad wytworzeniem leków, które zmniejszą lub nawet wyeliminują ryzyko groźnych powikłań w czasie infekcji wirusem SARS COVID-19. Na przykład obiecujące wyniki ma stosowanie tzw.  "koktajli przeciwciał", aczkolwiek ich skuteczność i bezpieczeństwo stosowania musi być potwierdzone w pełnym cyklu badań klinicznych.  Istnieje także możliwość, że zjadliwość wirusa może się zmniejszyć i przebieg choroby będzie mniej groźny w naturalny sposób.   

Teraz tylko 10 proc. populacji jest uodporniona na COVID-19, po pół roku pandemii. To chyba bardzo długo potrwa, może nawet pięć lat, zanim osiągniemy odporność stadną.

- Szerokie i trudne do przewidzenia ramy czasowe to jedna ze słabych stron strategii opartej na osiągnięciu stadnej odporności droga naturalną. Nie przekonuje mnie także propozycja z deklaracji w  Great Barrington, według której należy chronić przed zakażeniem ludzi starszych oraz zagrożonych współistnieniem innych chorób, natomiast pozostałym można pozwolić na normalne życie i tym samym zaakceptować ryzyko ich zakażenia, mając nadzieje, że u bardzo niewielu będzie miało poważne skutki.  Młodzi mieliby w ten sposób zapewnić odpowiedni procent społeczeństwa potrzebny do wytworzenia się odporności stadnej. Uważam jednak, że to trudne do wykonania w praktyce, tym bardziej, że nie postuluje się (chyba słusznie) pełnej izolacji starszych od młodych, a więc Ci ostatni mogli by odgrywać role pośredników w przenoszeniu wirusa na osoby starsze. W obecnych warunkach w Polsce  trudno sobie wyobrazić realizację propozycji, żeby w domach opieki społecznej pensjonariuszami opiekowały się głównie  osoby już uodpornione tj. ozdrowieńcy, wśród których znaczną część stanowią górnicy.  Jeszcze inną słabą stroną koncepcji naturalnej odporności stadnej jest to, że nie wiadomo dokładnie, jak długo ta odporność będzie się utrzymywać. Istnieją opisane przypadki ponownych zachorowań wśród ozdrowieńców.

Epidemia hiszpanki trwała ponad rok, miała trzy fale. Czy tak może być z epidemią koronawirusa?

- Mimo wielu podobieństw, nie można budować  pełnej analogii.  Aczkolwiek, w pierwszym okresie traktowano hiszpankę  jak zagrożenie dla osób starszych, w kolejnych fazach jej ofiarami byli głównie młodzi, silni mężczyźni, w tym wielu weteranów I wojny światowej. Nie potrafimy dokładnie przewidzieć rozwoju epidemii koronawirusa. Jeżeli chodzi o czas trwania epidemii COVID-19 to jestem raczej pesymistą i spodziewam się raczej biegu na długi dystans. Bardzo dużo zależy od tego, czy uda się szybko wyprodukować skuteczną szczepionkę, a następnie rozdysponować ją po całym świecie i czy pojawią się naprawdę skuteczne leki. Na razie trudno liczyć na to, że będzie to kwestią kilku tygodni lub nawet miesięcy.

Chyba nadal niewiele wiemy na temat tej epidemii?

- Wiele prognoz dotyczących dynamiki i czasu trwania epidemii nie sprawdziło się i szacunki, mówiące o tym, kiedy będzie szczyt epidemii, czy jej koniec raczej traktuję w kategoriach ćwiczeń intelektualnych.  Dyskusja o tym ma jednak ten niekorzystny skutek, że zwiększa poziom niepewności. Podobną rolę spełniły nie do końca zweryfikowane hipotezy dotyczące epidemii COVID-19, np. korzyści ze szczepień na gruźlicę lub szkodliwości niektórych szeroko stosowanych leków, a także wyrażane nadzieje dotyczące skuteczności niektórych leków, co później zostało negatywnie zweryfikowane w badaniach klinicznych.  Zatem, zachowując nadzieję, że zapowiadane terminy wytworzenia skutecznej szczepionki zostaną dotrzymane, a nowoopracowane leki okażą się skuteczne, na razie możemy  zwiększyć bezpieczeństwo własne i otaczających nas osób poprzez stosowanie się do zaleceń higieny oraz dystansu społecznego i poprzez unikanie wszystkich niekoniecznych zgromadzeń.

Rozmawiała Agnieszka Maj

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy