Reklama

Reklama

​Jeden onkolog i 70 pacjentów dziennie

- Statystyki europejskie mówią, że wyleczalność raka jest na poziomie 50 proc. W Polsce ledwo powyżej 20 proc. Na raka umiera 100 tys. osób rocznie. Z tego co najmniej 20 tys. za szybko. Nie dajemy im szans na życie przez to, że system jest niepełnosprawny. Na dodatek przyszła pandemia i wszystkie oczy zwrócone były na chorych covidowych. - mówi "Przeglądowi" prof. Cezary Szczylik, wybitny onkolog, specjalizujący się także w hematologii i chorobach wewnętrznych. Lekarz mówi też o absurdach walki z koronawirusem w Polsce: - Doskonale pamiętam zdjęcie z drona nad Warszawą. Zachorowań było 10-12 na całą Polskę, a ulice Warszawy były opustoszałe.

Beata Igielska, "Przegląd": Przychodzi do pana w grudniu roku pandemicznego 2020 pacjent NFZ z prawie pewnym rozpoznaniem guza wątroby lub nerki. I co się dzieje?

Reklama

Prof.  Cezary Szczylik: - Przede wszystkim nie przychodzi. Mamy prawie rok pandemii. Zmniejszyła się liczba chorych, u których lekarze rodzinni rozpoznawali nowotwory i którym wystawiali zieloną kartę DiLO, teoretycznie gwarantującą szybkie przyjęcie. W rzeczywistości szybka terapia nie działa: mimo posiadania karty onkologicznej są kolejki do badań, do 30 dni oczekuje się na tomografię, potem długo na wynik badania. W niektórych województwach liczba kart zmniejszyła się o 30-40 proc. W niektórych powiatach przez kilka miesięcy w ogóle nie było zgłoszeń na mammografię.

- Jeśli więc jutro zgłosi się do mnie chory z guzem wątroby czy rakiem nerki, będzie to inne zaawansowanie niż to, z którym mógł się pojawić osiem miesięcy wcześniej. Może czas nie jest tak istotny dla chorych z rakiem nerki, bo u większości pacjentów może on mieć mniej agresywny przebieg, ale jeśli mówimy o chorych z rakiem płuca, piersi czy trzustki lub z wysokimi stopniami złośliwości raka prostaty, który ostatnio jest zabójcą numer jeden Polaków - zajął miejsce raka płuca - to dla nich może być za późno na ratunek.

W jednym z wywiadów powiedział pan: "Powstanie zjawisko tsunami, ogromnej, niszczącej fali, która nadciągnie do nas po pandemii. Trafi do nas ogromna liczba chorych z chorobą nowotworową rozpoznaną bardzo późno, w trzecim i czwartym stadium zaawansowania. Tych chorych nie będziemy mogli uratować". To ponura diagnoza, a z tego, co pan mówi - dziś pewna.

- Niestety, ta diagnoza się sprawdza. Na epidemiologiczną analizę zjawiska będziemy musieli poczekać ze dwa, trzy lata, zanim zobaczymy, jak zmieniły się proporcje: ilu pacjentów zgłosiło się w dalekich stopniach zaawansowania choroby, a ilu we wczesnych, u których możliwe będzie leczenie radykalne. Na pewno to wstrząśnie dotychczasową polityką zdrowotną państwa.

W jaki sposób?

- Po pierwsze, nie wyleczymy dziesiątek tysięcy ludzi. Umrą wszyscy chorzy, którzy trafią do nas w trzecim, czwartym stadium zaawansowania raka. Szybsza lub późniejsza śmierć będzie oczywiście zależała od rodzaju nowotworu. Wielu chorych już nie przywrócimy społeczeństwu. Trzeba też pamiętać, że chory wyleczony z nowotworu to człowiek, który żyje z pewnym piętnem psychicznym, który ma świadomość, że zachorował, ale wraca do pracy, może prowadzić normalne życie społeczne, być szczęśliwym dziadkiem czy szczęśliwą babcią. Tych ludzi będzie zdecydowanie mniej. Natomiast wzrosną koszty leczenia, bo im bardziej skomplikowane, bardziej zaawansowane leczenie, tym droższe. A chorzy i tak umrą.

To straszne, ale dobrze, że pan o tym mówi.

- W wypadku wcześnie rozpoznanego nowotworu możliwy jest szybki zabieg operacyjny. Wycina się chory narząd lub jego część i pacjent jest wyleczony. Nie ma nakładów na skomplikowane leczenie, które z roku na rok staje się coraz droższe, bo wchodzą nowe formy terapii, łącznie z immunoterapią. Jako efekt uboczny pandemii przybywa nam więc chorych z rozsianymi nowotworami, nieoperacyjnymi, niemożliwymi do leczenia radykalnego. Koszty nowoczesnych leków, które powinniśmy stosować, rosną dramatycznie. 

- Ale np. w leczeniu raka nerkowokomórkowego jesteśmy 15 lat za Europą. Od kilkunastu lat stosujemy tylko dwa leki w pierwszej linii leczenia i tylko dwa w drugiej. Nie ma leczenia trzeciej linii. Nie dysponujemy immunoterapią w linii leczenia. Tymczasem Europa i świat leczą tych chorych immunoterapią w pierwszej, drugiej i trzeciej linii. Leczy się to w skojarzeniu z tzw. inhibitorami kinaz, osiągając wyższą skuteczność niż w wypadku leczenia jednym lekiem.

- W Polsce onkolodzy wiedzą, jak należy leczyć, bo wciąż się dokształcają, jednak leczyć według swojej najlepszej wiedzy nie mogą. Pacjenci są świadomi, że tracą szansę na przedłużenie życia, bo wiele nowoczesnych leków, pozwalających często podwoić i potroić czas przeżycia, u nas jest niedostępnych. Między lekami, którymi leczymy w Polsce, a tymi, które weszły do leczenia na świecie, jest ogromna różnica w wynikach. 

Nie dość, że jesteśmy 15 lat za Europą, to jeszcze lekarzy chcących leczyć zgodnie z europejskimi standardami, którzy upominają się o prawa pacjentów, nazywa się lobbystami firm farmaceutycznych.

- Zawsze gdy politycy nie potrafią rozwiązać problemów w opiece zdrowotnej, chłopcem do bicia stają się lekarze albo pielęgniarki. Przecież to nie my organizujemy system, my jesteśmy jego uczestnikami. Jest on organizowany wyłącznie przez polityków. Żadna partia nie wykazała się tutaj nadzwyczajną przezornością ani mądrością. System opieki zdrowotnej nie był reformowany, co najwyżej był pogarszany. 

- Nie wspomnę już o ministrze zdrowia z SLD, który doprowadził do katastrofy organizacyjnej, jednocząc NFZ i centralizując władzę. Czekamy wreszcie na takie ugrupowanie i takich polityków, którzy nie będą myśleli o własnych interesach i stołkach, lecz poświęcą się rozwiązywaniu problemów społecznych o ogromnym znaczeniu i zasięgu.

- Konieczna jest nowoczesna reforma systemów edukacji, zdrowia, ubezpieczeń społecznych. Te trzy filary stanowią o bezpieczeństwie obywateli i pomyślnej przyszłości państwa. Ostatnia władza jest pod tym względem absolutnie "wybitna". TKM realizują bez białych rękawiczek, kłamią w żywe oczy. Prowadzona przez nich polityka jest zaprzeczeniem systemu wartości, w którym byliśmy wychowywani od stuleci.

Słyszałam też o dziwnych podziałach środków refundacyjnych w onkologii.

- Podział refundacji dla nas, lekarzy onkologów, jest niezrozumiały, niesymetryczny. W raku płuca, podobnie w czerniaku, mamy refundowaną większość nowoczesnych leków, natomiast w raku nerki, wątroby, jelita grubego, gdzie nowe leki pojawiają się co roku, nie refunduje się wielu preparatów, które znacząco poprawiają wyniki leczenia tych schorzeń. Refundacje zależą od tego, kto o nich decyduje. W przypadku raka nerkowokomórkowego czy raka wątrobowokomórkowego jest absolutny dramat. Tu opóźnienia w refundacji mamy kilkunastoletnie.

- Jako efekt pandemii będziemy mieli więcej chorych zaawansowanych, wymagających nowoczesnych terapii, których im nie zaoferujemy, bo nie mamy na to pieniędzy. Dostali je handlarz bronią, instruktor narciarski, o. Rydzyk i TVP. Walczyłem o te pieniądze publicznie. Chciałem, żeby te 2 mld zł trafiły do chorych. Niestety, trafiły do chorej telewizji.

Z powodu raka umiera rocznie 100 tys. osób, w wypadkach drogowych ginie ok. 3 tys. Jednak to newsy o śmiertelnych ofiarach kraks samochodowych pojawiają się w wiadomościach, a nie śmierć 250 osób dziennie pokonanych przez raka. Jego leczenie wciąż nie jest priorytetem.

- Problemem leczenia onkologicznego jest koncentracja uwagi i środków na wybranych instytucjach. Mamy jedną instytucję w Polsce, która skupia większość uwagi i środków - Narodowy Instytut Onkologii. Znakomicie wyposażony, dysponujący świetną, doświadczoną kadrą. 

- Jednakże ostatni raport NIK na temat poziomu usług w zakresie patomorfologii w Polsce pokazuje, że król jest nagi. 90 proc. rozpoznań histopatologicznych musi być weryfikowanych. To kompromitacja tych, którzy zarządzali polityką zdrowotną, wspierając instytucje centralne. Decydenci mieli poczucie dobrze spełnionego obowiązku, gdyż sztandarowe, pokazowe placówki funkcjonowały. Nie zdawali sobie sprawy, że równolegle niedoszacowanie wartości usług onkologicznych będzie zmuszać zarządy wszystkich placówek do wykonywania jak największej liczby usług, z maksymalnym skróceniem czasu ich wykonywania.

- Położono też nauczanie w uczelniach medycznych, prowadząc je nie tam, ale w placówkach podległych Instytutowi Onkologii. Nie dość, że kadra lekarska ma ogromne deficyty czasowe, bo przyjmuje ogromną liczbę chorych, to jeszcze ta sama kadra zmuszona jest do prowadzenia działalności dydaktycznej. Jest niemożliwością, by aktywność w obu tych obszarach była na najwyższym poziomie. 

- Dopiero od niedawna podjęto próbę kształcenia na określonym poziomie. Kiedy więc będziemy mieli w pełni sprawnych, doświadczonych lekarzy w najbardziej potrzebnych i trudnych dyscyplinach? Mówię o chirurgii, bo średnia wieku chirurgów w Polsce to ok. 59 lat, pielęgniarek 56+. Tego nie da się nadrobić rozporządzeniami. Ani tym, że pan premier stanie i powie: jutro będziemy mieli nowych. No, nie będziemy mieli. Jeśli zaczniemy o tym rozmawiać dziś, zdarzy się to najwcześniej za 10 lat.

Chce pan powiedzieć, że brakuje lekarzy onkologów, a jednocześnie nie ma współpracy między siecią placówek onkologicznych a uczelniami medycznymi?

- Ta współpraca idzie dwoma torami. Niby Instytut Onkologii kształci studentów Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, ale proszę zapytać studentów, jaki to kształcenie ma poziom. WUM, najlepsza uczelnia medyczna w Polsce, do tej pory nie dochował się pełnoprawnej katedry i kliniki onkologii i radioterapii. A to ta dyscyplina prócz kardiologii jest krytyczna dla zdrowia społeczeństwa.

Nie dziwmy się więc, że polskie statystyki wyleczalności raka wyglądają, jak wyglądają.

- Statystyki europejskie mówią, że wyleczalność raka jest na poziomie 50 proc. W Polsce ledwo powyżej 20 proc. Na raka umiera 100 tys. osób rocznie. Z tego co najmniej 20 tys. za szybko. Nie dajemy im szans na życie przez to, że system jest niepełnosprawny. Na dodatek przyszła pandemia i wszystkie oczy zwrócone były na chorych covidowych.

Były? Wciąż są.

- Ale nie tylko na chorych, również na ministra, który jaśniał światłem wiekuistym. I wszystkie kamery były na nim, jak na bogu, skoncentrowane, a bóg mówił rzeczy niezwykłe i wspaniałe. Po czym okazało się, że bóg, zamiast się wspomóc profesjonalistami, kupował sprzęt dla chorych u handlarza bronią, a maseczki - ze swoim instruktorem narciarskim. Tak karykaturalnego ministrowania nie spodziewałem się po panu ministrze Szumowskim.

Chyba nikt się nie spodziewał. A czy obecny minister Adam Niedzielski nie zawodzi?

- To jest ekonomista, celowo wyznaczony, by uporządkować i zdyscyplinować politykę finansową. Ale ekonomista nie może wskazać dróg rozwoju systemu opieki zdrowotnej. Do tego potrzeba profesjonalisty. Każda partia zamierzająca przejąć władzę powinna wysłać na studia zagraniczne młodych lekarzy, absolwentów studiów ekonomicznych, do najlepszych uczelni zachodnich, by stali się profesjonalistami w zarządzaniu systemem, kiedy ta chwila nadejdzie. Dotychczas żadna partia tego nie zrobiła. Niestety, po rządzących nie możemy oczekiwać, że coś zmienią. Nadal najpopularniejszym zachowaniem w dyskusjach o reorganizacji systemu zdrowia jest milczenie albo - co jeszcze gorsze - zrzucanie winy na poprzedników. To dziecinada.

Z tego, co pan mówi, rak okazał się mniej groźny niż koronawirus. Czy to ten element w nowej, pandemicznej rzeczywistości denerwuje pana najbardziej? 

- Jest to przede wszystkim efekt fatalnej polityki Ministerstwa Zdrowia i NFZ. To błąd, że skoncentrowano się tylko na koronawirusie, gdy żadne najpoważniejsze zagrożenia nie zniknęły. Nadal istnieją poważne schorzenia nowotworowe, kardiologiczne, metaboliczne o najczęściej dużo większej śmiertelności niż covid.

Ale w marcu tak nas napompowano strachem... Zresztą sam pan mówi, że ludzi za bardzo wystraszono skutkami koronawirusa.

- Doskonale pamiętam zdjęcie z drona nad Warszawą. Zachorowań było 10-12 na całą Polskę, a ulice Warszawy były opustoszałe. To pierwotnie wadliwe rozpoznanie skali zagrożenia czy raczej nierozpoznanie rzeczywistego zagrożenia i brak racjonalizmu. Najłatwiej było wszystkich przestraszyć, na początku te obostrzenia były zbyt dramatyczne. Odbiło się to czkawką, gdyż wszyscy uwierzyli, że przecież nic nikomu się nie stało, bo wtedy zapadalność na covid była bardzo niska, a śmiertelność to jeden przypadek dziennie. 

- Nie dziwmy się więc, że ludzie zachowywali się jak lemingi, które o jednej porze roku wszystkie podążają ku otchłani Atlantyku i masowo giną. Rodaczki i rodacy wylegiwali się na plażach dziesiątkami tysięcy, wyprawiali na zakupy do galerii handlowych, masowo posłali dzieci do szkół. Nastąpiło przegięcie w drugą stronę.

- Wciąż nie mamy zrównoważonego komunikowania o rzeczywistych zagrożeniach i o rzeczywistych sposobach zapobiegania, jak też przypominania, że nie ma jeszcze leku na covid. Mamy natomiast niezrównoważonych przywódców, którzy jak jednego dnia widzą 5 tys. zakażeń, mówią, że zahamowaliśmy, że wygrywamy... A następnego dnia jest 9 tys., kolejnego 13 tys. Nie można brać na poważnie polityka, który traktuje rzeczywistość powierzchownie, bez głębszego rozeznania i zrozumienia. 

- Pan premier, gdy rozpoczęto rozmowy o szczepionkach, triumfalnie obwieścił, że wszystkich wyleczymy. A szczepionka nie leczy w dosłownym rozumieniu, jej efekt działania jest odłożony w czasie. To nieprawda, że od dziś zapanujemy nad pandemią. Dziś mamy być rozsądni, żyć w rozsądnej izolacji, przestrzegać zaleceń epidemiologów i lekarzy chorób zakaźnych. Szczepionki dostaniemy może na początku roku, może wiosną, a efekty szczepienia zauważalne będą dopiero po paru miesiącach, nie dzisiaj.

Ale mi pan wizję kreśli: brak pieniędzy, brak lekarzy onkologów...

- To nie jest wizja, to rzeczywistość. W poradniach większości placówek onkologicznych na jednego lekarza przypada do 70 pacjentów dziennie, to zaledwie trzy-cztery minuty na chorego. To czas, by odczytać numer rejestracyjny, spojrzeć na badania i postawić tego schorowanego człowieka w drugą kolejkę, w której znowu spędzi kilka godzin. Czy w takim kierunku chcemy reformować system opieki zdrowotnej? 

- Ostatnio mogliśmy oglądać obrazki sprzed Narodowego Instytutu Onkologii - kilkusetmetrowa kolejka do rejestracji. Tłumaczenia Instytutu, że mają kłopoty, są oczywiste. To wynik koncentracji większości usług w jednym miejscu. W obrębie aglomeracji, jaką jest Warszawa, powinno istnieć kilka równorzędnych dużych placówek, tymczasem są jedynie mniejsze, rozproszone, o niższym poziomie wyposażenia. Centrum Onkologii pochłania wszystkie ogromne nakłady finansowe. Wzmacnia się INSTYTUCJA, nie wzmacnia się jednak system. 

- Pod opieką tak dużej instytucji znajdują się dziesiątki tysięcy chorych. A czas, który można chorym w zamian za tak duże nakłady poświęcić, to zaledwie minuty. Nie winię tu Instytutu, który wykonuje fantastyczną pracę w ekstremalnie trudnych warunkach. Tej instytucji oraz pracującym w niej onkologom potrzeba rzeczywistej reformy systemu i zwielokrotnienia nakładów na opiekę zdrowotną. Przyczyną tej klęski są politycy i polityka.

Czyli teraz liczy się tylko decyzja ministra finansów o znaczącym zwiększeniu środków na onkologię, bo nikt przy zdrowych zmysłach już chyba nie uwierzy w deklaracje i obietnice. 

- Tak, tyle że kasa idzie znowu do jedynej telewizji, do głęboko patologicznego wyznania okołorydzykowego. Co gorsza, Kościół katolicki na to nie reaguje. Współczuję tym starcom, którzy dzisiaj rządzą Kościołem - spoglądają w stronę grobu bez refleksji, nie widząc spustoszeń moralnych, zniszczenia wiary w misję Kościoła. Widzą, że młodzi odwracają się, i nie reagują. Wszystko, do czego byliśmy od początku rewolucji Solidarności, od niezwykłego odrodzenia polskiej państwowości i gospodarki przyzwyczajeni, świadomi w większości sukcesu tej odbudowy, na naszych oczach gnije, murszeje, bo rządzący zapomnieli o reformach - nadal są bardzo zajęci sobą.

Ma pan pomysł, jak z tej trudnej sytuacji wyprowadzić służbę zdrowia?

- Głosować na nieskompromitowaną partię. Tylko że wszystkie do tej pory się skompromitowały. Liczę na to, że do następnych wyborów podążą młodzi. Ogólnopolski Strajk Kobiet spowoduje, że wstrząśniemy posadami tego zmurszałego układu politycznego. Liczę na kobiety. Sam system zdrowia poprawimy jedynie wtedy, kiedy powstanie ponadpartyjny konsensus na temat priorytetów w polityce państwa, a polityce zdrowotnej zostanie nadany priorytet absolutny. Bo niewyedukowany i chory Polak nie będzie w stanie zapewnić temu państwu politycznej przyszłości.

Nie ma pan czasami dość bycia lekarzem? Nie chciałby pan rzucić tego wszystkiego?

- Jestem lekarzem, moim obowiązkiem, powołaniem jest praca dla pacjenta. Będę robił wszystko, żeby chory był leczony optymalnie. Natomiast rzeczywiście okropne jest uczucie, że mój proces ustawicznego kształcenia, moja wiedza o nowoczesnych formach leczenia nie przekładają się na skuteczność i codziennie widzę i słyszę polityków z ich nieudolnością i narcyzmem. Ich obowiązkiem i misją winna być dbałość o stałe doskonalenie systemów opieki zdrowotnej, edukacji, tymczasem koncentrują się na "kupowaniu i karmieniu" głosów, których pozyskanie pozwoli im sprawować ulubioną funkcję, czyli bycie politykiem.

Jak pan sobie radzi z takimi kryzysami egzystencjalnymi?

- Mam rodzinę i przyjaciół, na szczęście. Mam książki... Ostatnio czytam Radka Raka. Wielkiej próby literatura. Tacy pisarze i ich dzieła ratują nas przed beznadziejnością polskiej codzienności. Nie "Majteczki w kropeczki".

A skoro przy rodzinie jesteśmy, żona jest psychoterapeutą, psychoonkologiem. Jak rozumiem, na taki "kaprys" teraz nie stać oddziałów onkologicznych?

- Psychoonkologów jest bardzo mało. A łatwo sobie wyobrazić, jak się czują chorzy bez ich wsparcia, jeśli lekarz ma dla nich trzy minuty.

Czego mogę panu życzyć na nowy rok?

- Żebyśmy wreszcie się dotykali. Kompletnej zmiany ustroju. Żebyśmy doczekali się dojrzałych polityków. Żeby nas covid nie zjadł, nim zmądrzejemy. Potrzebujemy rozważnych decyzji, słuchania się doświadczonych i mądrych ludzi. Życzę nam wszystkim i sobie optymizmu. Bo bez niego nie oprzemy się fali zła.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje