Reklama

Reklama

Grażyna Biskupska: Zastanawiam się, czy to wciąż policja

- Daję radę z tym, co mam. Na pewno państwo mnie nie zagłodzi, ani gęby mi nie zamknie strachem, bo ja nie mam w tej chwili już nic do stracenia. Będę walczyć. Udowodniłam, że jestem wytrwała - mówi mł. inspektor Grażyna Biskupska, była naczelnik wydziału ds. zwalczania aktów terroru w Komendzie Stołecznej Policji i opowiada o swoich kłopotach z ustawą dezubekizacyjną. W rozmowie z Interią wspomina również sprawę strzelaniny w Magdalence i ocenia obecną kondycję polskiej policji.

Dominika Pietrzyk, Interia: Jakie były lata 90. w polskiej policji?

Reklama

Mł. Inspektor Grażyna Biskupska, była naczelnik wydziału ds. zwalczania aktów terroru w Komendzie Stołecznej Policji: - W latach 90., kiedy trwała transformacja, trudno było w cokolwiek się zaopatrzyć i niektóre towary nadal były reglamentowane. Chcieliśmy już jednak coś mieć, bo otworzyło się nasze okienko na Zachód. Nasi przestępcy też chcieli coś mieć i ponawiązywali kontakty na całym świecie. Każdy ma chęć bogacenia się, czy to nauczyciel, policjant czy bandyta. Nauczyciel i policjant będą to robić swoją wytrwałą pracą, dokształcaniem się awansami, a bandyta chce ten pieniądz mieć szybko i łatwo. Stąd wziął się wówczas niesamowity wzrost przestępczości pospolitej, w tym kradzieże z włamaniami do mieszkań. Później opracowano bardzo skuteczny sposób na szybkie dorobienie się, czyli haraczowanie - plaga lat 90. Największe zorganizowane grupy przestępcze miały swoje specjalne pododdziały, które zajmowały się tylko haraczowaniem. Zaczęły się tworzyć biznesy prywatne i haraczowane były praktycznie wszystkie formy prywatnej działalności gospodarczej.

Na Stadionie Dziesięciolecia też?

- "Jarmark Europa", bo tak się wtedy nazywało ten stadion, to jest zupełnie inna kwestia. On był cały opanowany przez bandytów. Nie mówię, że wszyscy handlujący byli bandytami. Broń Boże! Ale tam były stałe opłaty za stoiska. I tam myślę, że jakby się poszło i złożyło zamówienie na czołg, to też by nie było problemu, żeby ten czołg dostać. Można tam było kupić fałszywe dokumenty, fałszywe pieniądze, każdy rodzaj broni, tylko trzeba było wiedzieć, gdzie się skierować, ale dla chcącego nic trudnego.

- Natomiast z haraczami był problem, bo okres transformacji przetrzebił nasze służby. Te działające były trochę nieudolne. Grupy zorganizowane wyspecjalizowały się w tych haraczach, a policja nie bardzo potrafiła sobie z tym radzić, a dodatkowo nie miała jeszcze wsparcia w prokuraturze.

Dlaczego?

- Prokuratorzy przez długi czas bagatelizowali tę formę przestępczości, ponieważ bandyci często zgłaszali się do przedsiębiorcy, nie używając siły fizycznej, tylko zastraszając. Słownie lub czasami nawet czynami, bo zdarzały się podpalenia takich miejsc, których właściciele nie chcieli płacić haraczu. I tak było na Ochocie. Przez wiele lat ta dzielnica była nękana przez zorganizowaną grupę przestępczą, a policja była bierna. Z kolei na Żoliborzu, nawet budki warzywne, tzw. "szczęki", które wtedy były popularne, też musiały się opłacać. Ludzie albo zamykali biznesy, albo łączyli się w większe grupy, ale płacili. W momencie, kiedy powstał wydział terroru, a to był już 1999 rok, i mieliśmy możliwość pracy i operacyjnej, i dochodzeniowo-śledczej, to zaczęliśmy z tymi ludźmi rozmawiać, gwarantując im, że rozmowy i zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, będą pozytywnie skutkowały. Że się pozatrzymuje tych przestępców i będzie spokój. Trwało te wiele miesięcy, ale udało nam się. I druga rzecz, pomimo że te groźby często nie były realizowane, czyli nie pobito, nie podpalono, nie uszkodzono, to potraktowano je jako realne zagrożenie, tak zwane groźby dorozumiane, które mogą być spełnione i prokuratura zaczęła traktować te sprawy poważnie.

- To był bardzo ciężki czas, ale to, że te sprawy coraz częściej kończyły się pozytywnie, że liczba przestępstw spadała, powodowało, że zaufanie społeczeństwa rosło. Nawet jeśli dochodziło do włamań, to zaczęliśmy wykrywać sprawców. Praktycznie nie było weekendu, żeby któraś z komend rejonowych nie organizowała tzw. "wystaw", na których wykładano przedmioty zabezpieczone w dziuplach paserskich. Pokrzywdzeni rozpoznawali tam swoją własność. To też powodowało wzrost zaufania społecznego, jak również to, że złodziej czy paser podlega karze.

A teraz? Z sondażu przeprowadzonego przez IBRIS na zlecenie Interii w listopadzie ubiegłego roku wynikało, że co trzeci Polak nie ufa policji.

- Sama jestem momentami przerażona. Nawet ostatnio oglądając zachowanie policjantów na stacji benzynowej, czy wcześniej zatrzymania różnych osób, to zastanawiam się, czy to jest ta sama instytucja, w której pracowałam. Zachowania policjantów, które obserwujemy na ulicy, nie wynikają z tego, że ci ludzie są głupsi, ale wynikają z sytuacji - krótsze szkolenia, brak możliwości przerobienia wiedzy "w boju". Czasami mam mieszane uczucia w stosunku do tego, co widzę.

- Ponad 80-proc. zaufanie do policji powstało mniej więcej pod koniec mojej pracy. To był 2011 rok i później jeszcze przez jakiś czas to zaufanie utrzymywało się na takim poziomie. Kilka lat temu Collegium Civitas zorganizowało konferencję poświęconą zaufaniu do policji. Pamiętam jednego z policjantów, który podpierał się dobrymi wynikami badań zrobionych wcześniej. Pomyślałam wtedy: "kurczę, to nie jest wasz wynik". To jest wynik tych ludzi, którym teraz pozabieraliście emerytury. Oni na ten ponad 80-proc. wynik przez wiele lat bardzo ciężko pracowali. A teraz dostali kopniaka od państwa. No ile czasu potrzeba było, żeby to zmarnotrawić? Trzy, cztery lata?

Co myśli pani o zachowaniu policjantów podczas strajków kobiet?

- Policja powinna reagować wtedy, kiedy komuś grozi niebezpieczeństwo. Samo wykrzykiwanie haseł nie stanowi niebezpieczeństwa. A już nie wspomnę o wulgaryzmach, bo kiedy czytam ostatnio treść występów osób na czołowych stanowiskach i tego jak oni rozmawiają, te dwa czy trzy brzydkie słowa, które skandują kobiety, to chyba nie są brzydkie słowa... Jeżeli komuś przeszkadza, że ktoś krzyczy mu do ucha, to można podejść i zwrócić mu uwagę, a nie napierać na ludzi i robić kocioł. Nie zapomnę obrazków z jednego z pierwszych protestów przedsiębiorców, gdzie z przerażeniem patrzyłam, jak grupę ludzi otacza kordon policji, wpycha ich na mur i zaczyna gazować. Przecież ci ludzie nie posiadali żadnych niebezpiecznych przedmiotów w rękach. Jeżeli chce się wykorzystać skuteczną formę rozejścia się, to wtedy się tych ludzi kolejno legitymuje, a nie robi się tego, że ci ludzie są przyparci do muru, gdzie wtedy ta frustracja i agresja rośnie. Nie ma usprawiedliwienia dla użycia takich środków. Już nie wspomnę o przypadku wystawiania legitymacji poselskiej w twarz policjanta i chwilę później użycia gazu. To jest przekroczenie wszelkich norm. Zresztą chyba sami poczuwają się do winy, na co wskazują kuriozalne tłumaczenia. Momentami to ręce opadały.

Niektórzy policjanci okazują rozgoryczenie i przypominają, że te same osoby, które wykrzykują im na ulicy wulgaryzmy prosto w twarz, potem dzwonią z prośbą o pomoc, kiedy pojawia się niebezpieczeństwo.

- Ja wiem, że ten sam policjant, który później pełni normalną służbę patrolową i kiedy wzywa się go na pomoc, to on poczuwa się wtedy do tego, że "ja jestem tutaj taki ważny i potrzebny". I my też będziemy się wtedy inaczej zachowywać, ale to jest normalne. Policja jest instytucją stworzoną do pomocy ludziom. I ludzie oczekują, że policjant będzie zachowywał się adekwatnie do sytuacji. No a złamanie ręki dziewczynie... Co ona takiego zrobiła? Co ona takiego niebezpiecznego przy sobie miała? Czasami sobie myślę, ponieważ różne sytuacje w swoim życiu przechodziłam, dlaczego ci panowie nie są tacy butni i tacy "kto to ja nie jestem", w momencie kiedy mijają samochód z czterema bandytami, na co przymykają oko i ich nie zatrzymują. Bo takie sytuacje też były.

Policjantów, którzy nadużywają swoich uprawnień, powinno się szeroko pociągać do odpowiedzialności dyscyplinarnej? Takich nadużyć przybywa podczas protestów.

- Każdy policjant wychodzący na ulicę do służby ma odprawę. Policjanci wiedzą, gdzie idą. Wiedzą, że danego dnia ktoś może protestować, że przyjadą rolnicy, że na ulice wyjdą kobiety. Oni dostają dyspozycje. Artykułowanie tych dyspozycji pozwala na lekką dowolność. A teraz podam przykład niepochodzący z policji, ale świadczący o tym, że spolegliwość wobec władzy i uległość nie zawsze się opłaca. Przykładem jest urzędniczka sanepidu, która lekką ręką nakładała grzywny w wysokości 30 tys. zł. Sprawy trafiły do sądu i teraz to ona ma każdemu pokrzywdzonemu z własnej kieszeni zapłacić po 10 tys. zł. I jest płacz i zgrzytanie zębów.

Czytaj dalej na następnej stronie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama