Reklama

Reklama

Fatum Beksińskich

Obaj byli wybitnymi osobowościami, żadnemu nie dane było odejść z tego świata śmiercią naturalną. Losy Zdzisława i Tomasza Beksińskich, ojca i syna, splatały się wielokrotnie. Aż do tragicznego finału.

"Jest między wami jeden, który robi ohydne rysunki. Przepowiadam ci: ty umrzesz, a one gorszyć będą jeszcze kolejne pokolenia" - tak zwrócił się do młodego Zdzisława Beksińskiego ksiądz, który przyłapał go na tworzeniu obscenicznych rysunków.

Reklama

Dziś te słowa brzmią jak czarne proroctwo. Znany malarz Zdzisław Beksiński został zamordowany wczoraj w swoim mieszkaniu na warszawskim Mokotowie. Nieznany sprawca zadał mu kilkanaście ciosów nożem. Śmierć dosięgła go kilkaset metrów od miejsca, w którym pięć lat temu zginął jego syn. Tomasz Beksiński popełnił samobójstwo w grudniu 1999 r.

Przyciągał szaleńców

O ile śmierć Tomasza Beksińskiego była śmiercią zapowiedzianą, zabójstwo jego ojca jest szokiem dla rodziny i przyjaciół. - To kompletne zaskoczenie. On nie był człowiekiem konfliktowym, nie mam pojęcia, kto mógł to zrobić - mówi Andrzej Matynia, krytyk sztuki, znajomy Beksińskiego. Artysta nie ufał obcym, swoje mieszkanie w bloku przy ulicy Sonaty w Warszawie zamienił w pilnie strzeżoną twierdzę. Dostępu do niej broniły podwójne drzwi i kamera. Na spotkanie trzeba było się wcześniej umawiać - nikt nie mógł przyjść ot tak, z ulicy. Środki bezpieczeństwa zostały wprowadzone od czasu, gdy Beksiński zaczął zaopatrywać się w drogi sprzęt komputerowy. Jednak policjanci wykluczają rabunek - nie zginęły ani obrazy, ani komputery.

Funkcjonariusze przesłuchiwali najbliższych zamordowanego, ale z rozmów z jego znajomymi, wynika, że Zdzisław Beksiński nie miał żadnych wrogów. Był samotnikiem, nie udzielał się towarzysko. Nie chadzał nawet na własne wernisaże. Unikał kontaktów z mediami, nie cierpiał być fotografowany, chociaż sam uwielbiał fotografować.

Jednak jeśli komuś udało się przełamać tą pierwszą niechęć, miał do czynienia z ciepłym, rozmownym człowiekiem. - Nie dało się go nie lubić - mówi w rozmowie z dziennikarzem INTERIA.PL reżyser Daniel Światły, autor filmu dokumentalnego o młodszym z Beksińskich - Tomaszu "Dziennik zapowiedzianej śmierci". - Rozmowa z nim była przyjemnością, szczerze mówił o tym co myśli, nie stronił od niepopularnych poglądów. Trzeba było jedynie uważać, żeby nie poruszyć tematów związanych z jego twórczością i życiem osobistym.

Kto i dlaczego w takim razie zamordował Zdzisława Beksińskiego? - Cóż, jego sztuka mogła przyciągać szaleńców... - mówi w rozmowie z INTERIA.PL jeden ze znajomych malarza.

Śmierć zapowiedziana

Tomasz Beksiński uchodził za przeciwieństwo ojca. "Mój ojciec jest wesoły" - mawiał Tomasz. "Ja jestem bardziej ponury". I tłumaczył, że to wina obrazów ojca, które otaczały go od najmłodszych lat. O ile Zdzisław Beksiński bardziej przypominał lekarza niż artystę, to syn był oryginałem, który z lubością pozował do zdjęć w kostiumie Draculi.

Uważany za ekscentryka, budził jednak szacunek ogromną erudycją i wiedzą muzyczną. Kilka pokoleń młodych ludzi wychowało się na jego audycjach muzycznych w radiowej Trójce. Był też autorem genialnych tłumaczeń: wszystkich odcinków Jamesa Bonda i serii Monty Pythona. Jednak w życiu prywatnym nie wszystko układało się po jego myśli. Właściwie nic nie wyglądało tak, jak to sobie wymarzył.

W 1988 roku przeżył katastrofę samolotową. Leciał z Warszawy do Rzeszowa, kiedy maszyna spadła na pola w okolicach Łańcuta. Jedna osoba zginęła. Tomasz już nigdy nie wsiadł do samolotu.

Rozczarowany komercjalizacją świata, opuszczany przez kolejne kobiety zaszył się w zaciemnionym mieszkaniu, które ochrzcił kryptą. Wciąż mówił o samobójstwie, zresztą miał już za sobą kilka nieudanych prób. Lecz mało kto wierzył, że zdecyduje się na ostateczny krok, bo młody Beksiński bał się śmierci. Przełamał jednak ten strach w grudniu 1999 r.

Ostatnią osobą, z którą rozmawiał była wokalistka zespołu Closterkeller Anja Orthodox. "W wigilię zadzwonił do mnie z życzeniami urodzinowymi o godzinie 15. Rozmawiał ze mną coraz dziwniej i tak jakoś coraz wolniej. Wreszcie zaczęłam się domyślać o co chodzi. Przerażona tym, co robię, jednak zatelefonowałam w końcu do jego ojca. I potem on dzwonił do Tomka, następnie do niego poszedł, ale Tomek już nie podnosił słuchawki i nie otwierał drzwi" - opowiadała "Machinie".

Ojciec odnalazł jego ciało. W liście pożegnalnym przeczytał: "Ja już jestem martwy, Tato. To co zrobię i do czego przygotowuje się spokojnie od paru miesięcy, będzie tylko postawieniem kropki nad i...".

Nigdy nie poznamy prawdziwej przyczyny tego samobójstwa. Ale najlepszą odpowiedzią na tę zagadkę jest wiersz Brzechwy wyrecytowany przez Macieja Maleńczuka dziennikarzowi "Machiny" na wiadomość o śmierci Beksińskiego:
"Ten słoń ma na imię Bombi
Ma trąbę lecz na niej nie trąbi
Dlaczego - nie bądź ciekawy
To jego prywatne sprawy".

Życie dogoniło sztukę

Nie mieli ze sobą dobrych kontaktów. Ojciec chciał mieć syna - kumpla, przyznawał, że nigdy Tomasza nie przytulił. Synowi jednak brakowało ojcowskiej miłości, z rozgoryczeniem mówił, że "ojciec się go brzydzi".

Jednak kiedy 21-letni Tomasz odkręcił kurki z gazem, doszło do spięcia instalacji w lodówce i do wybuchu, to ojciec zabrał syna do chirurga, a potem od razu do psychiatry. Kilka lat później znowu lekarze uratowali życie Tomasza, przywiezionego przez ojca do szpitala. Tym razem połknął barbiturany.

Nie miał również najlepszych kontaktów z matką, która choć bardzo starała się mu pomagać i okazywać miłość, nie zawsze mogła liczyć na odwzajemnienie uczuć. Tomasz wyrzucał sobie to po jej śmierci - rok przed jego własną - że nigdy nie pokazał jej, jak bardzo ją kochał.

Zdzisław Beksiński uznawał prawo syna do decydowania o własnym życiu. Gdy lekarze ratowali Tomka z kolejnej próby samobójczej, ojciec uważał, że nie trzeba go ratować, bo "samobójstwo nie jest tchórzostwem, ani ucieczką. Przeciwnie. Kiedy człowiekowi świat wydaje się piekłem, samobójstwo to akt odwagi i męstwa".

Jednak w przeciwieństwie do syna nie chciał się rozstawać z tym światem. Znużyło go malarstwo, ale kilka lat temu odkrył komputery. Bez reszty poświęcił się wirtualnej sztuce, w jego pracowni co chwilę pojawiały się cyfrowe cacka.

Mimo swojego wieku - ponad siedemdziesięciu lat, dawał sobie doskonale radę z nowymi technologiami. Fascynowała go muzyka elektroniczna. To miała być kolejna pasja, której chciał się poświęcić...

Największą sławę zyskał jednak dzięki tradycyjnym olejnym obrazom, które pełne były apokaliptycznych wizji, trupów, urwanych głów i pełzających stworów. Dzieł budzących niepokój i strach, to był jego komentarz do rzeczywistości, upadku kondycji ludzkiej. Niestety, życie dogoniło jego twórczość...

Dowiedz się więcej na temat: nie żyje | samobójstwo | ojciec

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne