Reklama

Reklama

Ekspert: Była "ustawa o bestiach", teraz "spis pedofilów". Wszystko pod publikę

Podczas wczorajszego posiedzenia Sejmu odbyło się pierwsze czytanie projektu ustawy o przeciwdziałaniu zagrożeniom przestępczością na tle seksualnym. Pomysł PiS na walkę z przestępstwami seksualnymi spotkał się jednak z krytyką ekspertów. "Przepisy, które są zaproponowane, mogą w ogóle nie dotyczyć pedofilów, a mimo to Ministerstwo Sprawiedliwości proponuje, by nazywać spis "rejestrem pedofilów" - skomentowała prof. Monika Płatek z Uniwersytetu Warszawskiego, prawniczka.

Ministerstwo Sprawiedliwości 23 grudnia 2015 roku przygotowało i opublikowało na stronie projekt Ustawy o przeciwdziałaniu zagrożeniom przestępczością na tle seksualnym (dostępny TUTAJ). Ma on na celu stworzenie "rejestru sprawców przestępstw", potocznie nazywanym "rejestrem pedofilów". Ustawa zakłada również opracowanie przez Komendę Główną Policji tzw. mapy zagrożeń. Pozwoli ona na sprawdzenie danych, w tym nr PESEL, nazwy miejscowości, a także ulicy, przy której zamieszkuje skazany za pedofilię lub gwałt. Zapowiadany przez MS rejestr sprawców ma zawierać również fotografię skazanego.

Reklama

Według założeń, rejestr będzie składać się z dwóch oddzielnych baz danych. Jedna z nich ma być "rejestrem publicznym", a druga "rejestrem ograniczonym". Ten drugi, według projektu, ma być przeznaczony dla organów ścigania, policji oraz sądów. Rejestr publiczny byłby z kolei dostępny w internecie dla każdego zainteresowanego.

Głosy krytyki

Wśród ekspertów projekt wywołał głosy oburzenia. Pojawiają się opinie, że rejestr nie przyczyni się do ochrony i bezpieczeństwa, ale wywoła samosądy i społeczny niepokój. Prof. Monika Płatek z Uniwersytetu Warszawskiego wskazuje, że stworzenie rejestru nie przyczyni się do obniżenia ogólnego poziomu przestępczości.

- Policja bardzo dobrze wie, że wcześniejsze tego typu opublikowane spisy prowadziły do ogromnej ilości nieporozumień, tragedii, samobójstw, linczów - podkreśla prof. Płatek.

Prawniczka wskazuje również na trzy główne kontrowersje i nieścisłości projektu ustawy, którego pierwsze czytanie miało miejsce wczoraj w Sejmie.

- Po pierwsze, co to znaczy ustawa "przeciwko pedofilom"? W tej ustawie nie ma nic o pedofilach - mówi prof. Monika Płatek. - Trzeba zadać również pytanie, czy policja wie, o kim mówi, kiedy wspomina o pedofilach? Po trzecie, warto powiedzieć, że tego typu przestępstwa najczęściej są popełniane: w domu rodzinnym, wśród bliskich, bądź w domach bliskich znajomych, a także w szkołach, na treningach, w salkach katechetycznych, bardzo rzadko w krzakach - wskazuje prof. Płatek.

Doświadczenia innych krajów

Prawniczka podkreśla, że podobny rejestr pojawił się już m.in. w Wielkiej Brytanii. "Przed paru laty jeden z angielskich tabloidów opublikował listę twarzy, nazwisk i adresów ludzi, uznanych przez gazetę za pedofilów. Doszło do samosądów, zaszczucia i kilku samobójstw, spowodowanych pomyłkami" - napisała w jednym ze swoim artykułów pt. "Droga donikąd".

Rejestry przestępców seksualnych, tworzone w oparciu o model ochrony społeczności lokalnej, prowadzi również m.in. Francja, Kanada, Australia. W niektórych stanach USA i w Nowej Zelandii podobne spisy są publicznie dostępne.

"Nie każdy skazany jest pedofilem"

Prof. Monika Płatek wskazuje, że nie istnieje ustawowa definicja pedofila. Z kolei według definicji medycznej, to osoba o preferencyjnym pociągu seksualnym w stosunku do dziecka, które nie wykazuje cech dojrzałości płciowej.

Prawniczka przypomniała, że w 2005 roku nastąpiły zmiany w kodeksie karnym, mające na celu szerszą ochronę dzieci przed przestępczością na tle seksualnym. Zgodnie z przepisami art. 200 k.k. skazuje się osoby, które dopuściły się współżycia z osobą poniżej 15. roku życia. Prof. Płatek podkreśla jednak, że nie każdy, kto został skazany z tego artykułu, jest pedofilem.

- Z tego przepisu częściej skazuje się np. 17-latka, który współżył z 15-latką. To jest najłatwiejsze do wykrycia. Dziewczyna zachodzi w ciążę i wtedy zakłada się im sprawę - mówi prof. Płatek.

Podobny rejestr już istnieje

Ekspertka w rozmowie z Interią podkreśliła również, że podobny rejestr już istnieje. To Krajowy Rejestr Karny, w którym zawarte są wszystkie informacje na temat osób skazanych. "Do końca życia osoba skazana za pedofilię będzie to miała w papierach" - pisała prof. Płatek we wspomnianym artykule.

Prawniczka, wskazuje ponadto, że Polska ratyfikowała Konwencję Rady Europy o ochronie dzieci przed seksualnym wykorzystywaniem i niegodziwym traktowaniem w celach seksualnych oraz Dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady 2011/92/UE.

- Te dokumenty zobowiązują nas do tego, żeby prowadzić edukację wobec dzieci oraz placówki, do których osoba, odczuwająca pociąg seksualny do dziecka, mogła się zgłosić i otrzymać stosowną pomoc, zanim przestępstwo zostanie popełnione - mówi prof. Płatek.

- Nie wypełniamy tego, co powinniśmy, a wydajemy nowe przepisy. Robimy rzeczy, które są pod publiczkę i każdego emocjonują, bo właśnie słowo "pedofil" angażuje ludzi - krytykuje prof. Płatek. - Przepisy, które są zaproponowane, mogą w ogóle nie dotyczyć pedofilów, a mimo to Ministerstwo Sprawiedliwości proponuje, by nazywać spis "rejestrem pedofilów" - dodaje.

- Najpierw zaproponowano "ustawę o bestiach", teraz tworzy się "ustawę o spisach pedofilów". Moim zdaniem to jest przygrywka do tego, by pozwalać sobie, aby w dalszym ciągu prawo karne wykorzystywać do polityki - konstatuje prof. Monika Płatek.

Rejestr pedofilów - działanie prewencyjne?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy