Reklama

Reklama

E. Jakubiak: Marek M. wtargnął do mojego biura i żądał wydania kamienic

​Marek M. dwukrotnie wtargnął do mojego biura z listą kilkunastu adresów nieruchomości i żądał ich wydania - powiedziała w środę b. dyrektor biura prezydenta stolicy Elżbieta Jakubiak. Przyznała, że w biurze Lecha Kaczyńskiego powstał projekt rozwiązań prawnych ws. reprywatyzacji.

Komisja weryfikacyjna w środę analizuje proces nadzoru nad stołecznym Biurem Gospodarki Nieruchomościami za czasów prezydentury Lecha Kaczyńskiego oraz podczas pierwszej kadencji Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Elżbieta Jakubiak, która była dyrektorem w biurze prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego pytana o nazywanego przez media "handlarzem roszczeń" Marka M. przyznała, że był on "ewenementem" w tamtych czasach.

Reklama

Przyznała, że dwukrotnie się z nim spotkała, o czym poinformowała prezydenta i później zrelacjonowała mu spotkania. Dodała, że pierwsze "wtargnięcie" do jej biura przez Marka M. pamięta, jako "teatr", bo przybył tam "w charakterze kloszarda".

"Sforsował drzwi, pojawił się w sekretariacie z wielką awanturą, z jakimś wyciągniętym zwitkiem papierów jednej kartki, na której było kilkanaście adresów i na której było napisane "moje dobra w Warszawie" lub " moje nieruchomości w Warszawie" - relacjonowała. Przyznała, że podczas tego spotkania Marek M. żądał wydania kamienic z listy.

"Jakby z salonów z Paryża"

Jak mówiła, podczas pierwszego spotkania potraktowała Marka M. "jako człowieka, któremu należy podać wody, uspokoić, że sprawy jego zostaną zbadane".

Z kolei na drugie spotkać Marek M. przybył, jako "bywalec salonów", "jakby z salonów z Paryża". Jak przyznała, przyszedł z tym samym dokumentem, ale - jak dodała - "mniej zmiętym". Na liście, według Jakubiak, znajdowało się kilkanaście adresów, w tym kamienica przy ulicy Pięknej czy Pałac Karasia.

Świadek powiedziała, że po spotkaniach z M. zastanawiała się, czy to nie jest próba wyłudzenia mieszkań od starszych osób za zaległości czynszowe. Oceniła po tych działaniach Marka M., jako "hochsztaplera".

Jakubiak przyznała, że Lech Kaczyński zarządził ówczesnemu wiceprezydentowi Robertowi Drabie, który zajmował się w ratuszu nieruchomościami, aby relacjonował mu sprawy reprywatyzacyjne. "To były sprawy dla niego kluczowe i zwrot majątku był dla prezydenta kluczową sprawą" - mówiła. Takie spotkania często odbywały się po godzinach pracy urzędu miasta. Każda z decyzji - według świadek - była czytana przez wiceprezydenta, a wybrane analizowane dodatkowo przez prezydenta Kaczyńskiego.

Zalażek ustawy reprywatyzacyjnej

Wiceprzewodniczący Sebastian Kaleta przytoczył środowy wpis prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz, która na jednym z mediów społecznościowych przytoczyła liczby, według których ona nie podpisała żadnej decyzji zwrotowej, a jej poprzednik - Lech Kaczyński podpisał ich 22. Kaleta spytał w tym kontekście, dlaczego Lech Kaczyński decydował w sprawie konkretnych decyzji reprywatyzacyjnych. Jakubiak odpowiedziała, że "prezydent nie bał się odpowiedzialności" i "bardzo wiele decyzji podejmował osobiście".

"Obywatele mają prawo żądać od prezydenta odpowiedzialności za podejmowane decyzje. Jeśli tę decyzję mają być podejmowane wyłącznie przez urzędników, to całkowicie zbędne są wybory, wiceprezydenci, osoby nadzorujące" - dodała.

Przyznała, że prezydent nie narzucał tempa ws. wydawania decyzji reprywatyzacyjnych.

Jakubiak przypomniała, że w ratuszu został sporządzony projekt rozwiązań, aktów prawnych dot. zagadnień reprywatyzacyjnych, "jakiś kształt ustawy reprywatyzacyjnej". Przyznała, że Hannie Gronkiewicz-Waltz mogła mieć świadomość istnienia tego dokumentu, bo jedną z osób konsultujących był b. dyrektor Biura Gospodarki Nieruchomościami Marcina Bajko, który pracował w BGN zarówno za czasów Lecha Kaczyńskiego, jak i Hanny Gronkiewicz-Waltz.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje