Reklama

Reklama

"Zguby" czekają na pasażerów

Parasolki, portfele, zegarki, telefony komórkowe, plecaki czy kurtki - takie rzeczy gubią w autobusach białostoczanie. Gubią, ale chyba nie próbują potem znaleźć, bo spółki komunikacyjne w Białymstoku mają w szafach wiele przedmiotów, po które nikt się nie zgłasza.

Drugie życie pozostawionych przez białostoczan w autobusach rzeczy toczy się w dyspozytorniach i tzw. biurach rzeczy znalezionych miejskich spółek komunikacyjnych. W Białymstoku komunikację miejską obsługują trzy spółki komunalne i każda z nich ma specjalne miejsce, w którym przechowuje "zguby" pasażerów autobusów.

Reklama

Po niektóre z pozostawionych w autobusach rzeczy ludzie dzwonią do dyspozytorów (ich numery telefonów są np. na rozkładach jazdy) jeszcze tego samego dnia, od razu kiedy zauważą stratę.

Wtedy zgubę szybko odbierają bezpośrednio u nich. A są to rzeczy przeróżne, choć może mało oryginalne: od dokumentów, portfeli, dziecięcych bucików czy rękawiczek, po parasolki, telefony komórkowe, zegarki, a nawet plecaki, torby czy kurtki.

Dyspozytorzy różnią się w ocenie, czy jednak pasażerowie są bardziej uważni i rzadziej gubią swoje rzeczy w autobusach, czy może współpasażerowie je zabierają, bo tych do kierowców trafia obecnie mniej, niż kiedyś.

- A jeśli już coś zostawią w autobusie, to uszkodzone i byle jakie parasolki, pojedyncze buciki dziecięce, klucze, czasem trafi się torba z byle jaką zawartością, ale tak, to nic poważnego - powiedział Krzysztof Wysocki, jeden z dyspozytorów z Komunalnego Zakładu Komunikacyjnego. Tutaj znalezione w autobusach przedmioty trafiają do centrali spółki.

Dyspozytor Anatol Olesik z Komunalnego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego zwrócił uwagę, że to, jakie rzeczy zostawiają pasażerowie, zależy również od pory roku. - W okresie jesienno-zimowym jest więcej parasolek, czapek czy rękawiczek, w letnim np. okularów przeciwsłonecznych - dodał dyspozytor.

W tej spółce znalezione rzeczy najpierw leżą kilka dni na biurku dyspozytora, żeby ten mógł od razu powiedzieć, jeśli ktoś zadzwoni w takiej sprawie, czy zguba jest. Dopiero później trafiają do specjalnej "skrytki" w centrali firmy.

Inaczej jest w Komunalnym Przedsiębiorstwie Komunikacji Miejskiej, gdzie w biurze znajduje się specjalna szafa ze znalezionymi rzeczami. Obecnie przechowywane są tam w większości telefony komórkowe, portfele i plecaki. - Niektórzy godzą się ze stratą i dlatego szafa ciągle jest pełna - powiedział dyspozytor tego przewoźnika.

Jednak, co jakiś czas, szafa jest opróżniana, by zrobić miejsce na kolejne zguby. Do kosza trafiają wtedy rzeczy mniej wartościowe, np. stare plecaki, okulary czy rękawiczki. Rzeczy cenniejsze, jak telefony komórkowe i zegarki, "zimują" nadal w szafie. Dyspozytor dodał, że niektóre telefony leżą w szafie nawet po kilka lat.

Józef Popławski, zastępca kierownika wydziału eksploatacji w Komunalnym Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym, który zajmuje się znalezionymi rzeczami, powiedział, że rzeczy nie są przez nich katalogowane, dlatego trudno określić, ile ich przechowują.

Dodał, że np. rękawiczki czy czapki przechowywane są w dyspozytorni przez miesiąc. Jeśli są to dokumenty, to do właściciela wysyłana jest pisemna informacja o znalezionym dokumencie lub informowany jest on o tym telefonicznie.

Popławski podkreślił, że inaczej jest ze znalezionymi telefonami komórkowymi - najpierw wpisywane są do dziennego raportu w dyspozytorni oraz przyklejana jest do nich kartka z informacją, kiedy i gdzie zostały znalezione.

Następnie pracownicy starają się ustalić właściciela telefonu, dzwoniąc pod różne numery z książki telefonicznej aparatu. Jeśli nie uda się znaleźć właściciela, telefony trzymane są w "schowku" z rzeczami zgubionymi.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy