Reklama

Reklama

Podlaskie. Uchodźcy z Iraku przedarli się do Polski dziewiąty raz. Rodzina z 4-miesięcznym dzieckiem

W Puszczy Białowieskiej niedaleko Narewki aktywiści znaleźli rodzinę Irakijczyków, która dziewiąty raz przedarła się do Polski. Twierdzą, że poprzednio za każdym razem byli wypychani z powrotem na Białoruś. Uchodźcy z małymi dziećmi i niepełnosprawną starszą kobietą koczowali od kilkunastu dni w lesie. Obcokrajowców, którzy wystąpili o azyl w Polsce, zabrali funkcjonariusze Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej.

W lasach w pobliżu Narewki w Puszczy Białowieskiej w woj. podlaskim reporterka Polsat News Ewa Pajuro natknęła się na grupę uchodźców z Iraku. W kilkunastoosobowej grupie było co najmniej troje malutkich dzieci, kilkoro starszych oraz starsza kobieta i starszy mężczyzna. Uchodźcy mieli przedostać się przez granicę polsko-białoruską kilkanaście dni temu. 

Siedzieli całą grupą na ziemi w lesie

Grupa otrzymała pomoc od wolontariuszy organizacji pomocowej "Grupa Granica", m.in. koce Polskiego Czerwonego Krzyża. Dzieci otrzymały zabawki, dostarczona została żywność.

- To jest rodzina składająca się z kilku pokoleń. Najmłodsze dziecko ma cztery miesiące. Od 24 października aż do dzisiaj (wtorek - red.), czyli od kilkunastu dni mieszkają w lasach. Byli wielokrotnie przerzucani przez polskie służby za granicę z Białorusią, mimo że prosili Polskę o ochronę międzynarodową - powiedziała Polsat News Maria Złonkiewicz z inicjatywy "Chlebem i Solą", która działa w ramach "Grupy Granica".

Reklama

- Osiem razy byli przerzucani i wracali z powrotem na Białoruś, przerzucani przez ten drut kolczasty - powiedziała aktywistka reporterom. - Mam nadzieję, że teraz będą mogli już zostać i dzięki naszemu wsparciu, dzięki obecności mediów, ich prośby zostaną usłyszane i nie zostaną przepchnięci na Białoruś - powiedziała Złonkiewicz.

Mariusz Błaszczak: To nie była spokojna noc. Wiele prób przekroczenia granicy

- Rozmawiałem z ojcem tej rodziny, który mówił po arabsku. Oni uciekli z irackiego Kurdystanu, szukając schronienia w jakimkolwiek państwie, które zapewniłoby im bezpieczeństwo. Uciekają przed groźbami, jakie wysyłał im Daesz czyli Państwo Islamskie za to, że członkowie rodziny, jego brat, brat jego szwagra, walczyli przeciwko Państwu Islamskiemu. Z tego powodu stamtąd wyruszyli - powiedział Jakub Sypiański, tłumacz z języka arabskiego, który był na miejscu i pomagał uchodźcom.

- Mówią, że chcą starać się o ochronę w Polsce, w tym miejscu, które będzie dla nich bezpieczne - powiedziała Maria Złonkiewicz. Aktywistka przyznała, że z jej organizacją wiele osób kontaktuje się przez internet. Grupa z Iraku krążąca od wielu dni bez wody i jedzenia także zgłosiła się w ten sposób.

- Znaleźli się w pułapce. Prosili nas o pomoc humanitarną, ale pytali także jak wydostać się z tej pułapki, w której się znaleźli. Pytali, czy mogą wrócić do siebie, do domu, do Mińska, czy składać w Polsce wnioski o ochronę międzynarodową - tłumaczy Złonkiewicz.

Wezwali na miejsce Straż Graniczną

- Straż Graniczna bardzo długo odmawiała przyjazdu - powiedziała Złonkiewicz, która przed przyjazdem funkcjonariuszy wyjaśniała, że sytuacja uchodźców wymaga zabrania ich z lasu, bo jedna ze starszych kobiet nie jest w stanie samodzielnie chodzić, a czteromiesięczne dziecko powinno być w miejscu, gdzie jest ciepło, i w którym uchodźcy dostaliby jedzenie i będą się mogli wyspać.

Po przyjeździe funkcjonariusze Straży Granicznej zebrali od uchodźców dokumenty osobiste. Następnie wszyscy zostali zabrani z lasu razem z bagażami.

"Proszę o azyl w Polsce" - napisał jeden z uchodźców po angielsku na kartce papieru, którą pokazał Straży Granicznej. 

Na miejsce przyjechało także pogotowie ratunkowe. Pielęgniarz i ratownik medyczny zabrali starszą kobietę, która jest - jak ustaliła Straż Graniczna - niepełnosprawna. Została ona zabrana z lasu na płachcie transportowej.

Podlaskie. Dwie grupy migrantów przedarły się do Polski

Aktywiści powiedzieli, że rodzina skontaktowała się z ich organizacją za pośrednictwem dwóch napotkanych w lesie Syryjek, które miały ze sobą telefony komórkowe i wezwały pomoc. - Dotarliśmy z jedzeniem, piciem, suchymi i ciepłymi ubraniami - powiedział Jakub Sypiański. - Powiadomiliśmy o nich biuro rzecznika Praw Obywatelskich - dodał.

- Cały czas jest ryzyko, że zostaną z powrotem wypchnięci do lasu - powiedział Sypiański, który przypomniał, że to dziewiąty raz, kiedy rodzina jest po polskiej stronie granicy z Białorusią.

Aktywiści: Liczby cały czas rosną

- W rejonie jest bardzo dużo takich grup. W ciągu jednego tygodnia dostajemy prośbę o pomoc dla około 1500 osób - powiedziała Złonkiewicz. - Te liczby cały czas rosną. W zależności od ruchów, jakie odbywają po stronie białoruskiej, prośby o pomoc są przysyłane z różnych miejsc - wyjaśniła.

Według aktywistów uchodźcy są zmęczenie warunkami, które napotkali w przygranicznych lasach i sytuacją w jakiej się znaleźli. - Duża część z tych ludzi wolałaby już wrócić do swoich krajów - poinformowała.

- Nie są na te warunki przygotowani ani psychicznie, ani logistycznie. Nie spodziewają się , że sytuacja będzie tak zła. Mówią nam, że są trochę ostrzegani, że będzie ciężko. Ale za każdym razem, gdy tu docierają, są zszokowani, jak bardzo jest źle, jak jest zimno w nocy. Nie spodziewali się też, że będą tak źle traktowani przez białoruskie i polskie służby, że będą musieli spędzać dni bez jedzenia, kiedy ich dzieci dostają tylko po jednym biszkopcie na dzień - powiedział Jakub Sypiański.

Tłumacz, który działa w organizacjach pomagających na granicy polsko-białoruskiej przypomniał historię czterech uchodźców z Syrii, którzy przed kilkoma tygodniami zostali przerzuceni z powrotem na Białoruś, mimo że znaleźli się w polskim szpitalu.

Dziennikarze niewpuszczani do strefy przy granicy. Deklaracja szefa BBN

- Czwórkę chłopaków z Syrii, którzy uciekli przed wojną, uratowaliśmy z lasu, gdzie byli kilka dni bez jedzenia i picia. Noce spędzali po piersi w bagnie. Po pobiciu przez służby białoruskie trafili do szpitala. Wracałem do domu, myśląc, że komuś pomogłem, a następnego dnia dostaliśmy wiadomość, że zostali zabrani przez Straż Graniczną i wyrzuceni z powrotem na Białoruś. To był dla mnie ogromny cios - powiedział Sypiański.

- Trzy tygodnie temu spotkaliśmy ich znowu. Tym razem udało nam się uzyskać dla nich decyzję Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, która zobowiązuje polskie władze do zapewnienia im bezpieczeństwa na okres miesiąca. Liczymy, że ta decyzja będzie respektowana - powiedział Sypiański.

Prawie 600 prób przekroczenia granicy

W ciągu minionej doby miało miejsce 599 prób nielegalnego przekroczenia granicy - poinformowała Straż Graniczna w środę rano. "Zatrzymanych zostało dziewięć osób" - podano. Zatrzymani to 5 Libańczyków, 3 Irakijczyków, i jedna osoba z Syrii. Wobec 48 osób zostały wydane postanowienia o opuszczeniu Polski. Za pomocnictwo Straż Graniczna zatrzymała trzy osoby - Rosjanina, Szweda i Litwina.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne