Reklama

Reklama

Styl życia i pomysł na biznes

Nazywa się je różnie. Od dumnie brzmiących second-handów poprzez grzebalce, szperaczki, bidulki, a nawet szmatriksy. Kiedyś były to sklepy śmierdzące lizolem, w których walały się stosy używanych ubrań, a kupowali tam tylko najbiedniejsi. Dzisiaj ciucholandy przeżywają prawdziwy renesans. Także w Stalowej Woli.

Jest czwartek, 8 rano. Tłum kłębi się niecierpliwie. Ktoś komuś nadepnął na stopę, ktoś inny wsadził sąsiadowi łokieć pod żebra. Każdy chce być bliżej drzwi. Cotygodniowa scena rodem z PRL-u, ale tym razem to nie papier toaletowy jest przedmiotem pożądania. Już za godzinę otworzą się tu wrota do lepszego świata, czyli...ciucholandu, gdzie jest nowa dostawa.

Reklama

- Mamy tak w każdy tydzień. Ludzie mało nie wywalą drzwi z futryny - mówi sprzedawczyni w jednym z największych lumpeksów w Stalowej Woli.

Mocne łokcie i dreszczyk emocji

Pobyt w second-handzie zaczyna się nerwowo. Rozglądając się pobieżnie, widzimy tylko hałdy kolorowych materiałów, stosy ciuchów na wagę albo "wszystko za 5 złotych". Jak się w tym połapać? Obok ciuchy na wieszakach (czyli droższe), przypominają ubrania z "normalnego sklepu".

- Ale koneserzy nie biorą ubrań "z wieszaka" - zdradza 22-letnia Weronika ze Stalowej Woli, na co dzień studentka politologii na lubelskim UMCS-ie. Mówi o sobie "szperaczka". - Lubię ten moment, kiedy zanurzam ręce w pudle i na przykład znajduję spodnie niedostępnej na polskim rynku firmy GAP.

W Stalowej Woli co rusz słychać o tym, że otwierają nowy secondhand. Co sprawiło, że ludzie masowo rzucili się na sklepy z używaną odzieżą? - Ja akurat mam po prostu takie hobby: chodzić, szperać, przerzucać wieszaki. To już chyba uzależnienie. Jestem w ciucholandzie kilka razy w tygodniu. Za każdym razem wracam z naręczem ubrań. Ale to zakupy czasochłonne. Czasem trzeba przerzucić tonę ciuchów, zanim wyhaczy się coś fajnego - opowiada 22-latka. W sklepach z używaną odzieżą zaopatrują się także jej mama i siostra. Bynajmniej nie z braku pieniędzy.

- Wczoraj moja mama wróciła z ciucholandu z siniakiem. Jakieś babsko chciało wyrwać jej spodnie. Czasem na takich zakupach dobrze mieć mocne łokcie - opowiada dziewczyna. Weronika oczywiście ma swoje ulubione sklepy.

Od kiedy chodzenie "na ciuchy" zrobiło się modne, są sklepy, w których sprzedaje się rzeczy w zasadzie w tej samej cenie, co w "normalnym sklepie". - Studiuję w Lublinie, więc mam porównanie między ciucholandami. Tam jest o niebo taniej. Ceny ubrań wahają się od 2 do 15 złotych maksymalnie. Nasze miasto bardziej się ceni. Średnio trzeba wydać na ciuch 20 złotych. Sporo, jak na rzecz używaną.

Ciuchowa hierarchia

W handlu używanymi rzeczami jest nawet "ciuchowa hierarchia".

"Przyziemną" prezentują sprzedawcy, których towar rozłożony jest na ziemi, na folii. Ubrania są wymieszane, trzeba dużo cierpliwości, żeby wygrzebać coś fajnego, ale dużym plusem jest cena ubrań: od złotówki w górę.

Następny jest poziom "śródziemny": czyli stoły i kosze. Tu ubrania są już bardziej wyselekcjonowane, większość nadaje się do noszenia. Ale rośnie też cena ubrań. Za lepszą bluzkę trzeba zapłacić nawet 30 złotych - niewielka różnica między nową.

Poziom "nadziemny" to wieszaki: tu ciuchy są z reguły posegregowane, spodnie do spodni, a nawet kolor do koloru.

Znikają za to różnice klasowe między ludźmi, bo w "ciuchaczach" przebierają nie tylko ci, którzy liczą się z pieniędzmi.

Pani Małgorzata pracuje na co dzień w międzynarodowej firmie w Janowie Lubelskim. Średnio zarabia 4 tysiące złotych miesięcznie. Nie obnosi się z tym, że ubiera się na ciuchach, ale i nie kryje. A do białej gorączki doprowadzają ją ludzie, którzy śmieją się z tych, co robią zakupy w ciuchlandach. - Kto się śmieje? Ludzie, którzy nigdy nie byli w "lumpie" z prawdziwego zdarzenia. Ja jestem w takim sklepie bardzo często, mam dziesiątki markowych rzeczy w domu, większość jest nowa. A ludzie z nosem wysoko kupują oryginalne rzeczy w sklepach za setki złotych. To tacy się frajerują. Ja mam to samo za grosze - przekonuje. Jej najcenniejsza zdobycz upolowana w "ciuchaczu" to brązowa wieczorowa sukienka. Za 5 złotych. - Prawdziwa perełka - mówi z dumą.

Kto szuka, ten znajdzie

Jaki jest przepis na udane zakupy? - Dużo fantazji, parę groszy i trochę czasu - wymienia jednym tchem Weronika. - No i jest mnóstwo sposobów na to, jak szukać, żeby znaleźć - dodaje i zaczyna wyliczać: - Wytrawni szperacze potrafią przerzucać wieszak po wieszaku w tempie karabinu maszynowego. Najczęściej łapie się rzecz, której kolor się spodoba, bo w gąszczu wieszaków trudno najpierw ocenić fason - zdradza.

Według niej po sposobie, w jaki ktoś szuka ubrań, można określić, czy wpadł na zakupy tylko dla swoich potrzeb, czy kupuje ubrania na interes. - Właściciele takich mniejszych sklepików są najgorsi. Najbardziej rozpychają się przy wejściu, najszybciej biegną do wieszaków i biorą od razu stertę ubrań, nie patrząc nawet, co tam jest. Potem w jakimś kącie przeglądają, co się nadaje do kupna. Zwykle działają w większych grupach. Jedna osoba siedzi i pilnuje "łowów", a reszta donosi nowe zdobycze - opowiada.

Dorób do pensji - idź do lumpeksu

- Są tacy, którzy ustawiają się w kolejce na 2 godziny przed otwarciem sklepu, by potem przejść do szturmu na ciuchy, wyrywając je sobie z rąk. Z tego, co wiem, wystawiają je potem na Allegro i całkiem nieźle na tym zarabiają. Moja kuzynka też tak robiła. Potrafiła wyciągnąć z tego interesu nawet 1500 złotych w dobrym miesiącu. Ona akurat dorabiała tylko do pensji, ale przecież są tacy, którzy tylko z tego żyją - mówi Weronika.

Determinacji kupujących dziwi się sprzedawczyni w jednym z większych ciucholandów Stalowej Woli. - Wie pani, czasem naprawdę aż łapię się tu za głowę, jak widzę, co ludzie są w stanie zrobić dla kawałka szmatki - mówi ekspedientka. Przez kilka miesięcy swojej pracy widziała już niejedno.

- Na przykład jak facet - tak tak, oni też do nas przychodzą - złapał kobietę za gardło i przyparł do ściany, bo równocześnie z nim złapała jakieś spodnie i nie chciała mu ich oddać. Szef musiał interweniować, bo polałaby się krew - do tej pory na to wspomnienie kręci z niedowierzaniem głową.

Normą są kłótnie i wydzieranie sobie ubrań. - Czasem nawet jedna pani drugą panią potraktuje koszykiem - śmieje się. Sprzedawczyni przyznaje, że ludzie w ogóle się tu specyficznie zachowują. - Wyzbywają się wstydu! No, bo proszę sobie wyobrazić: sklep jest pełen obcych ludzi, a tu nagle jakaś pani, nie zważając na nikogo dookoła, ściąga spodnie i w samych gatkach leci do lustra, bo chce przymierzyć nową parę. A najzabawniejsze jest to, że faktycznie nikt nie zwraca na nią uwagi - opowiada ekspedientka.

A może to ciuchy po nieboszczykach?

Mimo oczywistych plusów taniego ubierania się, nie brakuje oponentów takich zakupów. - Ohyda. Po pierwsze: w takich sklepach śmierdzi. Po drugie: to niehigieniczne, skąd mogę wiedzieć, kto nosił to ubranie przede mną? Słyszałam, że są specjalne firmy, które robią czystki w mieszkaniach nieboszczyków, a potem takie rzeczy trafiają do naszych ciucholandów. I ja miałabym w tym chodzić? - mówi 30-letnia Iwona.

A co, jeśli jej nie stać na kupno swetra za 100 złotych? - To czekam, aż będzie mnie stać. Ale do ciucholandu nie pójdę - podkreśla. Nie zgadza się z nią Weronika. - Mam w domu takie fajne urządzenie. Stoi w łazience i nazywa się pralka. W normalnym sklepie też nie wiadomo, kto przymierzał ciuch przede mną. A co z tego, że robią czystki w domu po czyjejś śmierci? O ile nie ściągają ubrań z trupów jest mi obojętne, kto je wcześniej nosił.

Malwina Stefaniak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje