Reklama

Reklama

Strażacy nie mieli czym gasić

Piorun, który uderzył w gospodarstwo w Pogwizdowie, w powiecie łańcuckim, spowodował ogromne straty, a przy okazji ujawnił niemoc miejscowej straży pożarnej. - Zachowanie strażaków to skandal. Byli w ogóle nieprzygotowani do gaszenia pożaru - denerwuje się Dorota Gołojuch, mieszkanka tej miejscowości.

Grażyna Drozd ratując psa uwiązanego przy objętym ogniem drewnianym budynku, prawdopodobnie uratowała i siebie. Zajęła się bowiem wyjącym ze strachu czworonogiem, zamiast stojącym w garażu samochodem, który chwilę później eksplodował.

Reklama

- Córka zauważyła, że w pobliżu buchnął olbrzymi ogień. Spojrzałem i pomyślałem, że to w okolicy, gdzie mieszka moja mama z siostrą i jej córką. Natychmiast zadzwoniłem do nich. Usłyszałem płaczącą Mariolę, moją chrześnicę, która krzyczała: "palimy się!". Natychmiast ruszyłem na miejsce - wspomina Stanisław Gołojuch.

Gdy dotarł do płonącego gospodarstwa, stodoła stała cała w ogniu. Płomienie buchały w powietrze, a w odległym o kilkanaście metrów była 80-letnia kobieta i 24-letnia chrześnica pana Stanisława. Cała rodzina czekała na pomoc. Wszystkie trzy kobiety trafiły do szpitala w Łańcucie.

Pani Grażyna z poparzeniami nóg i rąk, mama i córka z objawami zatrucia dymem. Na szczęście życiu i zdrowiu pogorzelców nie zagraża niebezpieczeństwo. Mimo kilkunastu godzin od ugaszenia pożaru, w całej okolicy czuć swąd, w domu trudno wytrzymać.

Hydrant nieczynny, pompa zepsuta

Najbliżsi poszkodowanych w pożarze aż trzęsą się z nerwów, nie tyle na wspomnienie dramatu, ile popisu nieudolności i nieprzygotowania miejscowych strażaków z pobliskiej remizy.

- Gdy przyjechali na miejsce, okazało się, że nie mają jak gasić. Hydrant jest nieczynny, bo ktoś kiedyś uznał, że skoro obok jest staw, to nie ma takiej potrzeby. Ale nie było jak czerpać wody, bo strażacy nie mieli pompy! Stali, przyglądali się i robili zdjęcia z komórek! - denerwuje się małżonka pana Stanisława, Dorota, twierdząc, że gdyby pomoc była skuteczna, to straty byłyby mniejsze.

Wszystko spłonęło

Skuteczne gaszenie rozpoczęło się dopiero po dojeździe straży z Łańcuta. Ogień to przygasał, to znów buchał. Akcja trwała kilka godzin. Ze stodoły, w której znajdowało się siano, meble, sprzęt rolniczy, nie pozostało nic poza zgliszczami.

Z drewnianego wozu pozostały felgi i dyszel, z rzadko używanego samochodu wypalony szkielet. W starym budynku stojącym obok od gorąca popękały szyby. W ostatniej chwili udało się uratować ciągnik.

Szczęściem w nieszczęściu był kierunek wiatru. Gdyby wiał odwrotnie, spłonęłoby kilka sąsiednich gospodarstw niemal przylegających do siebie. Wokół są drewniane stodoły, stajnia, kilka drewnianych budynków mieszkalnych.

Szymon Jakubowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne