Reklama

Reklama

Śmierć lub życie za 40 centymetrów

Najpierw poszło o granicę dwóch posiadłości. O czterdzieści centymetrów. Te czterdzieści centymetrów doprowadziły do sporu na śmierć i życie. Sprawa ciągnie się piętnaście lat i końca nie widać.

Na dniach trafi przypuszczalnie do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Strasburgu. Miejsce akcji: Jaślany, gmina Tuszów Narodowy w powiecie mieleckim, działki o numerach 1488 i 1487.

Reklama

Zaangażowani: dziesiątki osób, począwszy od właścicieli i ich spadkobierców, starostwo, inspektoraty nadzoru budowlanego wszystkich szczebli, poprzez sądy administracyjne, włącznie z NSA, poprzez prokuraturę, policję i Ministerstwo Sprawiedliwości, na mieszkańcach wsi skończywszy.

Zofia M. - właścicielka działki 1487 obiecuje, że prędzej krzyżem na granicy się położy, aniżeli dopuści do postawienia płotu. Stawianie tego płotu, a konkretnie - solidnego, betonowego ogrodzenia miało się rozpocząć wczoraj. I rozpoczęło się. Tyle, że został postawiony tylko jeden słup, a gdyby nie policjanci z Tuszowa Narodowego, pewnie doszłoby do mordobicia.

Która mapka jest fałszywa?

Mam przed nosem kilka mapek z wyrysowaną linią graniczną pomiędzy działkami. Te linie różnią się od siebie dość zasadniczo i to właśnie one stanowią kość sąsiedzkiej niezgody. Podzieliły też mieszkańców wsi.

Według jednych granicę stanowi, patrząc od strony drogi, stary słupek ogrodzeniowy, a od niego, w linii prostej, rogi i ściana budynku mieszkalnego numer 267, który został wybudowany w granicy, potem wyznacza ją metalowy pręt przy ścianie budynków gospodarczych, później biegnie znów po linii prostej - do stodół. Stodoły są bliźniacze, więc ich ściany środkowe stanowią naturalną granicę. Tak powinno być według Bolesława P. zamieszkującego dom numer 269, dwóch geodetów Jana S. i Stanisława M., kierownika byłego Urzędu Rejonowego w Mielcu, byłego Wojewody Rzeszowskiego i według Naczelnego Sądu Administracyjnego oraz części mieszkańców Jaślan.

19 maja 2005 roku z Wydziału Geodezji i Gospodarki Gruntami Starostwa Powiatowego w Mielcu Bolesław P. otrzymuje pismo następującej treści: "Zawiadamiamy uprzejmie, że granica pomiędzy działkami 1488 i 1487, położonymi we wsi Jaślany wykazana jest w mapach, zgodnie z operatem rozgraniczeniowym. Jest także zgodna z granicą wznowioną przez geodetę uprawnionego Stanisława M. i protokołem wznowienia granicy. Dyrektor Stanisław Adamczyk".

Z innej mapki, na którą powołuje się między innymi właścicielka sąsiedniego domu o numerze 267 Zofia M. oraz jej syn Stanisław M., wynika, że granica oddalona jest od ich domu o 40 centymetrów, w dwóch kolejnych punktach o 50 i w jednym o 150 centymetrów.

W praktyce oznacza to zmniejszenie odległości pomiędzy sąsiadującymi domami do 3 metrów 60 centymetrów, która to odległość stanowi jedyny podjazd z drogi pod dom nr 269. Na policję i do mieleckiej prokuratury trafiło zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa polegającego na sfałszowaniu tej mapy. Do dzisiaj nie ma w tej sprawie odpowiedzi. Tymczasem, tą właśnie dyskusyjną mapą od czterech lat posługuje się jako wiarygodną Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Mielcu, Józef Bryl.

Czy to była samowola budowlana?

Cztery lata temu rozpętała się prawdziwa lawina wzajemnych oskarżeń. W odpowiedzi na wniosek Bolesława P., jednego ze spadkobierców działki 1487, Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego w Mielcu, 14 lipca 2004 roku przeprowadził kontrolę legalności robót remontowych przy dachu budynku na działce 1488.

Józef Bryl podpisuje pismo, w którym czytamy między innymi: "Celem określenia granicy między działkami, PINB zwrócił się do Wydziału Geodezji i Gospodarki Gruntami Starostwa Powiatowego w Mielcu o wykonanie i przesłanie mapy zasadniczej oraz mapy ewidencji gruntów wraz z wypisami właścicieli działki 1488 oraz działek sąsiednich. Po uzyskaniu powyższych dokumentów, na podstawie kopii mapy zasadniczej stwierdzam, że budynek mieszkalny Stanisława M. położony jest w odległości minimum 40 cm od granicy z działką 1487, zatem wysunięty około 30 cm gzyms budynku w kierunku działki 1487 plus rynna nie naruszają granicy działek, a wody opadowe z dachu rurami spustowymi odprowadzane są na działkę Stanisława M."

W niespełna rok później Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego wydaje decyzję numer 5, którą umarza postępowanie wobec Stanisława M., podając w uzasadnieniu mniej więcej te same argumenty. Końcem maja 2005 roku zostaje też umorzone policyjne dochodzenie w tej sprawie. Ani w powiatowej komendzie policji, ani w mieleckiej prokuraturze rejonowej nie dopatrzono się w niej znamion czynu zabronionego. Świadczyłoby to o tym, że żadnej samowoli budowlanej nie było. Czy na pewno?

Do ponownego rozpatrzenia

Podkarpacki Wojewódzki Inspektor Nadzoru Budowlanego, Ryszard Witek, sprawę wymiany pokrycia dachu widzi inaczej. Postanawia uchylić zaskarżoną decyzję inspektora powiatowego w Mielcu i przekazać sprawę do ponownego rozpatrzenia przez organ I instancji.

W uzasadnieniu pisze: "(...) PINB w Mielcu ustalił, że roboty związane ze zmianą pokrycia dachu inwestor wykonał na podstawie zgłoszenia, lecz w aktach sprawy nie zgromadził dokumentów, które potwierdzałyby, że prace zostały wykonane zgodnie z tym zgłoszeniem. W materiale dowodowym brak jest wyjaśnień dotyczących wszystkich okoliczności realizacji robót, jak na przykład takich, czy inwestor nie dokonywał zmiany konstrukcji dachu...".

I tak dalej. I tym podobnie. Odbijanie piłeczki trwa. Od grudnia 2007 roku brat Bolesława P. Stanisław zaczyna słać nie kończące się skargi, gdzie tylko się da. Większość z nich pozostaje bez odpowiedzi. Urzędników drażni jego bezkompromisowość i nazywanie czynów po imieniu. Padają tam słowa: kłamstwo, samowola, korupcja.

Próbuje te słowa udowodnić, aczkolwiek twierdzi, że od wymierzania sprawiedliwości są odpowiednio do tego powołane organy. Stanisław P. w rodzimą sprawiedliwość już nie wierzy i dlatego postanowił zwrócić się do Strasburga. Zapytany, czy nie można było tych wszystkich kłopotów uniknąć, dogadując się z sąsiadami, odpowiada: Z nimi nie da się dogadać, a ogrodzenie i tak postawimy, bo jesteśmy na prawie, a jak im oddamy te 40 centymetrów, to nawet przejazdu nie będzie należytego, to czemu mamy im oddawać. Wystarczy tego, że ojciec zgodził im się na postawienie domu w granicy.

Ogrodzenia nie będzie?

Wzdłuż granicy i na podwórku od dawna zgromadzone są betonowe słupy i płyty na budowę ogrodzenia. Sąsiad ogrodzenia nie pozwoli stawiać. Dojścia broni jego matka z różańcem w ręku, tak mówią niektórzy we wsi. Wcześniej bronił granicy jej mąż, za którego śmierć kobieta obciąża sąsiada obok.

Chcę porozmawiać, tym bardziej, że podobne zarzuty słyszę już na progu domu numer 167. Zapłakana i roztrzęsiona kobieta w średnim wieku oraz druga, znacznie młodsza, nie chcą rozmawiać z żadnym dziennikarzem, a tym bardziej płci żeńskiej, bo zawiodły się na jednej, tutaj pada imię i nazwisko, co już kiedyś pisała o nich. Inni we wsi też nie za bardzo chcą gadać, bo nikt nie chce narażać się na przesłuchania, a że te są pewne, nikt nie ukrywa.

Ta wojna nie jest ich i oni chcą mieć święty spokój. Tak myślą niektórzy w Jaślanach. Pytałam zresztą niewielu. Za komentarz wystarczyła mi flaga powiewająca na metalowym słupie, a pod nią tablica ze starymi mapami, według których wynika, że granica zaczyna się od starego słupka obok. We wsi dowiaduję się tylko tyle, że parę lat temu w tym miejscu był wkopany słup betonowy pod nowe ogrodzenie, ale wydarł go własnymi rękami mąż kobiety, z którą usiłowałam porozmawiać. Innym razem, podczas kolejnej kłótni sąsiedzkiej, mężczyzna dostał w głowę drewnem, które odbiło z cyrkulatki, po czym dostał zawału.

O jego sąsiedzie z kolei mówi się, że cała ta wojna go "znerwicowała i wykosztowała", a że żyje w nędzy, to pasowałoby mu jakąś kurę uchować. Kury czy kaczki, czy innego stworzenia nie da się uchować bez płotu, bo sąsiad, jak mu wejdzie na jego podwórko, zaraz sprawę sądową zrobi.

Policyjna interwencja

Wczoraj, przed południem, Bolesław P. zaczął stawiać pierwszy słup graniczny. Sąsiedzi, uprzedzeni, granicy już pilnowali. Gdyby nie szybka interwencja policjantów z Tuszowa Narodowego, doszłoby do mordobicia. Skończyło się na naruszeniu nietykalności osobistej - tak mówi aspirant Janusz Paterak, szef policyjnej grupy.

Sąsiad wsadził po prostu obutą nogę do dołka, w którym był już osadzony słup, na nogę poleciał cement z łopaty, a mało brakowało, że wylądowałaby tam też łopata. - Sprawę zdecydowanie powinien rozstrzygnąć mielecki sąd, w trybie postępowania cywilnego, na wniosek stron. Policja nie jest w stanie pomóc, apeluję o ugodę. Poinformowałem strony o możliwościach rozwiązania ich problemu.

Krystyna Turzeniecka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy