Reklama

Reklama

Ksiądz, który przelał sobie 2 mln zł z konta parafii: Sam się dorobiłem

Nie milkną echa sprawy, która ujrzała światło dzienne dzięki anonimowemu wpisowi w sieci. Nieznana osoba powiadomiła, że proboszcz parafii w Domostawie na Podkarpaciu przed odejściem na emeryturę przelał na swoje prywatne konto dwa miliony złotych z parafialnego rachunku bankowego. Teraz ksiądz tłumaczy: "Sam się dorobiłem". Parafianie mają jednak inne przypuszczenia.

O sprawie jest głośno od kilku dni. Wszystko zaczęło się od wpisu o znamiennej treści: "obudźcie się". Anonimowa osoba zaalarmowała na Facebooku, że przed odejściem na emeryturę ksiądz Stanisław Konik zrobił przelew na kwotę 2 mln zł - z konta parafii na swoje własne. Później tłumaczył, że to jego pieniądze, które przelał najpierw ze swojego konta, bo chciał przekazać je na zakup obligacji dla parafii. Kiedy stało się to niemożliwe, pieniądze przelał z powrotem na swoje konto.

Dwa postępowania w sprawie

W sprawie toczą się dwa postępowania. Pierwsze dotyczy samego przelewu. Prokuratura ma ustalić, czy doszło do przywłaszczenia mienia o znacznej wartości. Drugie zawiadomienie złożył sam ks. Konik, który domaga się sprawdzenia, kto włamał się na jego konto i pozyskał wyciągi z przelewów.

Reklama

"Sam się dorobiłem"

"Gazeta Wyborcza" opublikowała materiał, w którym poszukuje odpowiedzi, skąd ksiądz niewielkiej parafii posiadał 2 mln zł. - Sam się dorobiłem - mówi w rozmowie z gazetą ksiądz Konik.

I wymienia wszystkie inwestycje w swojej parafii, na które sam miał zarabiać. - Żeby cokolwiek zrobić, przez kilka lat jeździłem do Ameryki. Tam pracowałem jako ksiądz i dorabiałem na budowie - mówi duchowny. 

Jak tłumaczy, później rozpoczął działalność wydawniczą. - Poza tym to był czas, kiedy na akcjach czy obligacjach można było pomnażać pieniądze - dodaje. "GW" przypomina również, że ksiądz Konik przez lata był katechetą w szkole, a także wykładowcą w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Stalowej Woli.

Mieszkańcy: Był jak komornik

Mieszkańcy, z którymi rozmawiała autorka tekstu, nie są już tak pewni źródła, z którego mają pochodzić 2 mln zł. Wspominają, że proboszcz zarządzał parafią żelazną ręką i od każdego mieszkańca domagał się 100 zł rocznie. - Gdy w domu było dwoje rodziców, dwójka pracujących dzieci i babcia, musieli przekazać 500 złotych plus kwotę na kolędę. Nie było wyjątku. Płaciła i bogata i biedna rodzina. Jeśli kogoś nie było stać, proboszcz zapisywał w swoim kajeciku dług - opowiada gazecie jedna z osób mieszkających na terenie parafii. Do księdza przylgnęło określenie więc "komornik".

Co więcej, kiedy rodzina nie miała pieniędzy na składkę, ksiądz miał odmawiać udzielania sakramentów. - Wielu ma długi, przez które nie mogli pochować bliskich ani ochrzcić dzieci. Niedawno był pogrzeb i rodzina musiała uregulować 5 tysięcy złotych - wspomina kolejny mieszkaniec.

Ks. Konik odcina się od zarzutów. - Trzeba było dyscyplinować się wzajemnie, żeby stworzyć bazę materialną parafii, ale sakramentu nikomu nie odmówiłem - mówi gazecie. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy