Reklama

Reklama

Gdy za ścianą słychać płacz i krzyki...

Kto odpowiada za dramat katowanych kobiet i dzieci? Zobojętniali sąsiedzi czy nietaktownie interweniujący policjanci?

Jedna z kobiet doznawała przemocy w bloku przez kilkadziesiąt lat. Mąż strzelał do niej z broni gazowej. Kiedy udało jej się jakimś cudem uciec na klatkę schodową, to drewnianą pałą wganiał ją z powrotem do mieszkania. Nikt z sąsiadów nie zareagował...

Reklama

W ciągu roku mielecka policja zalicza średnio kilkaset interwencji domowych, gdzie w wielu wypadkach stwierdza przemoc zarówno fizyczną, jak i psychiczną.

Zjawisko przybiera na sile

- W 2007 r. odnotowaliśmy 1548 interwencji domowych, z czego w 366 przypadkach stwierdzono przemoc - podaje asp. sztab. Wiesław Kluk, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Mielcu. - Pokrzywdzonych było 685 osób, a sprawców przemocy domowej - 370, z czego pod wpływem alkoholu aż 356. Postępowań dotyczących znęcania się fizycznego i psychicznego, najczęściej nad członkami rodziny, naliczyliśmy 62 - dodaje.

- Sam byłem świadkiem, jak dyżurny naszej komendy odbierał telefon od zapłakanego dziecka - wspomina Wiesław Kluk. - Chłopczyk zdążył tylko wykrzyczeć do słuchawki, że tata bije mamę. Był w stresie, więc tylko tyle powiedział. Bardzo szybko ustaliliśmy, skąd był ten telefon. Sprawca został zatrzymany i osadzony w izbie wytrzeźwień.

Policyjne dane za następne lata wskazują, że w Mielcu jest to zjawisko przybierające na sile. - Być może to oznacza, że coraz więcej ofiar przemocy ma tego świadomość i szuka pomocy, że są do tego powołane instytucje - sugeruje policjant. - Zdajemy sobie sprawę, jak trudny jest to problem. Dlatego też ogromną wagę przykładamy do profilaktyki.

Już nastolatki są katowane przez swych chłopaków

Znamiennym przykładem jest dramat kobiety, która doznawała przemocy domowej przez... kilkadziesiąt lat. Sytuacja miała miejsce w bloku, gdzie sprawca strzelał do żony i dzieci z broni gazowej. Jeśli udało im się jakoś uciec na klatkę schodową, to za pomocą drewnianej maczugi wganiał ich z powrotem do mieszkania. Nikt z sąsiadów nie reagował. Wszyscy, jak jeden mąż, twierdzili, że nic nie widzieli i nie słyszeli.

Zresztą sprawa ta odbiła się szerokim echem w całej Polsce. Brutalność sprawcy była tak ogromna, że zaraz po zatrzymaniu zastosowano wobec niego areszt.

- Wyobraźmy sobie więc, jakie to musiało być bestialstwo - komentuje Kluk - a sąsiedzi na to pozwalali przez tyle lat. Sam mieszkam w bloku i słyszę, jak sąsiad chrapie, a co dopiero awantury, gdzie są krzyki i piski. Nie ma siły ludzkiej, żeby tego nie zauważyć.

Mundurowy twierdzi, że nierzadko spotyka się z sytuacjami, gdzie już nastolatka jest bita przez swojego chłopaka. I co gorsza, wszyscy o tym doskonale wiedzą, bo to ma miejsce na imprezach szkolnych, dyskotekach czy spotkaniach na osiedlach.

Miejcie cywilną odwagę

- Ten chłopak albo jest naćpany, pijany, albo po prostu zły i chce się na kimś wyładować - mówi Kluk. - Dla mnie jest to sytuacja niepojęta i bardzo patologiczna. Nie ma szans, żeby ten związek później funkcjonował normalnie. Najprawdopodobniej ta dziewczyna pochodzi z rodziny, gdzie również występowała przemoc domowa. Dlatego uznaje to za coś, z czym można się pogodzić. Takie, niestety, jest jej myślenie.

- Oczywiście, nie o wszystkich takich sytuacjach wiemy. Dlatego, jeżeli ktoś nie ma na tyle cywilnej odwagi, aby skontaktować się z nami bezpośrednio, to można informować nas anonimowo na wiele sposobów - przekonuje. - Jest telefon zaufania czy poczta elektroniczna.

Dajcie nam komfort i bezpieczeństwo

Tymczasem Ryszard Sieroń, przewodniczący Rady Osiedla Kopernika, twierdzi, że mieszkańcy, zgłaszając problem policji, są narażeni na wiele nieprzyjemności.

- Niech policja zrobi wszystko, aby oni nie byli piętnowani w klatce, bloku czy w środowisku. Najpierw są pretensje współmieszkańców, a potem przesłuchania, konfrontacje itd. Mówię o tym, bo przeżyłem to na własnej skórze. Kiedyś zgłosiłem policji, że jacyś młodzi ludzie porzucili auto na moim osiedlu. Powiedziałem, że szyby i bagażnik są otwarte. Prosiłem, żeby sprawdzili, czy może ten pojazd nie został skradziony - wspomina.

Mundurowi wyciągnęli notes, zapytali o moje nazwisko, adres zamieszkania, zajęcie itd. - bulwersuje się Sieroń. - Ja rozumiem, że są przepisy, ale policja, podczas współpracy, musi stwarzać nam komfort i bezpieczeństwo.

Nikt sobie nie zasłużył na bicie

Policjant przyznaje, że mieszkańcy wzywający mundurowych do awanturujących się sąsiadów są narażeni na takie konsekwencje. - Nie każdy lubi być przesłuchiwany - ironizuje. - Ale trzeba mieć odwagę. Jeden z moich znajomych powiedział mi, że jego awanturujący się sąsiad miał do niego pretensje za wezwanie policji. Ten mu odpowiedział "nie bij, ja nie będę zawiadamiał". Pomogło. Awantury się skończyły, bo człowiek informujący o nich miał odwagę.

- Młodzi ludzie mówią, że nie będą donosić - kontynuuje. - Z kolei dorośli, że to nie ich sprawa. A przecież przemoc domowa jest przestępstwem, które jest ścigane z urzędu, a więc jest to sprawa nas wszystkich. Staramy się wytłumaczyć to przede wszystkim młodzieży. Bo dorośli problem bagatelizują, nierzadko mówiąc, że katowane kobiety zasłużyły sobie na takie traktowanie.

Paweł Galek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama