Reklama

Reklama

Polacy sprawili Irańczykowi nową ciężarówkę. Może wrócić do domu

Irańczyk Fardin Kazemi, któremu na początku grudnia zepsuła się ciężarówka pod Częstochową, będzie mógł wreszcie wrócić nowym autem do domu. Dzięki zbiórce internetowej pomogło mu ponad 6000 osób. Jak mówi - o życzliwości Polaków, którzy przygarnęli go do siebie, gdy musiał koczować w zepsutym pojeździe, nie zapomni.

O sprawie napisała "Nowa Trybuna Opolska". W weekend właśnie w Opolu nowa ciężarówka, którą Irańczykowi sprawili Polacy, była jeszcze dokładnie sprawdzana.

Reklama

"Wygląda na to, że we wtorek wreszcie pojadę do domu" - mówi Fardin Kazemi. "Mam nowy samochód, bardzo dobry. Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim, którzy mi pomogli". 

Jak do tego doszło?

"Od lat interesuję się amerykańskimi ciężarówkami" - opowiada na łamach "nto" Bartłomiej Sołtys z Opola. "Mój znajomy, który prowadzi portal "40 ton" zadzwonił do mnie i powiedział, że na poboczu drogi pod Koziegłowami stoi stary amerykański wóz. Wczułem się w sytuację tego człowieka, który od paru dni był tam bez pomocy. Wziąłem busa, dwóch chłopaków,  podstawowe części i pojechałem mu pomóc. Naprawić się jednak nie udało. Jak pojawił się pomysł zbiórki w internecie, pomagałem ją nagłaśniać.

W sumie zareagowało w ten sposób 6300 osób. Dzięki nagłośnieniu sprawy udało się kupić auto i naczepę, a nowa ciężarówka jest nawet znacznie lepsza od tej, którą Fardin miał dotychczas.

Może spokojnie wracać do domu.

Gdy w grudniu, tuż przed świętami, rozmawiał z nim reporter "Dziennika Zachodniego", Irańczyk mówił, że jeździ po Europie od 27 lat, wcześniej odwiedzał też Polskę. Jak twierdził, dotychczas nie miał okazji poznać bliżej Polaków. "Teraz okazało się, że to wspaniali ludzie, a mnie trudno jest uwierzyć w ich pomoc".

Fardin mieszka w irańskim Khoy. Pracując jako kierowca, ma na utrzymaniu pięć osób - rodziców, żonę oraz dwójkę dzieci.

Na przełomie roku - również dzięki pieniądzom ze zbiórki - mógł do nich polecieć na kilka dni. Potem okazało się, że miał wracać 7 albo 8 stycznia. Ostatecznie bilet został kupiony na wcześniejszą datę (przez Wiedeń, a nie przez Kijów) i bardzo dobrze, bo w ten sposób najprawdopodobniej nie wsiadł do samolotu, który został zestrzelony, gdy na Bliskim Wschodzie doszło do wzrostu napięcia między Iranem i Stanami Zjednoczonymi.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje