Reklama

Reklama

Opole: Szpitalny oddział bez ratunku. 2-latek zmarł

- Mam wrażenie, że synek jest u cioci czy babci i zaraz do nas wróci. Jego zabawki i butelki są na swoim miejscu. Tylko jego nie ma - rozpacza ojciec dwuletniego Szymka, który zmarł - zdaniem rodziców - po zlekceważeniu go przez lekarzy ze szpitalnego oddziału ratunkowego. Oddziału, który przeznaczony jest właśnie do ratowania życia, gdzie pomoc powinna być udzielana natychmiastowo.

- Włożyliśmy tyle troski w wychowanie naszego aniołka. A szpital nam go odebrał. Pani doktor wszystko zlekceważyła. Być może myślała, że przyjechali szarzy, zwykli ludzie i mogą poczekać, co się stanie - mówi ojciec dwulatka, Andrzej Łosik.

Dziecko poczuło się źle w sobotę wieczorem. Chłopczyka bolał brzuch. Wystąpiły wymioty. Szymek był bardzo osłabiony. Rodzice przypuszczali, że to być może lekkie zatrucie, bo kilka godzin wcześniej zjadł winogrona. Dwanaście godzin później nastąpiło jednak dramatyczne pogorszenie. Dlatego państwo Łosik pojechali do Wojewódzkiego Centrum Medycznego w Opolu. - To jedyny oddział ratunkowy w mieście, gdzie zajmują się dziećmi - podkreśla ojciec Szymona. I relacjonuje przebieg wydarzeń: - Pan na recepcji zapytał, co dziecku jest. Powiedziałem: "Mokra główka. Usta, nos, bródka, rączki i nóżki zimne, a brzuszek wydęty. Dziecko jest ciepłe". Przyszła pani doktor i oznajmiła, że musimy czekać, bo ona kończy zmianę. Nawet nie spojrzała na dziecko. Około pół godziny później pobiegłem do recepcji. Ponaglałem. Mówiłem, że czekam z synem kilkadziesiąt minut, że jest nieprzytomny, potrzebuje natychmiastowej pomocy. Ratownik powiedział tylko, że mam mieć pretensje nie do niego, tylko do lekarzy.

Reklama

Rodzice z Szymonkiem czekali pod pokojem nr 15, gdzie miała ich przyjąć dyżurująca lekarka. Była niedziela, dzień świąteczny, nie było tłumów. Rafał Jabłoński, który w tym samym czasie ze swoją córką też czekał na przyjęcie, potwierdza, że Szymon bardzo źle wyglądał. - Chłopczyk był bardzo blady. Widać było, że potrzebuje natychmiastowej pomocy - mówi Jabłoński.

Przez godzinę nikt z personelu szpitala nie przebadał dziecka. Kilka minut po godzinie 21 chłopczyk stracił przytomność. Dopiero wtedy przewieziono go na oddział intensywnej terapii i rozpoczęła się walka o jego życie. - Żona nie chciała na to patrzeć. Ale ja widziałem, jak przebiegała reanimacja. Lekarz, który ratował synka, wkładał w to, co robił, dużo serca. Widziałem, jak mu adrenalinę wstrzykiwali. Jak pompowali serduszko. Ale nie udało się go uratować - płacze pan Andrzej.

Ordynator SOR-u opolskiego szpitala twierdzi, że chłopiec został zakwalifikowany jako pacjent "niepilny", czyli taki, który może czekać kilka godzin. Według niego, ratownik medyczny i lekarka ocenili stan chłopca jako dobry i ordynator nie widzi w ich pracy żadnych uchybień. - Lekarka "rzuciła okiem" i zobaczyła, że dziecko jest przytomne. Nic nie wskazywało, żeby trzeba było alarmować wszystkich lekarzy. To było dziecko z typowymi objawami: wymioty, biegunka. Takich dzieci przyjmujemy 5-10 dziennie. Znając dziś nieoficjalne wyniki sekcji zwłok, mogę powiedzieć, że prawdopodobnie szanse na uratowanie tego dziecka były żadne. Nawet gdyby otrzymało pomoc natychmiast, a nie po kilkunastu czy kilkudziesięciu minutach - mówi lek. med. Marek Dryja.

Prokuratorzy nie chcą mówić o wynikach sekcji. Śledczy czekają na opinię biegłego. - Prokurator będzie się chciał dowiedzieć, czy śmierci dziecka można było zapobiec, a jeżeli tak, to kto i w jaki sposób mógł to zrobić i czy postępowanie lekarzy ze szpitala było obarczone błędem - mówi Lidia Sieradzka z Prokuratury Okręgowej w Opolu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy