Reklama

Reklama

Zdążyć przed PiS-em

Śpieszę donieść, że PiS opanowało już nie tylko polskie służby specjalne, za pomocą których prowadzi "pełzający zamach stanu", nie tylko prokuraturę, podgryzającą na jego zlecenie fundamenty polskiej wolności, i nie tylko media, które "stworzyły modę na krytykowanie Platformy Obywatelskiej". Opanował także unijny urząd statystyczny Eurostat. Według bowiem najnowszych opublikowanych przez Eurostat danych, zadłużenie w Polsce ruszyło jak z kopyta i w maju (ostatnim miesiącu, którego te dane dotyczą) rosło w tempie 273 miliony złotych dziennie.

W pierwszym kwartale roku 2014 polski dług publiczny, liczony według metodologii unijnej, stanowił 48,6 proc. PKB a w I kwartale 2015 - 50,8 proc. A w 2014 wynosił tylko 48,6 proc. dlatego, że, jak pamiętamy, rząd wykradł z OFE i zniszczył znaczną część weksli swego czasu wystawionych obywatelom jako gwarancja ich emerytur; po prostu, nie ma żadnej przesady w tym stwierdzeniu, ukradł Polakom 150 miliardów złotych. Z raportu NIK wynika, że gdyby nie ta wielka kradzież przedsięwzięta przez PO i PSL, to już w tym roku trzeba by zgodnie z konstytucją ogłosić bankructwo państwa. Z danych unijnych natomiast - że co się odwlecze, to nie uciecze.

Tak wykorzystuje władza zdjęcie z Polski "procedury nadmiernego deficytu" - można się wreszcie zadłużać w większym niż dotąd tempie. Bank Światowy ogłosił właśnie wczoraj zgodę na udzielenie Polsce kolejnej pożyczki - 913 milionów euro. Na "poprawę warunków dla przedsiębiorczości i promowanie innowacyjności". Jak obecna władza za dotychczas wzięte pożyczki promowała innowacyjność i przedsiębiorczość, proszę spytać fachowców - choćby zerknąć w raport profesora Hausnera. W największym skrócie tak, że polska innowacyjność wygląda dużo gorzej, niż przed tym całym zalewem unijnych i pożyczonych pieniędzy, który pozwala się rządzącym tak bardzo szczycić danymi o wzroście PKB. Więc raczej nie sądzę, by władza teraz zmieniła nagle priorytety.  

Reklama

Zresztą, władza czuje, że jest na wylocie. Jej głównym problemem jest zapewnienie sobie miękkiego lądowania. Przy czym jest to problem niejako dwupłaszczyznowy: po pierwsze, zapewnić sobie razem, jako formacji, dość mandatów, aby w następnym Sejmie mogła blokować zmiany i rozliczenia oraz zapewniać swym prominentnym działaczom ochronę. Po drugie - nachapać się jeszcze każdy z osobna ile wlezie prywatnie. Te dwie potrzeby bywają sprzeczne, trzeba między nimi wybierać - a zwykle w takich wyborach obowiązuje zasada: "bliższa koszula ciału".

Weźmy taką sprawę, jak prywatyzacja spółki PKP "Energia". Jest to zupełnie bezczelny przekręt, dopychany teraz w pośpiechu, kolanem, z całkowitym lekceważeniem prawa i tzw. opinii publicznej. Spółka w ogóle nie powinna być sprzedawana, bo jest na urzędowej liście przedsiębiorstw o znaczeniu strategicznym. A jeśli już istnieje taka potrzeba, to pierwszeństwo przy jej zakupie mieć powinny z tego powodu polskie firmy energetyczne. Tymczasem ministerstwo faworyzuje spekulacyjny fundusz z Luksemburga (a mówiąc ściślej, utworzoną przez ten fundusz specjalnie na potrzeby transakcji w PKP spółkę-krzak z minimalnym ustawowym kapitałem własnym 5 tysięcy złotych). Tego typu fundusze kupują firmy nie po to, by je w portfelu trzymać, ale by sprzedać i zarobić. W miesiąc po transakcji firma, w której, poza wartym zrabowania majątkiem trwałym złożonym z placów i budynków jest także guzik do wyłączenia za jednym zamachem połowy polskiego transportu, może więc zostać odsprzedana, dajmy na to, któremu z oligarchów Putina.

Ciekawe zresztą, czy negocjowana cena spółki do takiego ruchu nie zachęca. W ubiegłym roku - część negocjacji zapisała się podobno na tych taśmach, które wciąż czekają na ujawnienie - rząd sprzedał Janowi Kulczykowi spółkę "Ciech" za 600 milionów peelenów, a na dziś wartość spółki podawana jest 1,5 miliarda. Dwu i półkrotny wzrost wartości spółki bez żadnej rewolucji na rynku, nowej technologii czy bodaj nawet restrukturyzacji - cud po prostu, który się zresztą panu Kulczykowi przydarza nieustannie, i to właśnie takim cudom zawdzięcza on największy w Polsce majątek. W pamięci tkwi mi prywatyzacja Telekomunikacji Polskiej, gdzie na mocy specjalnej ustawy "doktor Hans" został mniejszościowym partnerem krajowym, otrzymując pakiet akcji po cenie preferencyjnej na kredyt udzielony przez ministerstwo, zaczem akcje odsprzedał po pełnej już cenie francuskiemu głównemu udziałowcowi. A skoro jemu, czemu miałby się nie przydarzyć taki biznesowy fart i innym? A skoro pan Marcinkiewicz odkrył w sobie talent bankowca, czemu nagle nie może się okazać, że któryś z obecnych prominentów po bliskim końcu kadencji odkryje w sobie talent do zarządzania finansami i z sutą pensją znajdzie dyrektorskie zatrudnienie w luksemburskim funduszu?

Podobnemu przyśpieszeniu, jak prace nad prywatyzacją PKP Energia uległy próby śmigłowca "Caracal", który ten rząd zakupił dla polskiej armii. Próby, niezbędne do podpisania umowy, odbyły się w takim tempie, w jakim chyba nikt jeszcze nigdy śmigłowca przetestować nie zdołał i ministerstwo nie ukrywa, że za wszelką cenę chce dopiąć dealu przed wyborami, no bo po wyborach - wiadomo. Ryszard Kalisz mówił Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, że smród jest tutaj "wyżej" niż na poziomie ministra, i muszę powiedzieć, że jak zerknie się w dzieje przetargu i okoliczności, w jakich posunięty został szef kontrwywiadu, który miał to Kaliszowi zdradzić, to trudno nie zauważyć, że faworyzowanie Caracala dziwnie zbiegło się w czasie z przekonaniem Francuzów do wycofania sprzeciwu przeciwko kandydaturze Donalda Tuska na "prezydenta Europy".

Bardzo polecam wszystkim dzieje tego przetargu - nawiasem mówiąc, nie będącego w sensie prawa przetargiem publicznym, co pozwala go teraz na tempo dopychać pomimo toczącego się postępowania sądowego. Obrazowo wyglądało to tak, jakby wojsko ogłosiło przetarg na zakup koni dla kawalerii. Zgłosiło się kilku hodowców, coś tam wstępnie ustalono, a potem nagle pojawił się "w zainteresowaniu" hodowca wielbłądów, i wtedy MON zaczął doprecyzowywać warunki przetargu, dodając, a to że koń kawaleryjski powinien móc wytrzymać tydzień bez pojenia, a to, że musi mieć odpowiednio grubą sierść, a w końcu, zupełnie już na chama, że musi mieć garb. Aż w końcu pan minister mógł oznajmić, że bardzo mu przykro, ale wszyscy oferenci poza jednym nie zdołali spełnić "warunków formalnych" i na placu boju pozostał tylko jeden. I jeszcze, żebyśmy się cieszyli, bo obiecał on założyć hodowlę wielbłądów w Polsce, co stworzy tysiące miejsc pracy i pozwoli użyźnić uprawy wielbłądzim nawozem.

Proszę się nie obawiać, polskie wojsko i tak nie będzie latać na tym wielbłądzie - sąd przetarg unieważni, ale wtedy oczywiście Francuzi i tak dostaną to, co im jeszcze przed wyborami minister zdąży podpisać. A minister kto wie, jak wysoko awansuje - w Radzie Europy potrzebują zdolnych ludzi. Tak a propos awansowania, radzę przyjrzeć się liście generałów, których prezydent Komorowski nominuje 1 sierpnia. Tradycyjnie awanse ogłaszano w Święto Wojska Polskiego, 15-go, ale obecny prezydent urzęduje tylko do 6-go, więc już choćby z tego można się domyśleć, jaki jest klucz do zdobycia lampasów. Moim zdaniem klucze są dwa - Smoleńsk i kupno Caracala.

Przewałów szykuje się więcej, bo każdy z jako tako ustawionych na rządowej łajbie kleci jak może swoją tratwę. Podczas uchwalania powszechnie oczekiwanej ustawy "antylichwiarskiej" ktoś metodą "lub czasopisma" wetknął w nią zapis, że obostrzenia nie dotyczą firm udzielających pożyczek w domu klienta - ponieważ jest na rynku tylko jedna taka firma, nazwano tę ustawę złośliwie "lex Provident", ale ponieważ tak ją nazwano, to sprawa zaczęła być zbyt głośna i zapis usunięto. Ale to dobry przykład tego, co się dzieje. Oczywiście im więcej takich spraw wychodzi na jaw, tym mniejsze szanse PO na zrealizowanie celu wspólnego, czyli ogłupienie wystarczającej liczby naiwnych, by mieć w Sejmie możliwość zablokowania zmian.

Nie przypadkiem pani premier mówi tak często i tak głośno, że tylko PO może obronić wolność - wbrew Państwa przekonaniu, nie do was to mówi i nie chodzi jej o wolność od nakazów religijnych czy moralnych. Mówi to do swojej ekipy by jej przypomnieć, że tylko stosunkowo dobry wynik PO i PSL w wyborach może ich ocalić przed wyrokami skazującymi na pozbawienie wolności.

Bo tak: ratując własną skórę platformers zmniejsza szanse swej partii, która jako jedyna może mu w przyszłości uratować skórę. Ale z drugiej strony, czy może ufać, że jeśli sam o swoją skórę nie zadba, to Partia będzie pamiętać o jego ratowaniu? Nawet jeśli odchodzący prezydent daje krzepiący sygnał wspomnianymi nominacjami - to czy to dotyczy również cywilów?

Taką zagwozdkę na zachodzie nazywa się "dylematem więźnia". W naszym kontekście bardzo mi się ta nazwa podoba.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje