Reklama

Reklama

Zaraźliwy przykład

Pracownicy niemieckiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych wystosowali do swojego szefa, Joschki Fischera, zbiorowy apel o zmianę wydanego zarządzenia. Takie wydarzenie u naszych zachodnich sąsiadów, znanych z poszanowania dla hierarchii i dyscypliny, zdumiewa.

Gdzie jak gdzie, ale w dyplomacji nie ma zwyczaju załatwiać czegokolwiek z własnym szefem poprzez publiczne ogłaszanie manifestów. Na dodatek apel pełen jest zgryźliwych aluzji co do niekompetencji urzędującego ministra - usprawiedliwionych zawinioną przez niego niedawną "aferą wizową" - i w subtelny sposób odmawia mu, jako byłemu uczestnikowi antypaństwowych lewackich ruchawek 1968 roku, moralnego prawa do sprawowania tak ważnego urzędu.

Otóż Fischer uderzył w uświęconą tradycję, zgodnie z którą wszyscy pracownicy niemieckiej dyplomacji zasługują po śmierci na symboliczne uczczenie w sali pamięci i publikacjach MSZ. Obecny minister polecił usunąć z tego panteonu tych, którzy w swym życiu skalali się członkostwem w NSDAP.

Reklama

Zdecydowanie, z jakim pracownicy MSZ przeciwko temu zaprotestowali, wprawia przeciętnego Niemca w skołowanie. Obrona czci byłych członków NSDAP kojarzyła mu się dotychczas ze skinami, z krzykaczami z marginesu - ale nie ze stanowiącymi elitę korpusu urzędniczego pracownikami dyplomacji.

Cóż jednak poradzić, fakt jest faktem: niemiecki MSZ, choć zastrzega się, że chodzi tylko o cywilizowane zasady obchodzenia się z pamięcią zmarłych, wystąpił zbiorowo z rehabilitacją nazistowskiej przeszłości, do niedawna jeszcze obłożonej klątwą niepamięci. Jakże to zrozumieć?

Bardzo prosto. Niemieccy dyplomaci w ślad za swym kanclerzem regularnie pielgrzymują do "szczerego demokraty" Putina, i widząc, jak wygląda sytuacja ich tamtejszych kolegów po fachu, żółkną z zazdrości. Bo tamci, z Rosji, nie mają żadnych kompleksów. A to szurną oświadczenie, że pakt Ribbentrop - Mołotow był dobry, a to, że Jałta i usankcjonowana w niej sowiecka okupacja przyniosła Europie Środkowej wolność...

A Niemcom tymczasem ciągle każe się wstydzić i kajać za dziadka esesmana. W końcu się więc zbuntowali. Jeszcze nie na tyle, by wzorem kolegów z Rosji uczcić, na przykład, rocznicę Września, oficjalnym przypomnieniem, że wojny nie zaczął Hitler, tylko Polacy napadem na radiostację w Gliwicach. Ale poczekajmy...

Rafał A. Ziemkiewicz

Więcej felietonów przeczytasz w serwisie Felietony INTERIA.PL

Dowiedz się więcej na temat: pracownicy | Ministerstwo Spraw Zagranicznych | przykład

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje