Reklama

Reklama

Racja Stanu? Nie ma tu takiej

Wypuszczenie do mediów smrodu o tajnych więzieniach CIA to kolejna pozycja na długiej liście spraw, za które Donald Tusk powinien zostać postawiony przed sądem. Bo nie mam najmniejszych wątpliwości, że sprawa ta odżyła właśnie teraz za jego wiedzą, wśród dziennikarzy mówi się zresztą, że "wyszła" wcale nie z prokuratur, których samodzielność jest w III RP wręcz przysłowiowa, tylko z rządu. Zresztą, stara rzymska zasada każe o sprawstwo podejrzewać tego, kto odnosi największą korzyść - a młócenie przez media sensacji o domniemanym przetrzymywaniu i torturowaniu terrorystów w Polsce korzyść przynosi głównie Tuskowi.

A ściślej - kilka korzyści. Pomniejsze mają charakter propagandowy, ale i na to Tusk zawsze był niezwykle łasy. Premier kreuje się w oczach społeczeństwa na polityka samodzielnego wobec USA, stawiającego się potężnemu sojusznikowi i zapowiadającego dumnie, że nie pozwoli mu z Polski zrobić "bantustanu". Tam, gdzie polityka ma charakter realny, a nie symboliczny, czyli w stosunkach z Niemcami, Rosją i Brukselą, przejawia Tusk twardość meduzy i samodzielność pudelka, czego symbolami raport MAK, blokująca Świnoujście rura i trawa porastająca ruiny stoczni - więc Ameryce chętnie dla rekompensaty trochę popodskakuje, bo pod rządami Obamy ma nas ona wraz całym regionem głęboko w de i nawet nie zauważy.

Reklama

Korzyścią propagandową dla Tuska jest też pokazanie Europie, że pozostaje posłusznym wykonawcą jej dyrektyw, i że mają one dla niego charakter nadrzędny wobec polskiej racji stanu. Wysyła jej mocny przekaz: pod rządami moich poprzedników Polska próbowała grać z Ameryką, robić własną politykę, ale ja taki nie jestem - na mnie możecie polegać, kazaliście ścigać więzienia CIA, proszę bardzo, ścigam. Patrzcie, jak bardzo zasługuję na jakieś europejskie stanowisko, żeby wiać z tego "dzikiego kraju" zanim zacznie się walić.

Piszę "moich poprzedników", w liczbie mnogiej, bo Kiejkuty w sposób bardzo korzystny dla Tuska łączą postkomunistów z PiS. Kaczyński, tylekroć oskarżany o obsesję rozliczeń, kierowanie się nienawiścią etc. zachowywał w tej sprawie milczenie. A jeśli rzeczywiście Miller i Kwaśniewski wiedzieli, to Kaczyński też wiedzieć musiał. Nakazał jednak utrzymać gryf tajności, ze względu na wspomnianą już rację stanu. Tusk, dla którego taka fanaberia w ogóle nie istnieje, może więc obciążyć winą także jego, odstawiając "jedynego sprawiedliwego", który rozlicza dawne zbrodnie.

Jednak główna przyczyna dla której, jak sądzę, wyciągnięto oskarżenia, ma charakter polityczny. Jest to potrzeba wizerunkowego "skasowania" Leszka Millera, stojącego na drodze Palikotowi. Dopóki bowiem Miller panuje nad SLD, a SLD nad swoim żelaznym elektoratem, nie można domknąć socjotechnicznej operacji, jaką był "bunt" Palikota, zgarnięcie przez niego podatnego na populistyczne sztuczki elektoratu i wsparcie nim słabnącej władzy.

O samej operacji nie ma się chyba co rozwodzić - głosowanie w sprawie referendum pokaże dobitnie, że powtórzono mechanizm, który opatentowany został w Rosji na niejakim Żyrinowskim, a u nas na nieboszczyku Lepperze. Daje się facetowi glejt na bezkarne bluzganie i łamanie wszelkich norm, tymi bluzgami imponuje on najbardziej prymitywnym wyborcom, i jako bohater ich sfrustrowanej wyobraźni wchodzi do parlamentu, by we wszystkich ważnych głosowaniach wspierać władzę, której bluzgał. Palikot oczywiście jest modyfikacją tej metody, bo szyto go pod innego typu prymitywa niż poprzednika i pod inny rodzaj frustracji, ale to drobne szczegóły.

Dla utrzymania się u władzy do roku 2014, kiedy to rozdawane będą europejskie synekury, potrzebuje Tusk zabezpieczenia lewej flanki, a więc rozkruszenia SLD. Po wyborczej kompromitacji Napieralskiego wydawało się, że będzie to łatwe. Ale wejście do gry Millera, starego cwaniaka, obeznanego z gangsterskimi regułami postkomunistycznej polityki, zmieniło sytuację. Miller nie tylko zatrzymał przewidywany exodus działaczy do palikociarni, kuszącej szerokim otwarciem drogi wewnątrzpartyjnego awansu, ale wręcz zaczyna odwracać tendencję. Czas pracuje na rzecz zwartego, sprawnego aparatu i starego "brendu", a na niekorzyść ujaranej zbieraniny, którą łatwiej skrzyknąć, niż utrzymać przy sobie przez dłuższy czas, nie mówiąc już o nadaniu jej ram organizacyjnych i dyscypliny.

Charakterystyczne jest zachowanie kontrolowanych przez Salon mediów. Nie usłyszycie w nich teraz Państwo ani jednego z argumentów, którymi z taką histerią szermowały podczas rozwiązywania WSI i tworzenia nowych służb wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Nic o tym, że zdradzając zaufanie sojusznika, tracimy wiarygodność, że żadne państwo nie ujawnia swych wywiadowczych tajemnic, ani nawet że przyznawanie się do współpracy z CIA ściąga na nas niebezpieczeństwo zamachu islamskich terrorystów, co zwłaszcza przed Euro, nad zabezpieczeniem antyterrorystycznym którego czuwa wybitna specjalistka (wybitna specjalista?) od wszystkiego Joanna Mucha, może mieć tragiczne następstwa. Tym razem wytresowani przez Czerską "znawcy od nawozów i od świata" problemów tych nie zauważają. Dostrzegają wyłącznie moralną stronę zagadnienia. Oni, którzy mieli sto tysięcy pragmatycznych zastrzeżeń do lustracji i dekomunizacji, nagle popadli w etyczny fundamentalizm, który każe stwierdzić, że zło po prostu musi, bez względu na wszystko, zostać rozliczone i napiętnowane.

Zapowiada to niezłą komedię. I Miller, i Kwaśniewski (ten drugi, pełniąc dziś rolę marginalną, mniej jest narażony) mieli wszak za uszami sporo. W bez mała dziesięć lat po wizycie Rywina u Michnika jest do czego wracać i czym okładać przeszkodę, stojącą na drodze do "zjednoczenia lewicy" w duchu postępowo-palikotystycznym, przy okazji oskarżając Kaczyńskiego, że patologie rywinlandu tolerował. Tylko patrzeć, jak autorytety moralne przeczytają uważniej raport Kalisza i nagle odkryją ze zdumieniem, że rząd Millera, w osobie minister Blidy, faktycznie zamieszany był w geszefty mafii węglowej.

Ale to polskie, wewnętrzne sprawy. Natomiast współpraca z CIA - jakiekolwiek by były jej szczegóły - to rzecz, która publicznie rozważana być nie powinna. Jeśli trzeba kogoś ukarać i wyciągnąć wnioski, to po cichu. Inaczej szkodzi się państwu polskiemu. Ale kogo w naszych, z przeproszeniem, elitach rządzących i "opiniotwórczych" dobro tego państwa obchodzi?

Rafał Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy