Reklama

Reklama

Propaganda uśmiechu

Cóż za niezwykły przypadek! Ledwie w poniedziałek szef PSL postraszył publicznie premiera wyjściem z koalicji, a już w środę CBA znalazło na peeselowskiego marszałka kwity, świadków i nagrania. "Zbieg okoliczności, jak mawiają w Śródziemiu".

Rozglądam się pilnie, gdzie podziali się moraliści, którzy mieli kiedyś tak wiele do powiedzenia na temat "posyłania CBA za koalicjantem", ale tym razem są bez reszty zajęci czym innym - mianowicie przekonywaniem, że jest fajnie. Polska jest fajna, Polacy są fajni (ale tylko ci "nasi", oczywiście, nie ci pisowcy) i w ogóle fajność jest fajna. Ludziom w moim wieku nie może się to nie kojarzyć z natrętnym wpieraniem masom radości przez gierkowską telewizję, zresztą dyrygenci tej orkiestry nawet nie ukrywają inspiracji - hasełko "orzeł może" to przecież oczywista kalka peerelowskiego "Polak potrafi".

Reklama

W pewnym sensie można nawet rzec: istotnie, fajnych ludzi nam to fajne państwo wyniosło na szczyty. Czyż nie jest fajny minister, który szpanuje zegarkiem za ileś tam tysięcy, a potem jeszcze tłumaczy się jak pajac, że tylko ten zegarek pożyczył, ot, żeby zaimponować? Czyż nie jest fajny najwyższy stróż prawa, przewodniczący Trybunału Konstytucyjnego, który otwartym tekstem wali, że wartością, którą swymi orzeczeniami zamierza chronić, jest dla niego stabilność budżetowa? Czyż nie jest fajny gościu dający w swej karierze równo i prawicy, i lewicy, który opowiada, jak to walczy z "kurestwem" w postaci okresowych premii dla sejmowych funkcyjnych, a jednocześnie po cichu załatwia taką premię swojemu totumfackiemu?

W ogóle, skoro przy tym jesteśmy, trudno o lepszy dowód fajności, jak obfitość wypłacanych premii, zwanych też nagrodami. Hańba temu, kto powie, że to sposób masowego omijania ogłaszanych pod publiczkę przepisów niby to ograniczających zarobki biurew. Po prostu władza tak się świetnie sprawuje, na każdym szczeblu aż do najniższego, że nagrody się należą równie regularnie jak pensja, i równie duże, a nawet większe. Dzięki tym nagrodom średnia pensja na rządowym garnuszku jest już prawie dwa razy większa niż w przedsiębiorstwach (7 tysięcy do 3,8 według najnowszych danych), by żyło się lepiej - tym fajnym. Jest sukces, nagroda się należy. A sukcesem wartym nagród milionowych jest przecież sam fakt, że Stadion Narodowy jeszcze się nie zawalił, choć dotąd nie udało się go ukończyć i prawomocnie odebrać.

Fajni są ludzie mediów, którym wyrywają się czasem piękne zdania w rodzaju "prawda (o Smoleńsku) została już ustalona i żadne fakty jej nie zmienią", czy tego o "demonie polskiego patriotyzmu", i fajne są mądre dyskusje autorytetów, jak ta w IPN, coraz bardziej już, wzorem CBA, "odzyskanym", do której zaproszono obok historyków niejakiego Grossa. Równie fajnie byłoby zaprosić Dänikena. Chociaż może obrażam tym porównaniem poczciwego hotelarza, którego obsesja, choć objawia się łudząco podobnym sposobem konstruowania "dowodów", nie wynika przecież z nienawiści do żadnego narodu.

Fajny jest minister finansów, który - namawiając wszystkich do "zaciskania pasa" - funduje swemu resortowi ósme już stanowisko wiceministra, zatrudnia na nim polonistkę i zupełnie otwarcie tłumaczy, że jej zadaniem będzie tłumaczenie ludziom, co robi minister i jego pozostałych siedmiu zastępców. Taki mały Lasek od finansów (by nie rzec, broń Boże, laska, bo feministki się rzucą z pazurami).

W ogóle fajny jest rząd, w którym resorty ustawia się nie według problemów, tylko wedle frakcyjnych układanek pana premiera. Trzeba gdzieś upchać Piterę, bo się ją właśnie podkupiło PiS-owi (i niech nikt tego nie nazywa "korupcją polityczną", bo "korupcję polityczną" to uprawiał PiS, jak kaperował Begerową, a my jesteśmy władza fajna), to się robi ministerstwo do spraw korupcji. Jak potem Pitera już nie jest aż tak potrzebna, to i ministerstwo się okazuje niepotrzebne.

Trzeba gdzieś upchać Arłukowicza (i niech nikt... a, już mówiłem), to się wymyśla ministerstwo do spraw wykluczonych, a jak już potem się miejsce dla Arłukowicza znalazło, no to się ono okazuje też, że nie było potrzebne (żeby ktoś nie pomyślał, że się raz zatrudnionym dzieje krzywda - wszystkie stworzone na potrzeby przejściowych urzędów etaty, sekretarki i służbowe samochody zostają i mnożą się dalej w tempie ogólnym, tylko po prostu zostają przypisane do jakiegoś innego, istniejącego nadal resortu).

A teraz minister Boni idzie na zasłużony odpoczynek do europarlamentu, i masz, okazuje się, że Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, które jeszcze niedawno było bardzo potrzebne, wcale potrzebne nie jest, bo może się tymi sprawami zajmować jako departament w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych. Ten Boni swoją drogą to też jest facet fajny, nawet, jak to mówią intelektualiści z okolic Czerskiej, "zajefajny". Wypisz wymaluj jest z nim jak z tym prokuratorem z Gogola, co to był jedynym w miasteczku uczciwym człowiekiem, ale też świnią. Z tą różnicą, że Boni (też polonista zresztą - górą mój wydział) był niby w ekipie Tuska tym jedynym cokolwiek kumatym.

Nawiasem mówiąc, okazuje się za to, że potrzebne jest osobne ministerstwo energetyki. Otwieram zgaduj-zgadulę, kogo teraz chce Tusk podkupić i skąd.

Fajna jest ta oficjalna Polska, ale w kolorowym piśmie, jak chcieli pochwalić aktorkę, że jest wesoła i uśmiechnięta, to najwyższym komplementem, jaki tamtejsi fajni ludzie zdołali wymyślić, było, że "Kasia jest taka... taka niepolska!" Sprzeczność? Czytaj Orwella, dziatwo, to zrozumiesz, że nie. To się nazywa dwójmyślenie. Orzeł może, ale nie może. Może na przykład pożyczyć w ciągu kilku lat pół biliona i prawie drugie tyle dostać w formie rozmaitych subwencji, kredytów zaciąganych poza budżetem i pieniędzy przysyłanych przez rodaków zza granicy, i z tym wszystkim nie może zmniejszyć 15-procentowego bezrobocia, i to w sytuacji, gdy dwa miliony aktywnych zawodowo obywateli znalazło robotę w obcych landach. Strach pomyśleć, ile by było tego bezrobocia, gdyby przewidujący, mądry i superfajny premier nie stworzył był za swych rządów już 700 tysięcy (!) nowych miejsc pracy dla urzędników.

Czy może być jeszcze fajniej? Ależ może. I, niech nas Pan Bóg broni, zapewne będzie. Jeśli nie wierzy ktoś, że propaganda uśmiechu musi skończyć tak samo jak jej poprzedniczka propaganda sukcesu, bo historia się powtarza, to niech uwierzy fajnym jak cholera danym ekonomicznym o spadku produkcji, zatrudnienia, dochodów budżetowych i właściwie wszystkiego, co powinno wzrastać, oraz wzroście wszystkiego, co powinno spadać. To jest dopiero fajna lektura. 

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy