Reklama

Reklama

Problem komunikacyjny

Gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ni razu. Prezydent Bush przyjechał rozmawiać z przywódcami Europy, jak spuścić parę z bliskowschodniego kotła i zapobiec jego wybuchowi, który zagraża dziś światu w nie mniejszym stopniu niż w początkach wieku XX zagrażał "kocioł bałkański". Prezydent Bush po raz enty przedstawia swój pomysł: budować w krajach arabskich gospodarkę wolnorynkową na wzór zachodni, krzewić wolność osobistą i wspierać rodzącą się z tego demokrację.

Reklama

Jak? Najpierw pokonać przeciwnika siłą, a potem pokierować odbudową. Tak, jak to USA mają w swojej tradycji: jak niegdyś przekształciły w kraj wolnorynkowy, po wojnie secesyjnej, własne niewolnicze Południe, a potem, po wojnie światowej, Niemcy i Japonię.

Reklama

Co tym planom Busha ma do przeciwstawienia Europa? Niechęć. Ale niechęć całkowicie niekonstruktywną. Po prostu nie i już. A co w takim razie ze wzbierającym na Bliskim Wschodzie napięciem? Co z radykalnym islamizmem, rekrutującym żołnierzy wśród rosnących mas arabskiej biedoty? W końcu Bliski Wschód leży bliżej Europy niż nas - dziwią się Amerykanie, no więc jaki jest plan Europy? Próżno pytać.

Europa myśli zupełnie inaczej: nie zaczepiajmy ich, to oni nie zaczepią nas. Potępmy głośno Izrael i rzućmy Żydów muslimom na pożarcie, to się nimi najedzą. Chirac, Schroeder i inni wydają się w to wierzyć równie głęboko, jak niegdyś Chamberlain wierzył, że Hitler się uspokoi, jak da mu się Czechosłowację i nie będzie przeszkadzał. Bo Europa ma swoją tradycję: właśnie tradycję Monachium i "appeasementu".

Te dwie tradycje nie dadzą się ze sobą pogodzić. I dlatego właśnie tak trudno się Bushowi zrozumieć z przywódcami Europy, mimo wszystkich gestów i gładkich słów...

Rafał A. Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Europa | Bush | prezydent | problem

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy