Reklama

Reklama

Powrót ojca marnotrawnego?

Lewicowo-liberalna opozycja ma straszny problem z przywództwem. Grzegorz Schetyna charyzmy ma tyle, co gminny urzędnik, Ryszard Petru co się odezwie, to nie wiadomo, gdzie oczy podziać. Kosiniak Kamysz jest za młody, Miller za stary, a Czarzasty nie do przyjęcia bez względu na wiek. Partie jakoś sobie jeszcze radzą, bo dotacje budżetowe do pewnego stopnia zastępują charyzmatycznego przywódcę. Ale już ruch społeczny bez takowego istnieć nie może, czego dowodem oczywisty nawet dla jego sympatyków uwiąd KOD.

Mateuszowi Kijowskiemu - po roku głaskania go i polewania miodem przez wciąż wpływowe media obozu magdalenkowego - ufa, w najnowszym sondażu, zaledwie 14 proc. Polaków. Zamiast więc być wartością dodaną do wyżej wymienionych, jak to sobie wymyśliła, lansując go, "Gazeta Wyborcza", jest wartością ujemną.

Reklama

Trwa zatem cichy, ale uporczywy casting na nowego przywódcę antypisowskiej rebelii. Bez wątpienia przymierza się w myślach do tej roli Andrzej Rzepliński. Tylko że z kończącym kadencję prezesem TK jest tak, jak w tym kawale o Żydzie, który się skarżył rabinowi, że jego syn nie umie pić i grać w karty. No to dobrze - mówi rabbi, na co Żyd - no niedobrze, bo on nie umie, a pije i gra!

Mam na myśli to, że nie w tym problem, że prezes Rzepliński poświęcił praworządność i Trybunał dla swojej politycznej kariery, tylko że już widać, iż z niego polityk żaden. Chętnie by przyjął jakąś władzę, a jeszcze chętniej zaszczyty, pod warunkiem wszelako, że lud mu je przyniesie na tacy i będzie długo prosił; ale żeby samemu ten lud do walki poprowadzić? Na razie poprowadził walkę o Trybunał i zrobił to tak, że mając znacznie więcej atutów od przeciwnika przegrał z kretesem, a spoistość Trybunału i jego prestiż poszły w drebiezgi.

Antypisowskie media na miejscu Kijowskiego chętniej od Rzeplińskiego widziałyby Władysława Frasyniuka. Jako lider sprawdził się on już w Partii Demokratycznej - trzeba przyznać, że przynajmniej, mimo wieku, wciąż jest pełen energii. Wręcz, że działa szybciej niż myśli, co mu zresztą wychodzi naturalną koleją rzeczy, bo myśli raczej rzadko. Oczywiście, dla tych, co pamiętają "Solidarność", zawsze będzie to nazwisko znaczące, ale dla większości jest gościem, który umie tylko bluzgać, a i to niespecjalnie finezyjnie.

Jeszcze śmieszniejszy jest pomysł recyklingu któregoś z byłych prezydentów. Bronisław Komorowski nawet by reflektował, tylko że trudno sobie wyobrazić, by opowiadając o swoim złotym ćwierćwieczu nadał ruchowi jakąś nową dynamikę. Tym bardziej Aleksander Kwaśniewski, który dla średniego i młodszego pokolenia jest już tylko bohaterem alkomemów. No, jest jeszcze oczywiście Lech Wałęsa, który by mógł, jak twierdzi, rozpędzić PiS i zmienić ustrój w dziesięć dni, gdyby tylko mu się chciało, ale aktualnie akurat mu się nie chce. Pewnie dlatego, że jako lider musiałby stale coś podpisywać, a każdy taki podpis mogliby przechwycić agenci IPN i zanieść grafologom z wiadomym skutkiem.

Darujmy już sobie pomniejsze kandydatury. Niby liderów mrowie, ale nie ma ani jednego. W tej sytuacji coraz głośniej rozlega się wołanie: Tusku, wróć i nas ratuj! Tusku, w tobie ostatnia nadzieja!

Wołanie ostatnio przybiera na sile, ponieważ z Brukseli dochodzą wieści, iż za pół roku Tusk będzie wolny od stałych zobowiązań zawodowych. I nie dlatego, że rząd Kaczyńskiego nie chce go formalnie poprzeć, tylko dlatego, że generalnej zmianie ulega cała misterna partyjna układanka w organach wspólnotowych, i w tej nowej układance na przewodniczącego RE z EPL, i na dodatek ze środkowej Europy, zwyczajnie nie będzie miejsca. W związku z czym i sam Tusk zaczął deklarować, że "nie wyklucza".

Problemem, z punktu widzenia lewoliberalnej opozycji, jest fakt, że Tusk może być pewien superluksusowej emerytury w którejś z unijnych agend, agencji czy think tanków, z wysoką pensją, rozbijaniem się po luksusowych hotelach całego świata i zerem obowiązków. Namówienie go, by ryzykował powrót do kraju i starcie z płonącym żądzą wsadzenia go do pierdla za śmierć ukochanego brata Kaczorem może być trudne.

Ale jest szansa, że odezwie się w Tusku żyłka hazardzisty i chęć stawienia czoła wyzwaniu. Osobiście mam nadzieję, że tak. Sam należę do tych ludzi, którzy chcieliby zobaczyć Tuska na ławie oskarżonych, a potem w pudle. Pod jakimkolwiek szczegółowym zarzutem. Jest tu sporo możliwości, niech się tym zajmują prawnicy - główną winą tego człowieka, nie ujętą niestety w żadnym kodeksie karnym, jest zmarnowanie ośmiu lat fantastycznej dla Polski koniunktury, może najlepszej od 1918 roku, a znacznie dłużej trwającej.

Wina Tuska polega na tym, że będąc intelektualnie trampkarzem, kompletnie wypranym z poczucia odpowiedzialności za Polskę i w ogóle za cokolwiek, nie potrafiącym ogarnąć wielkich spraw, niczego, poza tym, kogo puknąć, kogo posunąć, z kim się zblatować i jak ponapuszczać na siebie i powyważać wpływy frakcji - beztrosko wepchnął się na sam szczyt, tam, gdzie decydowały się rzeczy na całe pokolenia najważniejsze, przerastające jego trampkarską umysłowość o całe lata świetlne. I zajmował przez siedem lat fotel premiera, kompletnie mając wszystko gdzieś, poza tym, żeby się z tego fotela nie dać zrzucić i przeskoczyć na fotel jeszcze wyższy. Każdemu lobby, co tylko chce - Niemcom, co chcą Niemcy, Rosjanom, Eurokratom, czego zażądają, aby tylko był spokój i aby do niego się nie przykleiło nic, co by mogło mu popsuć wizerunek.

Naprawdę, nie było w polskiej historii takiej kreatury. No, może pasowałby do porównania nieszczęsny Henryk Walezy, który, gdy mu się nieoczekiwanie otworzyły perspektywy objęcia tronu w Paryżu, po prostu uciekł, rzucając cała tę zakichaną Polskę w diabły.

W całej politycznej działalności Tuska istniała tylko jedna nadrzędna wartość: ja, moja kariera. Wszystkie decyzje i - zwłaszcza - zaniechania rządów smerfa-lalusia podporządkowane były temu jednemu celowi, wszystkie unijne pieniądze wydano w taki sposób, jaki był najkorzystniejszy dla Tuska. Tak samo prowadzono politykę międzynarodową. Z tej samej przyczyny, wedle zasady "po mojej kadencji choćby potop", zaniechano najbardziej nawet pilnych reform, na które był właśnie najlepszy moment.

To zabawne, jak błagające dziś Tuska o powrót sieroty po Magdalence nie chcą zauważyć, że zrujnował on nie tylko Polskę jako taką (bo co ich tam ona w końcu obchodzi), ale także ich formację. Tak, drogie lemingi, to właśnie Tusk i jego totalne desinteressement dla wszystkiego poza własną... własnym nosem, powiedzmy, otworzyło drogę do władzy temu znienawidzonemu Kaczyńskiemu. I nie sądzę, żeby Tusk nie wiedział, że rozwala swoją platformę i cały stojący za nią murem establishment. Doskonale wiedział, ale mu to wisiało.

Z Romanem Giertychem różni mnie dziś praktycznie wszystko, ale w jednej kwestii miał on oczywistą rację: upadek PO był skutkiem jej skrętu na lewo i wyraźnej ideologizacji w duchu progresizmu. Giertych ostrzegał przed tym od razu, gdy takie tendencje się objawiły, nie on jeden zresztą, bo sprawa była w sumie oczywista. PO wygrywała jako partia "rozsądnego środka". Dystansowała się od wszelkich skrajności, dużo i ładnie gadała o ciepłej wodzie, nic nie robiła, więc nikomu się nie narażała, i to się właśnie masom podobało. Aż tu nagle zaczęła się w PO jazda na gender i in vitro, zwalczanie Kościoła, straszenie "średniowieczem" - cały ten kompleks lewicowych mód, który w polskim społeczeństwie nie tylko mało kogo porywa, ale zdecydowaną większość odrzuca.

Po co? No przecież to oczywiste. Skręt na lewo zaczął się wtedy, gdy Tusk uznał, że w krajowej polityce już osiągnął co mógł i zaczął starania o stanowisko szefa Komisji Europejskiej. To dlatego właśnie nie chciał kandydować na prezydenta i wystawił do tego wyścigu najmizerniejszego intelektualnie nielota, jakiego zdołał w swym obozie znaleźć - bo nie mógłby przeskoczyć do Unii w trakcie kadencji prezydenckiej, urząd premiera to co innego.

Do momentu, gdy Tusk chciał siedzieć na szczycie piramidy polskiej, PO miała się podobać Polakom - więc była centrowa ze sporą dawką picu konserwatywnego. Od chwili, gdy powziął zamiar przeskoczenia na piramidę europejską - PO miała się podobać tym, którzy decydują o rozdziale stołków w Unii. A że przeformatowanie jej pod gust Schulza i Verhofstadta oznaczało w dalszej perspektywie jej nieuchronny upadek, zwłaszcza pod kierownictwem osoby tak miałkiej jak Ewa Kopacz, chyba szczerze przekonanej, że cały elektorat ma poglądy czytelników "Gazety Wyborczej"?

Diabła tam, kto się przejmuje tym, że wykopyrciła się drabina, po której już się był wdrapał,  gdzie chciał? No, może nie do końca gdzie chciał, bo jednak Komisja Europejska, gdzie obraca się ciężkimi miliardami, była poza zasięgiem każdego polityka spoza "starej" Unii - ale Rada Europejska to też synekura niczego sobie.

Miarą beznadziejnego stanu polskiej klasy politycznej jest fakt, że wrogowie Kaczyńskiego nie są w stanie niczego stworzyć, niczego wykreować, nikogo wyłonić - potrafią tylko skamleć do ojca marnotrawnego, by raczył wrócić i ich ratować.

Może i wróci, rozpierniczy zdychającą PO i niezdolną się do końca urodzić Nowoczesną, i stworzy jakąś kolejną mutację Unii Wolności Demokratycznej, która może mądrym, może głupim, ale przynajmniej jakimś wizjom przyszłości PiS-u przeciwstawić będzie umiała tylko narracje, jak to było przez ostatnie dwadzieścia pięć lat dobrze, i jak znowu będzie, jeśli tylko poddamy się bez szemrania wszechmądrym eurokratom. Jak mówię, sam bym tego chciał. Ale obawiam się, że Tusk jest za cwany, by dać się w to wpuścić.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje