Reklama

Reklama

Pojednactwo

Niedobrze mi się robi, kiedy znowu media ze śmiertelną powagą zajmują się życiem wewnętrznym kiboli. Ci się pojednali, a ci pobili, chociaż się wcześniej pojednali - w domyśle: a to świnie, nie uszanować pojednania nad papieskim grobem...

Nikt nie zadaje oczywistego pytania, po co mieliby kibole w ogóle być, po co chodzić na stadiony, gdyby rzeczywiście przestali się bić? Żeby podziwiać grę polskiej ligi?

Niedwuznacznie wysuwa się żądanie, aby w ślady kiboli (tych "dobrych", przestrzegających pojednania) poszli politycy i też przestali się kłócić. Niech Pan Bóg nas przed tym broni!

Politycy po to są, żeby się kłócili - o podatki, reformy, ustawy i inne rzeczy. Pojednanych polityków mieliśmy za Peerelu, w zawsze zgodnych organizacjach, takich jak PRON czy FJN.

Reklama

Za III RP też zdarzało im się być od lewa do prawa zgodnymi: kiedy stawały w Sejmie sprawy podniesienia poselskich diet, finansowania partii z budżetu czy ordynacji proporcjonalnej.

Jedno jest pewne: obywatele na zgodzie polityków wychodzą zawsze gorzej niż na ich kłótniach. Niektórzy dziennikarze zachwycili się pojednaniem Wałęsy z Kwaśniewskim. Ja bym się tym specjalnie nie przejmował. Po pierwsze, to prywatna sprawa Wałęsy, który z "lewą nogą" pojednał się już bardzo dawno, dopieszczając ludzi ze specsłużb - gniewał się tylko personalnie na Kwaśniewskiego, że go zrobił w konia podczas prezydenckiej debaty. Po drugie, Wałęsa nic już w polskiej polityce nie znaczy, a Kwaśniewski przestanie cokolwiek znaczyć za parę miesięcy. I to, czy prywatnie podają sobie ci panowie ręce czy nogi, niczego w praktyce nie zmienia.

Rafał A. Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje