Reklama

Reklama

Pocieszenie dla Durczoka

To oczywiście musi być najzupełniej przypadkowy przypadek. Zbieg okoliczności, jak to mawiają w Śródziemiu. Koincydencja, z której wyciąganie jakichkolwiek wniosków jest najzupełniej nieuprawnione. Po prostu tak się jakoś złożyło, że szef „Faktów” TVN był, w świetle tego co dzisiaj o nim piszą gazety, nietykalny, na cokolwiek by sobie pozwalał – a nagle przestał być.

Akurat wtedy przestał być, kiedy podczas wywiadu z samą panią premier poczuł się bardziej dziennikarzem, czy może bardziej Ślązakiem, niż pracownikiem TVN, i publicznie, przy wielkiej oglądalności, zaczął jej zadawać nieuzgodnione pytania, wskutek których pani premier, najuprzejmiej mówiąc, ujawniła bezmiar swej niekompetencji.

Reklama

Do tego momentu należał do najbardziej wpływowych ludzi w Polsce, żył na wysokiej stopie i wydawało się, że wiele od niego zależy - a parę tygodni po tym nieszczęsnym wywiadzie anonimowe oskarżenia bliżej nie określonej byłej podwładnej, o sprawy mające się dziać dawno temu, strąciły go z tych szczytów na samo dno. Wczoraj król życia, dzisiaj odsunięty ze względu na stan zdrowia, bez perspektywy powrotu i przez nikogo nie broniony, bo trudno za obronę uznać nabranie przez większość "autorytetów" - przypadkiem tych głównie, co zawsze najgorliwiej tropiły przejawy seksizmu i maczyzmu po stronie jedynie niesłusznej - wody w usta.

Oczywiście, czysty przypadek i spiskowa teoria, i jeśli pozwalam sobie mimo wszystko powyższe napisać, to z jednego tylko powodu. Otóż jestem dziwnie pewien, że w prorządowych mediach nikt w ten przypadek nie uwierzy. Nikt też nie wyzna tej niewiary na głos. Ale wszyscy sobie wezmą do serca, że linia wyznaczana przez ludzi, takich jak państwo: Sobieniowski, Kublik czy Czuchnowski, jest jedyną linią gwarantującą trwałość kariery. Przynajmniej dopóki nie wygra znienawidzony PiS, ale to właśnie dodatkowy powód, by tę linię gorliwie trzymać.

Nie wiem nic pewnego, co się tak naprawdę działo akurat w zespole "Faktów" TVN. Ale media, generalnie, nie są wzorcem korporacyjnej przyzwoitości. O kulturze osobistej bohatera ostatniej afery można było się przekonać już przy okazji sławnego "upier...  stołu" i swobody, z jaką bluzgał w obecności szykującej go do wejścia na antenę charakteryzatorki. To i tak było niczym wobec znanych w środowisku opowieści, jakiego chamstwa, publicznego rugania i poniżania podwładnych zwykł dopuszczać się Tomasz Lis, którego popisy też przecież zostały nagrane i wpuszczone do internetu.

Co do molestowania seksualnego, sam otarłem się kiedyś o pewne publiczne medium, w którym z łaski rządzących królował zdeklarowany i wyjątkowo rozpustny homoseksualista. Mnie to niczym nie groziło, bo już wtedy byłem stary i brzydki, a poza tym już wtedy funkcjonowałem jako freelancer. Ale mina kolegi, akurat heteroseksualnego aż do przesady, kiedy podpity szef na integrałce zaczął przy wszystkich obmacywać mu łydkę, stopniowo posuwając się ku górze, ta odbita na twarzy walka między obrzydzeniem a chęcią zachowania gwiazdorskiej pozycji, to coś, czego nie zapomnę.

Żeby było śmieszniej, po megapedale przyszła stara nimfomanka, wykorzystująca do imentu ostatnie lata seksualnej aktywności, i w firmie nadal wszystkie awanse zarezerwowane były tylko dla przystojnych chłoptasiów. Radziłem koleżankom, żeby napuściły na babsko feministki, ale wobec powszechnie znanej potęgi podwieszeń konkretnych szefów tylko pukały się w czoło.

Wybaczcie państwo, że przy tej okazji wyrażę daleko idący sceptycyzm wobec wszelkich starań o stworzenie skutecznego prawa, które by zapobiegało "mobbingowi" czy "molestowaniu seksualnemu". Naprodukuje ono tylko pozorów, wielkie firmy, gdzie najczęściej pojawiają się stosunki rodem z pańszczyźnianego folwarku czy wojskowej fali, natychmiast wypracują procedury tworzenia, z przeproszeniem, dupochronów, żeby w razie czego być kryte (proszę, wysoki sądzie, tu są dowody, że prowadziliśmy regularne antydyskryminacyjne szkolenia i ankiety) - co najwyżej gdzieś tam zamkną jakiegoś piekarza czy właściciela sklepiku za to, że nieświadom nowych czasów opowiedział przy ekspedientkach jakiś prezydencki w duchu dowcip.

Ale żałosnej statystyki, podającej, że tylko 4 procent skarg ludzi upominających się o swą godność w pracy rozstrzyganych jest pozytywnie, to nie zmieni. Czy właśnie - zmieni co najwyżej statystki, w życiu zaś pozostanie po staremu.

Konfucjusz powiadał, że prawo pojawia się tam, gdzie zanikły dobre obyczaje - zgoda. Ale prawo nie jest w stanie ich zastąpić. Stary, patriarchalny i konserwatywny system wymuszał na człowieku, który chciał awansować, przyjęcie pewnych norm kultury i przyzwoitości. Polska Tuska jest demonstracyjnym ich odrzuceniem. Jest właściwie Polską Leppera, bo to od nieżyjącego już szefa "Samoobrony" nauczył się wiecznie drugoligowy Tusk politycznej skuteczności, z jednym tylko kluczowym wyjątkiem, będącym już własnym odkryciem obecnego "prezydęta" Europy: że trzeba być nie tylko bezwzględnym i brutalnym dla słabszych, a lizusowskim dla silniejszych, nie tylko czniać wszelkie inteligenckie przesądy dotyczące "przyzwoitości", ale jeszcze zachowywać pozory.

Cham w gumofilcach w społeczeństwie masowego awansu jest nieskuteczny - skuteczny, w każdym razie skuteczniejszy, jest cham w bossach czy armanich, z gębą pełną politycznej poprawności i Europy.

Polska Tuska, ciągnącego za sobą różnych podobnych sobie Mirów, Zbysiów, Rysiów i Misiów, jest z założenia Polską awansu społecznego - Polską chamów głodnych sukcesu, kasy, panowania i poczucia wyższości. Cały system panowania na tym został oparty.

Sukces najwyższą wartością. Dla osiągnięcia i udokumentowania sukcesu warto kogoś zdeptać, zgnoić i posunąć - warto i samemu dać d... i pozwolić sobą wycierać podłogę. A gdy się już ten sukces osiągnie, to człowiekowi wypuszczonemu gdzieś tam z prowincji od zawrotnej wysokości, na jaką się wdrapał, zwyczajnie odbija, jak to zwykle przy zbyt szybkiej zmianie ciśnienia bez należytej aklimatyzacji. Zaczyna się czuć taki wielki, że obnosi publicznie zegarek wart jego oficjalną roczną pensję, zostawia dowody swych nadużyć w bilingach i esemesach albo pozwala sobie publicznie wykazać umysłowe ograniczenia samej pani premier.

I - sruuuu, kierunek lotu nagle się odwraca. Tak to w życiu jest - wszyscy dookoła się świnią i uważają to za naturalne, a nagle jeden, nigdy nie wiadomo dlaczego akurat on, musi za wszystkich innych beknąć.

Ale spokojnie, w III RP, wiemy już na pewno, nie można się skompromitować na zawsze. Każdy może wrócić. Wczorajszy faszysta i kaczysta może się stać autorytetem moralnym nie wychodzącym od Moniki Olejnik, wyszydzany nieudacznik od czterech reform i pogrzebu uosobieniem polskiego sukcesu w Europie, by się tylko do takich przykładów ograniczyć. Świat III RP, w tej jej "jedynie słusznej" części, oczywiście, to nie rzeczywistość, to telenowela. A telenowela premiuje zaskakujące zwroty akcji i nastrojów - o ile oczywiście nie odbiegają od sztampy.

I tu widzę przed Kamilem, na którym dziś wszyscy stawiają krzyżyk, świetlaną przyszłość. Bohater, którego - mniejsza, świadomie czy tak wyszło - wykreował za bardzo do oczekiwań spudelkizowanego świata pasuje, żeby publiczność dała mu odejść.

Najpierw to była świetna opowieść o chłopaku z prowincji, który robi karierę w Warszawie, bo jest utalentowany i pracowity. Potem o człowieku u szczytu sukcesu trafionym rakiem, walczącym z nim i wygrywającym. Teraz, kiedy już trochę się poprzedni wątek znudził, bohater zmienił się w zdemaskowanego potwora, demona białych kresek, dmuchanych lal i obmacywanych stażystek. Czas na słuszną karę - tego się nie da uniknąć, poczucie sprawiedliwości widzów musi zostać zaspokojone. 

Ale zaraz po niej może się rozpocząć spełniająca inne ich potrzeby narracja o skrusze, pokucie i dźwiganiu się z moralnego upadku. Bohater musi swe winy wyznać, uzyskać przebaczenie i wsparcie wiernej Penelopy, a potem wraz z nią ku ogólnej radości powrócić na szczyt i kopniakiem zrzucić z niego następcę, który w tym czasie okaże się bynajmniej nie taki świetlany, jak sądzono. Ba, powróciwszy oczyszczonym odbytą pokutą, będzie miał legitymację do wniesienia moralnej odnowy w środowisku, które wszak po jego strąceniu pozostanie równie zdeprawowane jak było.

Ja nie kpię, naprawdę. Ja bezinteresownie doradzam. Teraz jest jak jest, ale za kilka tygodni, miesięcy, publice się przeje i zapotrzebuje ona nowe emocje i wzruszenia. Ze względów estetycznych odradzałbym tylko robienie sobie zdjęć na golasa na koniu... Zresztą, nie grozi, to już przecież było. Kamil Durczok będzie musiał wymyślić coś nowego, względnie znaleźć do tego odpowiednich pijarowców.

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz | Kamil Durczok

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje