Reklama

Reklama

Płyńcie łzy moje, rzecze Bronisław

Były prezydent Bronisław Komorowski nie umie odejść z klasą. Dobrał sobie rekordowo niekompetentnych współpracowników, przez pięć lat prezydentury nie zdobył się na najmniejszą inicjatywę i samodzielność, chyba że uznać za nie ośmieszające urząd i państwo gafy, a potem uwieńczył swą "żyrandolową" kadencję najbardziej chybioną i nieudolną kampanią wyborczą ćwierćwiecza, jeśli nie wszech czasów.

Ale oczywiście przez myśl mu nie przechodzi, że wyborcza obsuwa mogła mieć coś wspólnego z jego własnymi ograniczeniami i błędami. Co to to nie. Były prezydent, odkąd stał się byłym, krąży po zaprzyjaźnionych mediach i wszędzie opowiada o tym, że padł ofiarą spisku. Spisku oraz "zorganizowanej fali nienawiści", "zaplanowanej kampanii zniesławiania", "gigantycznej akcji czarnego PR, demolowania wizerunku, niszczenia godności, przeprowadzonej z nieprawdopodobną brutalnością".

Były prezydent nie przegrał wyborów. Przegrała je demokracja, "kierunek zmian wolnościowych według sprawdzonych wzorów wolnego świata europejskiego". "Zwyciężył duch nienawiści, wrogości, fanatyzmu" oraz "tradycja rokoszu i lekceważenia państwa". Wielką winę ponosi tu Kościół, który po śmierci Jana Pawła II odszedł od jego nauki, "przedłożył los zarodków ponad cud tworzenia nowego życia" i doprowadził do "klerykalizacji polityki".

Reklama

Coś do zarzucenia samemu sobie? Tylko to, iż "wierzył, że prawda i racja same się obronią", i że "starał się być prezydentem wszystkich Polaków. A okazało się, że dążenie do bycia prezydentem wszystkich obywateli "nie zawsze premiuje", zaś prawda sama nie wygra z "agresją i nienawiścią", "zwłaszcza w czasach internetu".

"Gdy żegnałem się z siłami zbrojnymi, urządzono mi kocią muzykę, i to wrzeszcząc w czasie hymnu narodowego. To byli ci sami ludzie, z tymi samymi transparentami, którzy w czasie kampanii wyborczej siali przeciwko mnie nienawiść na rozkaz. Do nich przemawiał prezydent Andrzej Duda na Krakowskim Przedmieściu, zwracając się: »Kochani«." "Powiesiłem w Belwederze portret Gabriela Narutowicza. Ku przestrodze!".

Postać Gabriela Narutowicza w egzekwiach nad męczeństwem Komorowskiego wykorzystywana jest szczególnie intensywnie. Porównuje się z zamordowanym pierwszym prezydentem RP sam Komorowski, wyznając, co mu przyszło do głowy przy grobie Narutowicza w podziemiach warszawskiej archikatedry. Jeszcze silniej porównują Komorowskiego z zamordowanym przed bez mała wiekiem politykiem apologeci przegranego. W cytowanym tu wywiadzie Adam Michnik "patrząc na to z perspektywy analityka dwudziestolecia międzywojennego" (jak sam twierdzi) buduje pomiędzy zamordowaniem Narutowicza a nie wybraniem Komorowskiego na drugą kadencję nawet nie symetrię, a znak równości.

Tak, prezydent Komorowski nie przegrał wyborów. Osiem milionów sześćset tysięcy Niewiadomskich ("tłum z Krakowskiego Przedmieścia") zamordowało go z nienawiści wyborczą kartką. Nie wiem doprawdy, czy można jeszcze wymyślić i powiedzieć coś głupszego. Ani, skoro można publicznie sadzić takie farmazony praktycznie bez niczyjej reakcji, czy jeszcze istnieje w Polsce jakakolwiek debata publiczna i jakikolwiek zdrowy rozsądek.

Ale starajmy się zachowywać tak, jakby jednak istniały. Starajmy się tłumaczyć tym, którzy sobie wycierają gębę demokracją, krzycząc o zagrożeniach dla niej i wzywając do obrony, na czym demokracja polega. Ano na tym, że ludzie korzystają z prawa do oceny polityków, i jeśli ta ocena wypada negatywnie - głosują przeciwko nim. Druga kadencja prezydencka nie jest prawem naturalnym, jak prawo do życia, nie należy nawet do praw człowieka i obywatela. Jest decyzją wyborców.

Demokracja polega również na tym, że w imię wolności słowa i prawa do krytyki władzy godzić się trzeba z faktem, iż niektórzy korzystają z tego prawa nieelegancko, łamiąc normy dobrego smaku, wulgarnie. Nie ma w demokracji polityka, na którego ktoś by kiedyś nie zabuczał, nie wygwizdał, nie rzucił jajem czy butem, nie wypisywał obelg albo nie robił sobie z niego chamskich żartów. Ale świat nie słyszał o przywódcy, który by się ośmieszał publicznym jojczeniem - oj, sponiewierali, panie, naurągali, a ja taki dobry, a te ludzie takie podłe, buuuu... To żałosne. Szczególnie, gdy obłudnie leje krokodyle ślozy polityk, który celował w kampanii negatywnej i całe swe polityczne istnienie opierał na ugruntowywaniu nienawiści i pogardy jednej części społeczeństwa wobec drugiej, w przekonaniu, że wybrał tę liczniejszą. 

A porównywać wyborczą przegraną z politycznym mordem może tylko skrajnie cyniczny propagandysta albo skończony idiota.

(Na marginesie zostawmy już fakt, że legenda śmierci Narutowicza, do której z zamiłowaniem odwołuje się Michnik i cała lewica, jest zwyczajnie fałszywa. Narutowicz nie został zamordowany przez politycznego przeciwnika, tylko przez wariata, w imię szalonego planu "wstrząśnięcia narodem". Morderca, wbrew tej legendzie, nie miał afiliacji politycznych, jeśli już, był raczej piłsudczykiem niż endekiem, i to właśnie Piłsudskiego zamierzał zabić, na Narutowicza zdecydował się ostatecznie wskutek przypadku. Brutalna kampania prowadzona przeciwko prezydentowi, na tle swych czasów nie będąca niczym szczególnym, nie miała na niego wpływu.)

Bronisław Komorowski odchodzi bez klasy. Już po przegranych wyborach zatrudnił w swej kancelarii dodatkowych 70 osób, czyszcząc w ten sposób budżet przeznaczony na cały rok, tak, że następca musi zaczynać od zadłużania się. Potem zwolnił wszystkich swoich protegowanych w ramach zwolnień grupowych, co nie tylko pozwoliło rozdać im wyższe odprawy, ale zgodnie z prawem uniemożliwia nowemu prezydentowi zatrudnienie na ich miejsce kogokolwiek przez najbliższy rok, poza objętymi zwolnieniem ludźmi Komorowskiego. Nie zwolnił też w porę mieszkania, tak, że nowy prezydent z rodziną mieszkać musi w hotelu. No i rzecz najbardziej skandaliczna - przed odejściem z urzędu polecił Komorowski za publiczne pieniądze wynająć dla siebie i swej rodziny mieszkanie na rok, a docelowo na pięć lat, mimo, iż oprócz domu w Budzie Ruskiej jest właścicielem dwóch lokali w Warszawie - jeden z nich wynajął na biuro kancelarii prawniczej, a w drugim mieszka jego dorosły syn, któremu z jakiegoś powodu nie poradził, żeby wziął kredyt, zmienił pracę i sam się o własne lokum zatroszczył.

Żadna z powyższych informacji, podawanych przez portale internetowe i media sympatyzujące z opozycją, nie została zdementowana. Obozowi PO-PSL wystarcza, że kontrolowane przez nie media elektroniczne nie uznały żadnej z nich za wartą podjęcia, zamiast tego poświęcając całe dzienniki tak ważkim problemom społecznym, jak odgradzanie się przez plażowiczów parawanami albo zwiększona wskutek upałów groźba użądleń os. Drobny, ale znaczący przyczynek do zrozumienia, dlaczego w prezydenckim łkaniu tak istotną rolę odgrywają skargi na ten okropny, nie poddający się kontroli "wajchowych" internet.

Bronisław Komorowski przegrał, bo jest politycznym nielotem, pozbawionym charyzmy, samodzielności i niezbędnych prezydentowi talentów - pięć lat temu zawdzięczał wyniesienie ponad poziom swych kompetencji Tuskowi, który wybrał osobę najmniej zdolną mu zagrozić, oraz Kaczyńskiemu, który zamiast wystawić do wyborów kogokolwiek innego, kandydował sam, nie przyjmując do wiadomości, jak wielki ma elektorat negatywny. Przegrał, bo był prezydentem PO, partii, która naobiecywała i żadnych obietnic nie dotrzymała, a teraz brnie w zaprzeczanie oczywistym faktom i szydzenie z niedożywionych dzieci, choć zawstydzającą skalę polskiej biedy potwierdzają wszelkie możliwe statystyki, od GUS i PCK po Eurostat (nawiasem - czy już potępiono należycie i wyszydzono panią Ochojską za prowadzoną od lat wspierającą propagandę Putina akcję "Pajacyk"?).

Przegrał, bo uparł się wmawiać ludziom, że żyją w "złotych czasach" i że są zadowoleni. Bo wymyślił zupełnie idiotyczne referendum z bezsensownymi, pisanymi na kolanie, w nocy (jak właśnie wysypał go Henryk Wujec) pytaniami, z którego nie wynika nic, poza wsadzeniem kolejnych stu milionów złotych z publicznej kasy przysłowiowemu psu pod ogon. W najmniejszym stopniu dlatego, że prowadził nieudolną kampanię, podkreślającą wszystkie jego wady i bufonowate zachowania, a nie eksponującą nawet tych nielicznych osiągnięć, którymi by się mógł pochwalić.

Ale, oczywiście, milej jest sobie wmawiać, że się padło ofiarą przemocy, zorganizowanej fali nienawiści, i w ogóle że winny jest cały świat. W sumie normalny ludzki odruch, uczciwość każe przypomnieć, że politycy PiS, na czele z samym prezesem, też po przegranych nie umieli się przed takimi żałosnymi zachowaniami powstrzymać. Tyle że wtedy i Komorowski, i PO, i wszyscy funkcjonariusze TVN, "Polityki" czy "Wyborczej" widzieli, że to żałosne. A teraz z poważnymi minami próbują wmówić swoim targetowym lemingom, że Komorowski jest męczennikiem i trzeba nad nim ronić łzy współczucia.

Gdyby naprawdę byli przyjaciółmi byłego prezydenta i dobrze życzyli jego partii, powinni go raczej namawiać, by się ze swym rozgoryczeniem, obrażeniem na wyborców i brakiem klasy dobrze ukrył, zamiast jeszcze podbijać mu bębenek pochlebstwami o podobieństwie jego gorzkiego losu do Narutowicza.  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama