Reklama

Reklama

Platforma Hejterów

Partia rządząca, jak poinformował jeden z branżowych portali, wyda na autopromocję przed najbliższymi wyborami co najmniej 50 milionów złotych - sporą część, dla obejścia limitu narzuconego prawem wyborczym, w ramach niekonstytucyjnego referendum konstytucyjnego. Sam fakt, że Partia ma w kasie takie pieniądze, wyciśnięte z podatników, i że może nimi szastać bez jakichkolwiek prawnych ograniczeń, pokazuje skalę patologii, jaką jest III Rzeczpospolita.

W zachodnich krajach, w których partie dostają dotacje z budżetu, wolno im przeznaczać je tylko na konkretnie określone cele - np. w Niemczech muszą utrzymywać think-tanki, i to nie jakieś picowne "instytuty obywatelskie", ale zespoły wykazujące się realną działalnością, a we Francji bardzo ograniczona jest polityczna reklama.

Reklama

A przecież poza tym, co może kupić za 50 milionów, dysponuje PO wiernopoddańczym oddaniem mediów, których z partyjnych pieniędzy opłacać nie musi.

Nie wiem jak kto, ale ja uważam, że kierownictwo TVP powinno za ostatnie wybory ponieść odpowiedzialność nie tylko polityczną i dyscyplinarną, ale także karną: jeśli w TVP Info w kwietniu o Bronisławie Komorowskim mówiono przez 6,5 godziny, o Jarubasie i Palikocie około 1,5 godziny, o Dudzie 22 minuty, a o Kukizie 18 minut - pomijając już, że o Komorowskim i Jarubasie mówiono wyłącznie pozytywnie, a o Dudzie odwrotnie - to jakich jeszcze trzeba dowodów rażącego łamania ustawy o mediach publicznych?

Oczywiście, powie ktoś, że to, co robiła w kampanii TVP, nie różniło się od zachowania TVN czy innych mediów, zupełnie bezwstydnie uprawiających propagandę na rzecz rządzącej koalicji, ale ona nie jest, przynajmniej w teorii, własnością jakichś prywaciarzy, tylko naszą, wspólną.

W każdym razie, 50 baniek, które na pranie Polakom mózgów może rzucić PO, to dwa razy więcej niż ma w swych zasobach PiS - inni się w tej konkurencji liczyć nie będą. No, może poza ruchem oburzonych bankierów Petru, który wyraźnie cieszy się, jako Platforma Ratunkowa, gorliwym wsparciem sponsorów i "wajchowych".

Gdyby o wyniku wyborów decydowały tylko zasoby finansowe i telewizja, to z góry byłoby po meczu. Na szczęście, każde miliony można roztrwonić bez sensu, a ekipa zarządzająca III RP w swych szeregach ma prawdziwych mistrzów w tym zakresie.

Jeśli kto wątpi - pięknym przykładem jest przedwczorajszy news z Jachranki, po którym polski internet zatrząsnął się ze śmiechu. Oto pani premier Kopacz, aby ukoić ból swych działaczy, że przez ten internet przegrali, zapowiedziała, iż celem poprawienia wizerunku w sieci i przeciwstawienia się krytyce opozycji zatrudniła już 50 zawodowych hejterów i zatrudni jeszcze 50 następnych.

Żeby było jeszcze śmieszniej, kiedy ktoś te mądrości pani premier wyniósł do gazet, jej rzeczniczka, pani Kidawa Błońska, oznajmiła, że wypowiedź wyrwano z kontekstu, bo tych stu to tylko awangarda, a chodziło o to, że członkowie PO zostaną specjalnie przeszkoleni i będą hejterami wszyscy.

Głupota jest tu tak wspaniale spiętrzona, niczym krem na wykwintnej tortoletce, że po prostu nie wiadomo, od czego zacząć. Chyba od tego, że ani pani Kopacz, ani pani Kidawa, nie wiedzą nawet, co znaczy słowo "hejter", i że jest to słowo pejoratywne. Że zapowiedź, iż wszyscy członkowie PO będą hejterami, brzmi jak zapowiedź, że wszyscy będą żulami albo chuliganami.

Coś tam najwyraźniej usłyszały o marketingu sieciowym, o internetowych "szeptankach", czyli tak zwanym "buzz marketing", który jest rzeczywiście od lat stosowany w promocji rozmaitych produktów i usług. Fakt, że słyszały o nim niewiele, da się wytłumaczyć, bo ten rodzaj reklamy przypomina działania tzw. nielegałów w wywiadzie. Polega bowiem na podszywaniu się reklamy pod spontaniczną aktywność uczestników forów internetowych - a to, delikatnie mówiąc, rzecz nieładna.

Tyle że "buzz marketing", jak każdy rodzaj kłamstwa, jest swego rodzaju sztuką. Zatrudnienie tysiąca wklepywaczy, którzy będą bez polotu i finezji wpisywać, gdzie się tylko da, "korzystajcie z usług biura podróży X", tylko reklamowanej firmie zaszkodzi, bo nachalność i natręctwo będą irytować.

Firmy wyspecjalizowane w szeptankach wymyślają przeróżne sztuczki, by przemycić w sieci, pod pozorem informacji o czymś zupełnie innym, zabawnego filmiku czy zgrywy, niby to spontanicznej, pochwałę podróży - nawet nie konkretnego biura, chodzi raczej o sugestię, go ktoś sobie takowego poszukał.

Już widzę tych przeszkolonych działaczy PO, jak ze świeżo utworzonych kont z zerem folołersów zasypują sieć jadowitymi uwagami o Dudzie, z którego "szpary oralnej wypływają pokłady chamstwa".

Zresztą nie muszę uruchamiać wyobraźni - tak prymitywnie działa w sieci PO już od dłuższego czasu, nie rozumiejąc, że jeśli, na przykład, zielone i czerwone łapki oraz komentarze rozkładają się przez jakiś czas mniej więcej statystycznie, a potem nagle, w ciągu kilku minut, przywala tysiąc głosów na "nie" i kilkadziesiąt podobnie brzmiących nienawistnych komentarzy, po czym znowu ruch sieciowy, widoczny przecież dla każdego użytkownika, wraca do normy - to nie jest to żaden "buzz marketing", tylko prymitywne odwalanie zlecenia, ze skutkiem przeciwnym do zamierzonego. Właśnie w ten sposób, między innymi, nagrabiła sobie władza ze swymi młodzieżówkami w sieci.

Jest zasadą, że zeskleroziałe, zasiedziałe reżimy mają skłonność do ulegania swojej własnej propagandzie.

Platforma nie rozumiała, dlaczego ludzie na nią głosują, i że bynajmniej nie dlatego, że oceniają dobrze jej zdolności do rządzenia. Tak samo nie może teraz zrozumieć, dlaczego to, co dotąd w niej ludziom nie przeszkadzało, nagle przeszkadzać zaczęło.

Władza i jej salony tak długo kłamały, że jest dobrze, i że one są dobre, aż same w to uwierzyły. Bronisław Komorowski był autentycznie przekonany, że wystarczy, by wyszedł na ulicę albo gdzieś pojechał, a naród spontanicznie będzie go wielbił, oddawał hołd i wyrażał wdzięczność. Tak przecież niezbicie wynikało z każdego wydania telewizyjnych wiadomości i gazet. Podobno Gomułka i  Gierek też do samej obsuwy żyli w podobnym przeświadczeniu.

A skoro w internecie generalny ton drastycznie różni się od tego, co mówią telewizje, to władza przecież nie wyciągnie wniosku, że tam, gdzie ludzie się mogą wypowiadać swobodniej, tam dochodzi do głosu gniew na jej gie warte rządy. Woli sobie powtarzać, że jest świetnie, bo przecież wzrost PKB mamy wspaniały i w ogóle wszyscy mówią, że jest wspaniale, a ten tam internet - no, widocznie PiS usadził tam "płatnych sk...synów", jak to ujął poseł Szejnfeld. Stąd prosty wniosek - nie trzeba nic zmieniać, poza "komunikacją". Czyli wynająć swoich "sk...synów", żeby pluli na PiS i prezydenta elekta.

Pytanie - jak to jest, że kiedyś internet PO sprzyjał bez ponoszenia na ten cel wielkich wydatków, a teraz nie sprzyja, co się stało? - przerasta intelektualne możliwości Niesiołowskich czy Szejnfeldów.

Cóż, trzeba pewnej minimalnej dozy inteligencji, żeby zrozumieć, że jak się na przykład urządza wściekłą nagonkę na "kiboli", to można na chama ich rozdeptać w kontrolowanych przez władzę mediach, ale się w ten sposób z punktu zyskuje sto albo i dwieście tysięcy zdecydowanych wrogów, dobrze zorganizowanych, aktywnych w mediach społecznościowych i, w przeciwieństwie do młodzieżówek Partii, rozumiejących ich działanie, bo będących w nich u siebie.

A "kibole" to tylko jeden z wielu klocków, z których buduje się na jesień wyborcza szubienica nie tylko dla PO, ale dla całej cwaniackiej koalicji i całej liżącej jej wiadomo co "elity opiniotwórczej".

Całe to towarzystwo nie pojmuje rzeczy podstawowej - tego, czym jest ów straszny, groźny internet, który odarł je z powagi i autorytetu. Im się wydaje, że to też coś takiego jak "Gazeta Wyborcza" czy TNV-24, tylko na tablecie albo smartfonie. I że wystarczy tam narzucić odpowiednio błagonadiożnyj kontent, a użytkownikom sieci wygładzi się zwoje mózgowe równie łatwo jak telewidzom.

Otóż, nic właśnie. Specyfiką internetu, tym, co sprawia, że en masse odrzucił on w ostatnich latach oficjalną propagandę, i że nieudolnej i załganej władzy nie pomoże tu nie tylko 50, ale i sto milionów, jest - też mi sensacja - INTERAKTYWNOŚĆ.

Postaram się to wyłożyć najprościej, tak, by nawet pani Kidawa Błońska mogła zrozumieć (choć jestem spokojny, że nie skorzysta z okazji).

Otóż, kiedy człowiek ogląda telewizję, waszą telewizję, to jest skazany na to, co mu pani Pochanke czy Tadla powie i pokaże. Może ją wyłączyć, ale nie może jej dopytać. Powiedzmy, mówi mu pani Tadla czy Pochanke, że Bronisław Komorowski był dziś w Lublinie, że lublinianie przyjęli go z radością i wyrazami poparcia, i choć na wiecu obecni byli bojówkarze nasłani przez PiS i próbowali prezydenta obrażać, ten im się celnie odciął, aż w pięty poszło. Kilka zmontowanych ujęć, komentarz narzucający jednoznaczną wersję wydarzeń i koniec...

Otóż internauta, inaczej niż telewidz, nie musi "drogiej pani z telewizji" wierzyć - kliknie sobie w filmik przedstawiający niezmontowane zajście i już widzi, że w kilku jej zdaniach aż roi się od kłamstw. Że, po pierwsze, w polu widzenia kamer nie ma żadnego zwolennika Komorowskiego, po drugie, sam prezydent zachowuje się jakby zarzucił jakieś prochy i bredzi zupełnie się kompromitując, po trzecie ludzie, którzy mu dogadują, nie są żadną zorganizowaną bojówką, a już na pewno nie PiS-u, bo mają emblematy Korwina i Ruchu Narodowego, i nawet niektórzy skandują "PiS, PO, jedno zło". Może sobie zresztą sprawdzić, jak się ci ludzie skrzykiwali na lokalnych forach, gdy mu uparcie Nałęcz, Grupiński i sam Komorowski będą dzień po dniu wmawiać te "pisowskie bojówki".

Człowiek może sobie kliknąć w inny filmik i zobaczyć "budowę obwodnicy" pod Inowrocławiem, i samemu się przekonać po numerach rejestracyjnych, że za plecami prezydenta podjeżdżają pod załadunek w kółko te same ciężarówki, najwyraźniej wywalające cały urobek nie dalej niż sto metrów poza kadrem.

Może też sobie kliknąć na strony renomowanych międzynarodowych organizacji i samemu sobie przeczytać, jak NAPRAWDĘ ma się polska służba zdrowia, wydajność pracy, innowacyjność, informatyzacja etc. do innych umieszczanych w rankingach krajów. I z punktu przestaje wierzyć w "złotą erę", "zieloną wyspę sukcesu" i inne takie. Zwłaszcza że znajomi podsyłają mu kolejne odkłamujące propagandę oficjalnych mediów linki, a z czasem i on zaczyna je posyłać dalej.

Słowem, dla wszechwładzy PO jest internet tym samym, czym dla wszechwładzy PZPR była "Wolna Europa" - w tym sensie, że skutecznie dziurawi balon propagandy dmuchany przez Lisów i Michników. Tyle że słuchacze "Wolniuchy" nie mieli ze sobą nawzajem kontaktu i nie redagowali jej sami. To sprawa, że internet jeszcze trudniej zagłuszyć.

Mógł to zrobić reżim taki jak w Chinach, ale on nie bawił się w hejtowanie, tylko stworzył gigantyczny system firewalli i cenzury, zresztą dzięki gorliwemu wsparciu koncernów z miłującego wolność, ale znacznie bardziej miłującego kasę Zachodu.

Kiedy człowiek raz sobie zda sprawę, że jest przez władzę traktowany jak głupi gnojek i manipulowany na każdym kroku w sposób urągający jego godności i inteligencji, to chce tę władzę ukarać i pogonić. I jeśli mu jakiś płatny troll zacznie sto razy dziennie wklepywać na tajmlajn "Kopacz jest mądra, Duda plastikowy, bój się Kaczora", to bynajmniej nie odzyska dla Partii wkurzonego serduszka, tylko je jeszcze bardziej wkurzy.

Lepiej, jeśli mogę rządzącym i ich medialnym lokajom coś radzić, weźcie te pięćdziesiąt milionów przepijcie i przeżryjcie, póki możecie. Bo czas się kończy.

-----

PS

Zupełnie poza tym, rad byłbym poznać opinię prawników w następującej sprawie. Otóż prawo nasze - bzdura lex, sed lex - traktuje każdy wpis w internecie jak publikację prasową. Jeśli dobrze rozumiem więc, anonsowani przez panią premier "płatni hejterzy" mają prawny obowiązek sygnować swe produkcje każdorazowo informacją "sfinansowano ze środków komitetu wyborczego PO"? A w przeciwnym razie i oni, i najmująca ich partia, podpadają pod paragraf?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne