Reklama

Reklama

Pamięć i duma

W takich dniach, jak dzisiejszy, chętnie myślę o moim dziadku, Stanisławie Ziemkiewiczu. Jako żołnierz II Brygady Legionów trafił po 1918 r. do oddziałów walczących na froncie południowym - w Bitwie Warszawskiej więc nie uczestniczył. Ten zaszczyt przypadł jego o rok młodszemu bratu, Antoniemu, który, jak głosi rodzinna tradycja, brał udział w najgłośniejszym i przez większość historyków uważanym za rozstrzygający momencie bitwy - bohaterskiej obronie Radzymina.

Obaj byli w tej wojnie prostymi żołnierzami, obaj wrócili szczęśliwie do rodzinnego Czerwińska, gdzie dzisiaj leżą na miejscowym cmentarzu. Antoni zajął się gospodarką, Stanisław także działalnością społeczną - zaangażował się w pracę powiatowych struktur Stronnictwa Narodowego, był przez wiele kadencji wójtem, i między innymi wybudował stojącą do dziś we wsi szkołę. Potomkowie Antoniego w Czerwińsku zostali, potomkowie Stanisława rozproszyli się po kraju - mój ojciec, który jako czternastolatek zdążył się jeszcze złożyć przysięgę w oddziale AK, po odsłużeniu w latach pięćdziesiątych "ludowego" wojska, peregrynował tu i tam za pracą, aż w końcu osiadł z rodziną w Warszawie, którą pół wieku wcześniej jego stryj wraz z kolegami obronili przed najazdem bolszewickim, a którą ćwierć wieku potem Bór-Komorowski z Monterem-Chruścielem poderwali bezmyślnie do samobójczej rzezi i zniszczenia.

Być może moje widzenie najnowszej historii Polski w jakimś stopniu wynika z tych rodzinnych uwarunkowań. Większość kolegów, z którymi kłócę się o Powstanie Warszawskie, podchodzi do niego bardzo emocjonalnie, patrząc przez pryzmat AK-owskich losów swoich najbliższych i przez różne rodzinne traumy. Mam tego świadomość, więc znoszę cierpliwie ich histeryczne wmawianie sobie samym i innym tego, czego racjonalnie obronić nie sposób - że było warto, że zagłada nas uszlachetniła, że gdyby nie masakra w 1944 nie byłoby dzisiaj wolnej Polski... Znoszę, ale się nie zgadzam i nigdy nie zgodzę, by w ocenie przeszłości kierować się emocjami.

Reklama

Wbrew rojeniom naszego narodowego wieszcza, cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie niszczy psychikę i uniemożliwia, w każdym razie bardzo utrudnia, powrót do normalnego życia. Psychologia opisała to - jako syndrom stresu pourazowego - bardzo dokładnie. Socjologia nieco słabiej, a powinna. My, Polacy, jako zbiorowość, jesteśmy dobrym materiałem do takich badań. Po zagładzie wojennej, przesiedleniach i migracjach, po półwieczu życia w PRL-owskim syfie, gdzie dobro świadomie nazywano złem, a zło dobrem, promując wszelkiego rodzaju szumowiny, a tępiąc ludzi przyzwoitych i wynoszących z domu rodzinnego wartości, mamy wszystkie objawy stresu pourazowego, tak jak ofiary klęsk żywiołowych, katastrof czy przemocy. W dzisiejszym świecie jest rutyną, że ofiarom takim zapewnia się pomoc psychologiczną. A nam nikt jej dotąd nie zapewnił - i stąd problem.

Tę rolę, którą wobec ofiar rozmaitych nieszczęść pełnią zastępy psychologów, wobec narodu, który padł ofiarą takich katastrof jak nasz powinny odgrywać elity - jego pisarze, intelektualiści, politycy. Ale my, niestety, elit w normalnym sensie tego słowa nie mamy. Mamy typowe elity postkolonialne, żyjące w poczuciu oderwania od narodu, pogardy dla niego, w przekonaniu, że stoją wyżej nad tą tutaj polską, katolicką ciemnotą, i muszą ją wytresować wedle dostarczonych z metropolii wzorców na "Europejczyków". Elementem tej tresury jest "pedagogika wstydu": jesteście od góry do dołu do niczego, cała wasza historia jest do niczego, wasza mentalność jest do niczego, wszystko w ogóle.

Kiedyś w tej tresurze Polaka przodowała "Gazeta Wyborcza", ostatnio dała się przelicytować "Newsweekowi" - co tydzień zaglądam w kiosku, jaki znowu elaborat o niższości Polaków wysmażył Lis. A to, że Polacy śmierdzą, bo się nie myją, a to, że są zawistni, a to, że kradną, a to, że polskie kobiety to jedna w drugą dziwki... Cóż, jest na to popyt, wychowane przez III RP "lemingi" złaknione są  utwierdzania ich w pogardzie do reszty. To niestety stała prawidłowość - jakaś część populacji w krajach kolonialnych zawsze wiąże swoje aspiracje z wykorzenieniem, wierząc, że odcięcie się od tradycji przodków i naplucie na nią automatycznie przeniesie ich do lepszej kategorii, tej samej, do której należą Biali Ludzie z podziwianej metropolii. Nie ma sensu się na nich złościć - karą będzie bolesne rozczarowanie, jakie prędzej czy później przeżyją.

Stałą prawidłowością jest też reakcja na wykorzenienie - to, że z kolei inni mieszkańcy kolonizowanego kraju tym silniej skupiają się wokół swojskości, tradycji, historii, widząc w niej powód do dumy. Tylko u nas ma to wszystko swoją aberracyjną specyfikę, o której - przepraszam - wielokrotnie pisałem i pewnie jeszcze nie raz będę musiał pisać. U nas krzewiciele tradycji, wbrew wszelkiej logice, skupiają się na celebrowaniu rocznic klęsk, zamiast zwycięstw.

A dzisiejszy dzień jest właśnie rocznicą sukcesu. Wielkiego sukcesu. Rocznicą nie tylko zwycięskiej bitwy, ale też zawiązania w czasie I wojny Komitetu Narodowego Polskiego, który stał się szybko uznawaną przez Zachód reprezentacją nie istniejącej jeszcze na mapie Polski w światowej grze dyplomatycznej. Bez tego żadne Legiony - zresztą w tym czasie już internowane albo zmuszone do lojalności - ani POW nic trwałego by nie zwojowały. Tak, jak nic byśmy w 1920 nic nie zwojowali, gdyby nie rzesze takich chłopów jak Stanisław i Antoni Ziemkiewicze, którzy stanęli po stronie odradzającej się Polski i polskiej wiary, odrzucając stanowczo zalewającą wtedy Europę socjalistyczną agitację, obiecującą im raj na ziemi, byle tylko powitali wkraczającą armię rewolucyjną "jak braci i przyjaciół" - mało kto chce pamiętać, że byli renegaci, którzy wzywali ich do tego nawet z trybuny polskiego Sejmu.

Poobijanemu Polakowi jakoś trudno skojarzyć siebie samego z sukcesem. Z bohaterską przegraną, to owszem. Dlatego właśnie Powstanie Warszawskie, a nie Wielkopolskie czy Śląskie, dlatego martyrologia II Wojny, a nie bezprzykładny sukces odzyskania i obronienia niepodległości. Tu się obrońcy polskiej tradycji niechcący spotykają z jej wrogami: no dobrze, jak już musicie, to kultywujcie sobie tę polska pamięć, ale tylko klęsk. To jest bezpieczniejsze, na tym dumę trudno zbudować, a Polaka Dumnego obecne, z przeproszeniem, elity, boją się jak niczego innego na świecie. Bo nic nie leczy z pourazowych aberracji skuteczniej, niż duma, poczucie własnej wartości i siły.

A Polak ma nie tylko kogo w swej historii opłakiwać. Ma także z czego być dumny. W rocznicę bitwy, która stanowiła apogeum odrodzenia państwa i odzyskania wolności, ukoronowanie ciężkiej pracy i walki wielu pokoleń - ma do tej dumy więcej powodów, niż kiedykolwiek. Do dumy z siebie i ze swych dziadków.

A teraz proszę podnieść wysoko głowy - o, właśnie. I tak niech zostanie.

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje