Reklama

Reklama

Odwalcie się od 13 grudnia!

Od 35. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego minęło już kilka dni, a mnie wciąż jest wstyd. Zwyczajnie wstyd. Wstyd wobec żyjących jeszcze świadków tamtego nieszczęścia - sam oglądałem je oczyma licealisty - i wstyd wobec tych, którzy padli ofiarą tzw. ludowego wojska, milicji i SB, którzy zginęli z rąk "nieznanych sprawców", którym przetrącono życiorysy i kariery, wyrzucono z kraju, zaszczuto, wpędzono w biedę, alkoholizm, a na koniec wydudkano przy okrągłym meblu...

Od 35. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego minęło już kilka dni, a mnie wciąż jest wstyd. Zwyczajnie wstyd. Wstyd wobec żyjących jeszcze świadków tamtego nieszczęścia - sam oglądałem je oczyma licealisty - i wstyd wobec tych, którzy padli ofiarą tzw. ludowego wojska, milicji i SB, którzy zginęli z rąk "nieznanych sprawców", którym przetrącono życiorysy i kariery, wyrzucono z kraju, zaszczuto, wpędzono w biedę, alkoholizm, a na koniec wydudkano przy okrągłym meblu...

Ta historia zasługuje na to, by wreszcie ktoś napisał ją z ich, ofiar, punktu widzenia - a nie z punktu widzenia nażartych, rumianogębych zwycięzców, partyjnych cwaniaczków i celebrytów dolarowej opozycji wznoszących radośnie toasty na historycznym afterparty u Kiszczaka w Magdalence.

A już na pewno nie zasługuje na uliczne błazenady jakichś chorych z nienawiści fanatyków i maniaków, których właśnie akurat tego dnia postanowił po raz kolejny wyprowadzić na dzienne światło KOD. Ani na przekrzykujących się z nimi o sprawy duperelne w zestawieniu z tą rocznicą kibiców Jedynie Słusznej I Zawsze Nieomylonej partii.

Reklama

Rok temu, na samym początku istnienia KOD, Mateusz Kijowski opowiadał w jednym z wywiadów, jak sobie wyobraża ten wielki, milionowy, obywatelski protest, o którym wtedy roiły obalone elity. Będą szły radosne tłumy i darzyć uśmiechem się wzajem, i wszyscy do czysta wymyci, a w jednym miejscu na estradzie, dajmy na to, jakiś teatr, a dalej z kolei ktoś recytuje wiersze albo gra amatorska orkiestra, a przemawiający porywają masy obywatelskim duchem i przemyślaną wizją zmian dobrych dla państwa oraz społeczeństwa...

Nie pamiętam, gdzie był ten wywiad, ale kto ciekaw, pewnie łatwo wygugla. Śmiech pusty mnie rozdyma, jak to sobie przypomnę, widząc tę sektę niezdrowo podnieconych psychopatów nienawidzących Jarosława Kaczyńskiego i wszystkiego, z czym im się kojarzy, na czele z Bogiem, Ojczyzną i Honorem. Bredzących o reżimie gorszym od hitlerowskiego, o więzieniach i represjach, licytujących się wręcz, kto wymyśli coś głupszego i bardziej niesmacznego.

Ludzie, którzy nie mają Polsce do powiedzenia nic poza tym, że nienawidzą PiS-u. I że jak znowu będzie tak, jak było, to wszystkich powsadzają do więzienia, i Dudę, i Szydło, i cały Sejm, aż po szeregowych członków Klubów "Gazety Polskiej" w najmniejszym miasteczku - takie, ot, "mokre sny" impotentów. I wydaje im się, że ten ich przekaz jest taki ważny, że wpierdzielą się z nim wszędzie, na rocznicę powstania, na pogrzeb Żołnierzy Wyklętych, na miesięcznicę smoleńską - niebawem pewnie będą swoim wrzaskiem o Kaczorze przeszkadzać w pasterkach i pierwszych komuniach.

Każde hasło i data jest dla nich tylko pretekstem, może być to pretekst najgłupszy - przecież maszerowali już w obronie internetu, któremu nic nie zagraża, i w obronie Wałęsy, którego hańba wypadła przecież z szafy generałowej Kiszczakowej, mającej z PiS tyle wspólnego, co KOD z radością życia i szacunkiem dla poglądów innych niż własne.

No trudno, jest taka grupa Polaków. Każda historyczna zmiana pozostawia za sobą podobną - po PZPR też została podobna, partyjno-mundurowa menażeria, krzewiąca kult Gierka i Jaruzelskiego (szczególnie dla mnie śmieszny, zważywszy, że obaj jej idole się nienawidzili, i że jeden bezwzględnie wykończył drugiego) i tokująca z podobną, sklerotyczną złością, że komuna uratowała polską niepodległość, stan wojenny był bohaterstwem i tak dalej.  Trudno, skoro są, niech sobie będą. Skoro politycy opozycji lepszej publiki nie są w stanie za sobą pociągnąć - niech sobie maszerują w takim towarzystwie.

Ale, do cholery, dlaczego akurat 13 grudnia? Znaleźli sobie "dzień solidarności z SB i ZOMO", zagrożonymi obcięciem spec-emerytur! Na czele z "legendarnym" Władkiem Frasyniukiem, którego popendoliło nie mniej niż kiedyś, równie jako on albo nawet jeszcze bardziej legendarnego, Kazika Świtonia, tego znanego młodszym z obstawiania krzyżami oświęcimskiego żwirowiska (choć pojawiły się ostatnio oskarżenia, że Frasyniuk tak wcale nie wskutek pomieszania mózgowia, tylko ma za uszami jeszcze bardziej od Piniora - jeśli się potwierdzą, to zwrócę honor i przyznam, że zachowuje się racjonalnie) - a przy nim ramię w ramie obłąkany aktor pozostający w bezpośrednim kontakcie z kosmiczną nadjaźnią, równie stuknięta, choć na tym tle sprawiająca wrażenie prawie normalnej koleżanka po fachu, i klasyczny peerelowski trep z gatunku tych, co przed tzw. paniką ganiali stany osobowe do malowania trawy na zielono. A, i jeszcze jakiś kolejny klon Dominika Tarasa i Andrzeja Hadacza z niekompletnym uzębieniem w wykrzywionej wariactwem paszczy.

Jasna cholera! "Precz mówię, won mówię i na ustęp zmuszam!" - chce się zacytować odezwę sławnego księdza Marka Karmelity do Szatana.

Ale skoro już wypełzło to towarzystwo ze swoich internetowych jam akurat tego dnia, który powinien być dniem zadumy, refleksji i żałoby - trzeba było obrócić kamery do ściany, przełączyć emisję na "pasy" i olać. Po kiego grzyba jeszcze była PiS-owi ta kontrmanifestacja? I fetowanie Jarosława Kaczyńskiego, wołającego do swych zwolenników "zwyciężymy!"?

Cholera jasna, przecież już zwyciężyliście - ponad rok temu. Nie zauważyliście? Rządźcie i naprawiajcie, coście obiecywali naprawić, zamiast porykiwać na ulicy. To jest, siłą rzeczy, domena opozycji. Zresztą, przynajmniej tyle można odnotować po stronie dodatniej, najwyraźniej większość zwolenników PiS uznała podobnie, bo mimo wciąż miażdżącej pozycji partii w sondażach, na manifestację pofatygowało się niewielu.

PiS zakochał się w socjotechnice, do której sprowadził polską politykę Tusk. Igor Ostachowicz nazywał to ponoć "kopaniem w klatkę z małpą". Przed rocznicą Stanu Wojennego specjalnie kopnął w klatkę ustawą "dezubekizacyjną", a małpa zareagowała zgodnie z oczekiwaniami - wystąpiła z gorliwą obroną SB i MO, jak w masło wchodząc w podział zaprojektowany przez kopiących. A żeby małpa nie przestała się miotać - znowu kopa, teraz zapowiedzią degradacji Jaruzelskiego i Kiszczaka. Że to w ogóle nie jest możliwe? Ważne, że małpa skacze i wrzeszczy, to znaczy, że głosem całej opozycji staje się kolejny popendolony, w obronie Jaruzelskiego przyrównujący go do Kościuszki.

Niech sobie kopią w klatkę, ale, na litość boską, nie tego dnia! Rzadko cytuję Michnika, ale akurat jego słowa będą tu pasować najlepiej: odpieprzcie się od tej daty, skoro nie umiecie jej uszanować. Przestańcie jej używać do codziennego okładania się po głowach. Czy w partyjno-plemiennym amoku naprawdę nie ma już dla was żadnych, ale to żadnych świętości?!

Nie żebym nie znał odpowiedzi, ale - tak pytam.

Reklama

Reklama

Reklama