Reklama

Reklama

​Odliczanie Wyborcze Ziemkiewicza. Czas reprymendy

Wielki Niemowa przemówił i jego głos zabrzmiał stanowczo. Eufemistycznie można by wydany przezeń wyrok ująć w słowie "spadać!". Słowie adresowanym oczywiście do tak zwanych elit.

Mogło być lepiej - obalenie systemu było naprawdę w zasięgu ręki. Gdyby nie nazbyt przerośnięte osobowości dwóch panów K - Korwina i Kukiza... Przysłowiowy szlag mnie trafiał, kiedy we wtorkowej debacie spijali sobie miód z dzióbków: "jak słusznie powiedział pan Janusz", "zgadzam się całkowicie z panem Pawłem". Trudno nie zakląć. Jak się tak ze sobą zgadzaliście, to dlaczego nie byliście w stanie wystawić jednej listy? Jak widać, dostałaby ona około 15 procent poparcia i sprawa zmiany systemu poprzez zmianę konstytucji, odbiurokratyzowanie, odblokowanie młodym mechanizmów awansu, rozbicie kast i korporacji - wszystko to byłoby do zrobienia paluszkiem, nawet gdyby PiS nie chciał, bo wtedy by musiał.

Reklama

No cóż, liderioza, stara choroba prawicy - tu każdy wódz chce zabawienia Polski, ale tylko o tyle, o ile On ją zbawi. Bo jak miałaby zostać zbawiona niefachowo i przez osoby niepowołane, to nie. Głosy młodych, wkurzonych na system ludzi mogły wiele zmienić, ale przez niepowstrzymaną skłonność do ekstrawagancji jednego pana i emocjonalną labilność drugiego fala się rozmyje. Teraz widzicie, droga młodzieży, dlaczego - mimo wszystkich ich wad - warto jednak mieć profesjonalnych polityków, a nie watażków.

Cóż, z drugiej strony - gdyby nie szczęśliwe pojawienie się bata na postkomunistów w postaci partyjki neokomunistów, w obecnym Sejmie nadal straszyłby panświnizm Palikota i partyjno-mundurowa skleroza SLD. A opozycji zabrakłoby mandatów nie tylko, jak teraz, do zmiany konstytucji, ale także do stabilnego rządzenia.

Jak widać - wybory proporcjonalne z poprzeczką i systemem d’Hondta niewiele się różnią od loterii. Gdyby kilkaset tysięcy lemingów nie przeniosło głosów z PO na Nowoczesną, i ugrupowanie Petru wpadłoby pod wyborczy próg, to by PO miała kilkanaście mandatów więcej, ale PiS większość rządową z grubym okładem, a nie, jak teraz, na granicy.

Dlatego porzućmy te arytmetykę i skupmy się na tym, co we wczorajszych wyborach było najważniejsze. Najważniejsze było to, że obóz Okrągłego Stołu odrzucony został praktycznie we wszystkich grupach społecznych, poza może jego najtwardszym elektoratem "starszych, nachapanych, z ogrodzonych osiedli". Został odrzucony przez młodych, przez wielkie miasta, przez województwa zachodnie. Obalony został mit, że milcząca większość społeczeństwa jest zadowolona z reform i proeuropejskiego kursu III RP, że tradycjonaliści, którzy chodzą do Kościoła i nie uważają Ojczyzny za śmieszny przeżytek czy wręcz zabobon utrudniający nam transformację to jakieś skazane na wymarcie dinozaury.

Także w tym sensie - także, bo o prostszych podobieństwach pisałem we wcześniejszych felietonach - bardziej niż jakiekolwiek inne w ostatnim ćwierćwieczu przypominają wczorajsze wybory te z 4 czerwca 1989. Tamte, wbrew legendzie, nie stanowiły istotnej zmiany instytucjonalnej. Ich znaczenie polegało na zdelegitymizowaniu "Polski Ludowej" - dobitnym pokazaniu, że nie opiera się ona zadowoleniu większości społeczeństwa z "niewątpliwych zdobyczy realnego socjalizmu", a tylko na przemocy i kłamstwie.

W podobny sposób obnażona została fałszywość legitymizacji rządów pomagdalenkowych, opartych na mniej zmasowanym niż w PRL propagandowym kłamstwie i na przekupywaniu społeczeństwa na koszt przyszłych pokoleń.

Można powiedzieć tak - Polacy nie wykopali jeszcze definitywnie elit III RP za drzwi, ale udzielili im solidnej reprymendy.

Teraz piłka jest po stronie obozu III RP. Albo będzie próbował powtórzyć lata 2005 - 2007, czyli urządzić totalny rokosz przeciwko niesłusznemu wyrokowi demokracji, podsrywać (pardon my french, ale tak właśnie wtedy było) na każdym kroku rząd i prezydenta, wrzeszczeć na cały świat o faszyzmie i wołać do Unii Europejskiej, aby siłą wprowadziła tu postęp - albo znajdą się tam siły zdolne do budowy normalności, a normalnością jest w demokracji to, że partia, która przegrywa, analizuje swe błędy, zmienia przywództwo i usiłuje odzyskać zaufanie społeczeństwa merytoryczną pracą, a nie wysadzaniem w powietrze pociągów. PiS w którymś momencie zdał sobie z tego sprawę, przeszedł tę ewolucję od partyzantki do normalności, i za to właśnie został nagrodzony zwycięstwem.

PO ma teraz analogiczne zadanie przed sobą. Może będzie znowu zwoływać alternatywny parlament, śnić o polskim majdanie i kombinować, czy by się nie dało podmyć jakoś sejmowej większości i na przykład zacząć odwoływać ministrów po jednym, aż Polska zostanie zupełnie bez rządu - albo spróbować oczyścić się z politycznego szlamu, wrócić do korzeni i być normalną demokratyczną partią, promującą w lepszym niż dotąd stylu, by użyć takiego niejasnego określenia, modernizację.

Ten drugi wariant byłby lepszy i dla Polski, i dla samej PO. W pierwszym narobi ona tylko szkód i będzie się zmieniać w coraz mniejszą, za to coraz bardziej fanatyczną "antyfaszystowską" sektę, zastępowaną w roli modernizacyjnego bieguna debaty publicznej przez rozrastającą się Nowoczesną Petru. Poczekamy, zobaczymy, jak też sobie zechce największa partia opozycyjna pościelić na przyszłość.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje