Reklama

Reklama

Niech nie lubią, byle się liczyli

Głupia sprawa z tym Marcinkiewiczem. Odkąd został premierem, jednym z głównych argumentów przeciwko niemu, powtarzanym w kółko przez tzw. wiodące media, było, że jest źle odbierany na Zachodzie.

Bo przewodzi rządowi katolicko-narodowemu, bo zawdzięcza stanowisko populistom, bo prześladuje homoseksualistów, a już zwłaszcza, bo wywodzi się z partii antyeuropejskiej. Więc skoro tak, skoro go eurosalony nie lubią, to bardzo nam to zaszkodzi w Unii Europejskiej.

A tu, głupia sprawa, okazało się, że właśnie ów niepopularny na Zachodzie narodowo-katolicki populista zdołał wynegocjować porozumienie budżetowe, które wydaje się najlepszym, jakie w obecnych warunkach wynegocjować Polska mogła.

W istocie - nic dziwnego. Owszem, PiS i inne partie, które wsparły rząd Marcinkiewicza, nigdy nie deklarowały pokory wobec unijnych potęg - i to właśnie wyszło Polsce na dobre. Wbrew naiwnej wierze salonów, to, czy coś się da ugrać w Brukseli, czy nie, bynajmniej nie zależy od tego, czy się jest na europejskich salonach lubianym.

Reklama

Do jakiego stopnia nie ma to nic do rzeczy, pokazał czas, w którym szefował MSZ-owi Bronisław Geremek. Bronisław Geremek był wręcz uwielbiany nad Sekwaną, w samym mateczniku większości unijnych "układów". Chwaliła go i Magdalene Albright, i europejscy intelektualiści, i chadecy, i socjaliści. Czy przełożyło się to w jakikolwiek sposób na jakieś wymierne korzyści dla Polski? Ani trochę. Owszem, naszego ministra zapraszano do telewizji, zachwalano, dopieszczano, ale kiedy przychodziło co do czego, uprzejmie mówiono mu "nie", a on mógł tylko robić dobrą minę.

Sympatia nie jest w polityce żadną monetą. Nie była nią nigdy - proszę sięgnąć choćby po sławną amerykańską książkę o dywizjonie 303: jak nas w 1940 cały wolny świat podziwiał, że stawiliśmy czoła Hitlerowi, jak sławił to, co zrobiliśmy dla wolności... Trwało to akurat, dopóki Hitler nie poprztykał się ze swym kumplem ze wschodu, i wtedy podziwiający nas Zachód sprzedał Polskę Stalinowi bez mrugnięcia okiem. A już zwłaszcza nie jest sympatia niczym, o czym, warto by było zabiegać w unijnych przepychankach. Tu się nie liczą żadne sympatie, tu się liczą wyłącznie interesy. A w interesach partner, który jasno artykułuje, czego żąda, u twardo się przy tym upiera, wzbudza więcej szacunku, niż taki, który się przymila. Tego drugiego uznaje się za zwykłego dupka i traktuje kopniakiem.

PiS nie jest partią moich marzeń, ale bardzo się cieszę, że dziś w Europie występuje w naszym imieniu ktoś, kto zamiast łasić się do paryskich i brukselskich salonów, potrafi zagrozić wetem. A zarazem rozumie, że to gra, i nie okupuje się bezmyślnie na pozycji "nie oddamy ani guzika". To naprawdę dobrze Polsce służy.

Rafał A. Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje