Reklama

Reklama

Nie wszystko na sprzedaż

Nie udało mi się jeszcze dopaść w sieci filmu "Tajne specjalnego znaczenia" (ale też żaden ze mnie wizzard), który od paru dni pojawia się tu i tam, i szybko znika, pozostawiając po sobie różne cenzorskie inskrypcje. Nie spodziewam się zresztą, by było w nim cokolwiek, czego by każdy, kto nie bronił się kurczowo przed przyjęciem do wiadomości prawdy, nie wiedział już od dawna.

To, że dostępne wówczas oryginały akt TW Bolka kazał sobie przynieść prezydent Wałęsa i nigdy ich nie oddał, ani że za jego prezydentury smutni panowie polowali na wszelkie związane z nim archiwalia, niszcząc bezprawnie m.in. akta pracownicze stoczni, wiadomo od dawna (i samo w sobie stanowi to wystarczający dowód, bo po cóż by miał Wałęsa niszczyć dokumenty "Bolka", gdyby tym "Bolkiem" był zupełnie kto inny).

Reklama

Tego, że jego byli koledzy ze stoczni jednoznacznie identyfikują Wałęsę jako autora zachowanych donosów "Bolka", twierdząc, że tylko on mógł o tych konkretnych sprawach i rozmowach donosić, bo tylko on je znał, dowiodły już "Plusy dodatnie, plusy ujemne" Brauna. Nowością są wywiady z esbekami, ale czy wiele one wnoszą? Podobno rzucają jakieś światło na ewentualność "podawania" sobie młodego Wałęsy przez ubecję wojskową i cywilną.

Ale przecież nie to jest istotą sprawy. Istotą sprawy jest, że "taki" film zrobił TVN - i że zrobił go po to, żeby go wcale nie pokazywać.

Kiedy poprzednio TVN wyemitował "Trzech kumpli", to najbardziej dotąd krzykliwe antylustracyjne kanalie poczuły się w obowiązku zmienić front i zachwalać późniejszą oszołomkę Stankiewicz, a Giewu zostało zmuszone wylać po latach Maleszkę.

Można się więc domyślić, że gdyby TVN teraz pokazał film jednoznacznie negliżujący "kłamstwo bolkowe", kłamstwo, w które Wałęsa uplątał całą naszą zakichaną elitę, czy raczej ona sama się w nie ochoczo wplątała - to uplątane towarzystwo, z panem premierem na czele, nie mogłoby zareagować tak samo jak na identyczne oskarżenia rzucane przez historyków, polityków opozycji czy telewizję "Trwam".

Ale TVN filmu nie pokazała. "Trwające półtora roku prace montażowe zakończyły się w marcu"... Ile czasu montuje się pełnometrażowy film kinowy? Nie mam wiele doświadczenia, ale wiem, że montaż jedynego, jak na razie, w jakim występowałem, zajął wraz z udźwiękowieniem nieco ponad pół roku.

Godzinny dokument montować można miesiąc, no, niech będzie dwa. Ale półtora roku?! Przez tyle czasu można by cały film skleić ręcznie z pojedynczych klatek. A tak czy owak, od marca minęło już kolejne pół roku, a film nadal leżał w najgłębszych piwnicach Tusk Vision Network i pewnie poleżałby tak jeszcze długo, długo, gdyby nie anonimowi sprawcy wycieku.

Jakoś nie wierzę w wyjaśnienia, że te pół roku było niezbędne dla uzyskania opinii prawników, ani że czekano na nagranie komentarza Wałęsy, który w tej sprawie zdążył wypowiedzieć się już wielokrotnie, za każdym razem zresztą podając wersję zasadniczo sprzeczną z poprzednimi. Powiedziałbym raczej, że mając taką bombę przeciętny biznesmen nie odpalałby jej od razu, tylko próbowałby wytargować coś za jej unieszkodliwienie. Może jakieś targi były? Może coś dały? Ale czego nie wiemy, tego nie wiemy.

Wiemy jedno. Że, wbrew stereotypowi, "komercyjna" telewizja wcale nie kieruje się "pogonią za oglądalnością". Bynajmniej. Gdyby szło o oglądalność, to by przecież puściła ten film już dawno, i to z odpowiednią kampanią reklamową. Na pewno przyciągnąłby przed ekrany parę milionów. A tymczasem TVN "przemontowywało" murowany hit w nieskończoność...

Jeśli ktoś wierzy w wyjaśnienia rzecznika stacji, pana Smoląga (które skądinąd są ciekawe, bo sugerują, że niedokończony montaż nadaje ujawnionemu filmowi niewłaściwą wymowę; musi tam być rzeczywiście niezły dynamit, jeśli przez półtora roku montowania nie dało się mu nadać "właściwej" wymowy) to inny przykład.

Kilka dni temu w TVN-owskim programie "Superwizjer" pokazano eksperyment wykonany na Kijowskim Uniwersytecie Lotniczym, przez tamtejszych specjalistów, którzy Tupolewa 154-M znają dobrze i mają jego symulator. Na tym symulatorze ustawiono warunki identyczne, jakie panowały wedle raportów 10 kwietnia na smoleńskim lotnisku, i w każdej próbie piloci "siadali" bez problemu, nawet przy założeniu widoczności zero.

TVN znany jest ze skupienia na autopromocji, z bezustannego przeplatania programów - dziennikarze informacyjni występują w serialach, bohaterowie seriali chodzą do talk-show i tańczą razem z pogodynkami, z kolei wyniki wczorajszych tańców wchodzą jako istotny temat do serwisów informacyjnych, i tak w kółko. Wydawałoby się oczywiste, że mając taki materiał, każda stacja, a już TVN w szczególności, zrobi z niego news dnia. Przecież wszystko, co się wiąże ze smoleńskim śledztwem, budzi ogromne emocje, a emocje to właśnie to, co niesie media elektroniczne.

Tymczasem informacji o eksperymencie na symulatorze próżno szukać nawet na stronach stacji. Program poszedł raz, około północy, bez żadnej reklamy i bez żadnego follow-upu. Kamień w wodę.

Ciekawe?

Nie tylko TVN potrafi tak wielkodusznie rezygnować z pewnego komercyjnego sukcesu. Podczas niesławnej manifestacji pod krzyżem pani Anna Mucha zapozowała do fotografii w objęciach niekoronowanego króla warszawskich alfonsów, znanego jako "Niemiec" - jednej z ważniejszych postaci stołecznego półświatka, recydywisty i organizatora szantażu senatora Piesiewicza.

W sprawie tego szantażu ma on zresztą stanąć przed sądem, i czegoś nie może, bo proces już dwa razy miał się zacząć, ale się z jakich przyczyn nie zaczął.

Ciekawe jest, że "Niemiec" nie był tam sam. Przeciwnie, dziennikarze zajmujący się tematyką przestępczości rozpoznają na zdjęciach z tejże manifestacji wielu znanych warszawskich alfonsów, i to wyraźnie wśród prowodyrów, epatujących najchętniej pokazywanymi w przebitkach i "najmocniejszymi" gadżetami oraz transparentami. Nie trzeba od razu iść tropem spiskowym i przypominać, że wspomniany senator Piesiewicz twierdził, iż ma dowody powiązań "Niemca" ze służbami specjalnymi, bo w końcu senator nie jest w tej sprawie osobą bezstronną; można uznać, że sama specyfika procederu uprawianego przez podopiecznych "Niemca" czyni z nich antyklerykalnych aktywistów.

Ale zauważmy tylko jedno - żaden z plotkarskich portali, żadne z kolorowych pisemek, które uchodzą za tak bezwzględne w zdobywaniu newsów, jakoś owej fotki Muchy z "Gazety Polskiej" nie przedrukował.

Wmawia nam się, że to hieny, które nie liczą się z niczym, że ukradkiem i przypadkiem fotografują, jak artystka łyśnie gdzieś majtkami, artystka potem się oburza, poważne media dyskutują o bezwzględnej pogoni za skandalem - a tu proszę, skandal jak złoto, sam się pcha, i to od razu z gotowym follow-upem, i z tak pokupnym burdelowym backgroundem!

I nic.

Więc nie jest wcale tak, jak nam się mówi, że komercyjne media nie widzą niczego ważniejszego niż oglądalność, niż nakłady, niż liczba wejść na stronę. Jest coś, co okazuje się dla nich znacznie ważniejsze.

A co to takiego?

Jak mawiał Kisel: a zgadnij, koteczku!

Rafał Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Lech Wałęsa | oglądalność | emocje | kłamstwo | media | film | TVN SA | Nie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje