Reklama

Reklama

"Mojość" macic

Od pierwszych dni wirtualnego powstania przeciwko rządom PiS największą jego słabością był deficyt młodych. Wbrew stereotypom, które media III RP powtarzały tak usilnie, że aż same we własną propagandę uwierzyły, młodzież jakoś nie chciała stanąć na pierwszej linii walki o postęp. Ani nawet na trzeciej. Nie kwapiła się oburzać ułaskawieniem funkcjonariuszy CBA, brakiem unijnych flag ani kwestionowaniem prawnej omnipotencji prezesa Rzeplińskiego. Nie chciała skakać na manifestacjach KOD-u - olała po prostu sprawę, pozostawiając ją pokoleniu 50 plus, temu, które naprawdę na historycznym dilu przy Okrągłym Stole najwięcej zyskało i ma powody marzyć, "żeby znowu było jak było".

Nawet straszenie, że PiS chce zabrać internet, nie zdołało wyraźnie obniżyć średniej wieku anty-pisu, i w końcu liderzy irrendenty sięgnęli po argument ostateczny: hej, wy młodzi, walczcie z nami, bo PiS razem z Kościołem chcą wam zabronić się bzykać!

Reklama

Tylko w ten sposób potrafię zrozumieć przyczyny rozpętania histerii wobec rzekomych planów zakazu aborcji, nazywanych w języku propagandy "torturowaniem" czy nawet zgoła "holocaustem kobiet". Organizatorzy tej kampanii jakby nie zauważyli, że aborcja jest w Polsce zakazana już od ponad dwudziestu lat. I co więcej, że ten zakaz im dłużej obowiązuje, tym cieszy się większym poparciem społeczeństwa.

Badania pokazują bowiem, że jesteśmy w zupełnie innym miejscu niż na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to po raz pierwszy przewalała się przez Polskę cała ta retoryka "obrony praw kobiet", która dziś właśnie wraca. Dziś panuje zgoda co do tego, że aborcja jest złem. Polacy mogą dyskutować, czy w pewnych wypadkach nie jest to zło mniejsze - stąd taki, a nie inny kształt "aborcyjnego kompromisu" - ale co do tego, że sama w sobie jest złem, nie ma już od dawna w Polsce sporu.

Aborcja nie jest formą antykoncepcji, nie jest zabiegiem kosmetycznym, do którego kobieta ma prawo tak jak do usunięcia sobie z nosa kurzajki. Jest - nawet dla ludzi dalekich od kierowania się moralną nauką Kościoła Rzymskiego, zresztą nie tylko jego, bo w tej kwestii zgodne są wszystkie Kościoły - ostatecznością, po którą sięgnąć można w wypadkach wyjątkowych.

Tymczasem ludzie, których anty-PiS wyprowadził na ulicę, by pod pozorem aborcji walczyli z rządem PiS-u - mniejsza już, że karkołomnie przy tym kłamiąc, bo przecież inicjatywa zaostrzenia obowiązującego prawa w ogóle nie wyszła z rządzącej partii i nie ma z nią nic wspólnego - to jacyś kompletni, jaskiniowi wręcz obskuranci, którzy po prostu usiłują nam wmówić, że aborcja to fajna sprawa, oczywiste prawo kobiety, miara jej wyzwolenia i w żaden sposób nie wolno aborcji nie tylko zakazywać, ale nawet piętnować. Ludzie jakby wyciągnięci z lodówki, z czasów głębokiego PRL, kiedy wiedza o antykoncepcji była zerowa, a dostęp do antykoncepcji ograniczał się do beznadziejnie nieskutecznych globulek, których też zresztą przeważnie nie było, i skrobanie dzieci uważano z błogosławieństwem ideologów marksizmu za prostsze i tańsze od liczenia do dwudziestu ośmiu.

I na dodatek ludzie ci zwykle nie potrafią powiedzieć dwóch zdań, żeby nie dać upustu obsesyjnej nienawiści do religii katolickiej, do Kościoła i w ogóle księży - "napalonych facetów w sukienkach", mówiąc językiem celebrytki Korwin-Piotrowskiej; to skądinąd miara ich jobla, że środowiska zachwycone genderem i "marszami szmat" tak uporczywie przyczepiają swe insynuacje do niemęskiego jakoby kroju tradycyjnej księżowskiej sutanny. Podobnie zresztą śmieszne jest, że odmawiają one prawa do wypowiadania się o aborcji duchownym czy zakonnicom, a w ich imieniu zwykle dywagują na ten temat zdeklarowani homoseksualiści i homoseksualistki.

Pani z serduszkiem na głowie, która demonstracją zacietrzewionej lewicowej głupoty zdołała zirytować nawet redaktora Morozowskiego z TVN, nie była żadnym wyjątkiem, ale wręcz przeciwnie, kwintesencją mentalności, która nagle dostała od antypisowskich mediów zielone światło.

A jeszcze niedawno przecież - przypomnijmy choćby kolejne proaborcyjne manifestacji na ósmego marca czy "kartę praw reprodukcyjnych" Partii Razem - skrajna lewica była tam raczej wyciszana. Wydawało się, że media antypisu i liderzy opozycji wyciągnęli wniosek z klęski Palikota i z podwójnej klęski kampanii wyborczej, którą oparły właśnie na przekazie "Duda i PiS zbudują katolickie państwo wyznaniowe" i skutek tego okazał się i dla Bronisława Komorowskiego, i dla PO jak najgorszy.

Zastanawiam się, co się stało, że świadomość, iż prostacki antyklerykalizm, domaganie się aborcji na każde życzenie i straszenie "średniowieczem" z dnia na dzień poszły w kąt. Powiedzmy, że w zawiązaniu się komitetu "stop aborcji" i złożeniu u marszałka Sejmu wniosku o zezwolenie na rozpoczęcie zbiórki podpisów pod nowym antyaborcyjnym projektem ktoś dostrzegł okazję, by uderzyć w PiS oskarżeniem o podważanie status quo. To nawet mogło być skuteczne (a że oparte na kłamstwie, to akurat w polityce nikomu nie przeszkadza). Ale miałoby sens, gdyby opozycja wystąpiła jako obrońca tego kompromisu, jako rzecznik umiarkowania.

Tymczasem twarzami opozycji w tej sprawie stały się natychmiast, wysiłkiem antypisowskich mediów, nawiedzone idiotki z jakichś naprawdę skrajnych organizacji, a samą istnością jej akcji - odpychający każdego normalnego człowiek cyrk urządzany przez nie w kościołach. No tak, jeśli celem było, jak napisałem na początku, przyciągnięcie młodzieży, to się w pewnym sensie udało. Średnia wieku na zadymach urządzanych przez Razem jest bez wątpienia o jakieś trzydzieści lat niższa niż na tych organizowanych przez KOD. Ale generalnie to przecież sposób na, po pierwsze, podzielenie anty-pisu, w którym pozaparlamentarna Razem podniesiona została w tej sposób do rangi czwartego mniej więcej równorzędnego członu obok PO, Nowoczesnej i KOD; po drugie zaś i ważniejsze, to tegoż anty-pisu zawężenie, a nie poszerzenie.

Wszystko to, co ma do powiedzenia Razem z przybudówkami - o "mojości" macic, państwie wyznaniowym, średniowieczu i tak dalej - jest w życiu publicznym III RP obecne od zarania, i od ćwierć wieku powoli, ale stale traci na popularności. W porównaniu z czasami, gdy ten dyskurs zapewniał szmatławcowi Urbana nakład podchodzący pod 700 tysięcy egzemplarzy, czy Palikotowi prawie 10 proc. głosów, dziś jest to już margines. Sformatowanie anty-pisu w takim właśnie dyskursie z punktu widzenia politycznej skuteczności jest idiotyzmem.

Ale widać, że antypis ma namiętności, które są silniejsze od politycznych wyrachowań - dlatego zresztą wciąż traci. Gdyby ktoś uważnie zanalizował publicystykę "Gazety Wyborczej" z wielu lat pod kątem przebijających z niej marzeń, zauważy na pewno, że jednym z największych i najusilniej śnionych snów michnikowszczyzny było objęcie "rządu dusz" nad wiernymi Kościoła, po to, aby poprowadzić ich ku ideom "Kościoła Otwartego". Być dla owych wiernych autorytetem większym niż duszpasterze.

Taka wizja, że gdy ksiądz z ambony mówi coś "wstecznego", wierni wstają i demonstracyjnie wychodzą albo w inni sposób przywołują go do porządku, pojawiała się tam wielokrotnie, przy każdej okazji, gdy gdzieś tam w jakiejś pipidówie poprzytakali się parafianie z proboszczem. No dobrze, zwykle był to jeden wierny, ale "Wyborcza" i tak opisywała ten wielki bunt jako zapowiedź, początek końca władzy biskupów, znak, że takich wymawiających posłuch konserwatywnemu klerowi będą niebawem miliony.

Więc gdy pojawiała się szansa spełnienia snu, "Wyborcza" po prostu nie mogła się nie rzucić do promowania akcji. A skoro rzuciła się ona, rzucił się i TVN, i media springerowskie. Mimo iż cała akcja od początku była w gruncie rzeczy parodią michnikowego snu i jego zaprzeczeniem, bo przecież wiadomo było, że rozrabiać na mszy przyjdą osoby, które normalnie tam nigdy nie chodzą, nie czują się wiernymi, przeciwnie - księży i wiary jako takiej przeważnie obsesyjnie nienawidzą.

Wielu komentatorów sympatyzujących z PiS rzuciło się bardzo agresywnie na organizatorów zbierania podpisów pod projektem nowej, bardziej surowej ustawy, że swą niewczesną akcją zaszkodzą partii, że to nie czas, by odgrzewać jakieś fundamentalistyczne pomysły. Cóż, nigdy nie ma dobrego czasu, by się upominać o wartości - siła zła w tym właśnie, że ma ono praktyczne zalety, dzieciobójstwo też, bo na przykład pozwala się pozbyć małych downów, które inaczej byłyby obciążeniem i dla rodzin, i dla państwa. Ta narastająca z roku na rok rzeź chorych dzieci, którą nazywamy eufemistycznie "aborcją eugeniczną", jest czymś naprawdę haniebnym, czego człowiek uczciwy akceptować nie może. A jeśli ktoś boi się, że upominanie się o życie może zaszkodzić PiS, to uspokajam: raczej przeciwnie.

Wypuszczenie z szafy na widok publiczny tej bandy zdziczałych idiotek z wieszakami, wykrzykujących nienawiść do Kościoła i bredzących o swych macicach, raczej wzmacnia w normalnych ludziach przekonanie, że jaki ten PiS jest, taki jest, ale żadnej sensownej alternatywy dla jego rządów nie widać.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje